safari

Oko w oko z Simbą – safari w Kenii

Skoro już zaplanowaliśmy nasze safari w Kenii, nie pozostaje nic innego, jak się spakować i wyruszyć.

Nasza przygoda zaczęła się już na lotnisku, kiedy okazało się, że samolot nas nie zabierze. Niestety podróżując na biletach pracowniczych, lecimy tylko wtedy, kiedy jest wolne miejsce. W zamian za nieprzewidywalność podróży dostajemy tani bilet. Uczciwe. Oczywiście mamy możliwość sprawdzenia przed zakupem biletu jakie są szanse, że się uda, ale sytuacja zmienia się dynamicznie i niestety czasem zdarza się, że nie lecimy. Na szczęście udało się nam zdobyć 2 ostatnie miejsca na kolejny lot i z 5-godzinnym opóźnieniem dotarliśmy do Nairobi. W tym miejscu potwierdziła się słuszność wyboru safari prywatnego – kierowca czekał na nas, poinformowany o naszym opóźnieniu i po prostu wyruszyliśmy później. Gdybyśmy jechali z grupą – stracilibyśmy cały wyjazd i zaliczkę. Szybko ustaliliśmy, że w zamian za stracony popołudniowy wjazd do parku, safari kolejnego dnia zostanie zamienione na całodzienne, zamiast dwóch krótszych.


Afrykańskie drogi i dojazd na safari w Kenii

Ale to nie koniec podróży. Przed nami była jeszcze około 5-godzinna droga samochodem do rezerwatu Masai Mara – około 250 km. W praktyce wyszło chyba 7 godzin, ale ze względu na nieprzespaną noc i kosmiczne zmęczenie, straciłam poczucie czasu. Bardzo dużo dróg w Kenii jest aktualnie w remoncie, odbywa się ruch wahadłowy i niestety nie da się tego w żaden sposób ominąć, tak więc odstaliśmy swoje. Z tego co mówił kierowca, 7 godzin to nie był wcale najgorszy wynik.

Początkowo jakość dróg zaskoczyła nas pozytywnie. Nie licząc nieoznaczonych chopek, których nie widział również kierowca, jechało się całkiem wygodnie i komfortowo. Aż droga asfaltowa się skończyła jakąś godzinę przed naszym celem i wjechaliśmy na prawdziwe gruntowe, czerwone afrykańskie drogi, z których wystawało mnóstwo kamieni. Nasz przewodnik kierował się jedną zasadą – im szybciej przez nie przejedziesz, tym mniej poczujesz. Nie jestem pewna słuszności tej teorii, ale nie zmienia to faktu, że ostatnią godzinę spędziliśmy latając po samochodzie jak dwa worki ziemniaków. Jeśli ktoś ma chorobę lokomocyjną – zdecydowanie nie polecam.


Masajowie – autochtoniczne afrykańskie plemię

Bardzo ciekawą rzeczą, którą zobaczyliśmy w trakcie podróży, był ogromny masajski targ. Co wtorek i sobotę Masajowie przynoszą tam wszystko, co wytworzą – od produktów spożywczych, po skóry, ubrania, przedmioty użytku codziennego i ozdoby. Ogromny plac zalany jest tysiącami osób w kolorowych tradycyjnych chustach i bynajmniej nikt nie przejmuje się ruchem samochodów. Niestety zatrzymanie się nie wchodziło w grę, więc nie udało mi się zrobić zdjęcia. Masajowie to jedno z autochtonicznych plemion żyjących w tej części Afryki. Jako jedno z nielicznych nadal kultywuje swoje stare tradycje, mimo usilnych prób rządu kenijskiego do ich zaniechania. To, co mnie uderzyło, gdy pierwszy raz ich zobaczyłam, to to, że mimo braku wygód, udogodnień i ciężkiego klimatu, nie żyją w ubóstwie, są czyści, ich chusty wyglądają tak, jakby właśnie wróciły z pralni, a na ich małych posesjach jest zawsze posprzątane. Wielokrotnie zwracałam uwagę na kobiety, zamiatające wokół blaszanego baraku, który jest ich domem, z taką dbałością, której chciałabym się od nich nauczyć. Nie żebrzą i nie wykorzystują do pracy dzieci, z czym spotkałam się na przykład w Jordanii. Dzieci chodzą do szkoły, na porządku dziennym widać autobusy szkolne zbierające dzieci z wiosek i zawożące je do szkół w okolicy, których było co najmniej kilka. Nie mają nic, ale mają wszystko. Jestem w 100% pewna, że są bardziej szczęśliwi, niż wielu z nas. Mówi się, że podróże kształcą. Ja uważam dodatkowo, że uczą nas doceniać i cieszyć się z tego co mamy.

Wracając do faktów. Ubierają się bardzo kolorowo, a z tego co zauważyłam, najbardziej lubią kolor czerwony. Kobiety noszą mnóstwo ozdób, które własnoręcznie robią, wśród mężczyzn wciąż żywa jest tradycja przekłuwania i rozciągania uszu dużymi ozdobami. Są szczupli i wysocy. Bardzo ciekawa jest ich dieta – żywią się wyłącznie mięsem i produktami pochodzenia mlecznego, nie jedzą warzyw i owoców i są zdrowi, bardzo sprawni i długowieczni. Nie polują i nigdy nie polowali na duże zwierzęta, hodują bydło, barany i kozy. Są bardzo gościnni, a kobieta, od której coś kupiliśmy, nie pozwoliła nam zanieść tego do samochodu, tylko sama to zrobiła. Gość w domu jest najważniejszy. Trochę mnie dziwi, że nadal z szacunkiem traktują białego człowieka, po tym co tam zrobił. Ale może i tego powinnam się od nich nauczyć.



Dojechaliśmy, mimo, że końcówka drogi była naprawdę zła. Okazało się, że nasze obozowisko (Wajee Mara Camp) jest dość… oddalone od innych, popularniejszych i większych, ale prawdopodobnie tylko tam były dostępne noclegi z tak małym wyprzedzeniem. Ponadto znajduje się nie w parku, a w ścisłym rezerwacie przylegającym do parku, więc niestety nie można poprawić drogi dojazdowej.

Jak to w Afryce, spotkaliśmy się z niezwykłą gościnnością gospodarzy obozowiska. We wcześniejszym wpisie wspominałam, że noc na sawannie jest ciekawym przeżyciem. Dzieje się tutaj całkiem sporo i trudno zmrużyć oczy słysząc łamanie gałęzi gdzieś w pobliżu. Pamiętacie charakterystyczny chichot hien w Królu Lwie? Byłam przekonana, że to małpy czy pawiany, dopóki ktoś mnie rano nie uświadomił, że to właśnie hieny. Mimo wszystko, obozowisko było bardzo bezpieczne – cały teren otoczony był fosą i wysokim płotem, palił się ogień. Z tego, co zauważyłam, w nocy pracownicy z latarkami kilkukrotnie robili obchód obozu.


Safari – jak znaleźć zwierzęta?

I wreszcie zaczynamy właściwe safari! Wczesna pobudka i intensywny dzień przed nami. Kilka minut na dojazd do parku (z przeprawieniem się przez rzekę włącznie, bo nasz kierowca nie może przecież jechać normalnie) i jesteśmy.

I od razu zagadka numer 1: Jak znaleźć leoparda na sawannie? W Rezerwacie Masai Mara żyje ich tylko 47, z czego większość przebywa w ścisłych rezerwatach lub prywatnych częściach parku, do których dostęp jest bardzo utrudniony lub niemożliwy. Te dzikie koty spędzają większość dnia w buszu lub w koronach drzew. Dodatkowo afrykańskie leopardy mają jasno-brązowe ubarwienie, świetnie się kamuflują, więc zadanie nie jest łatwe. Podpowiedź? Znajdź hienę. Brzmi dziwnie? Nic z tych rzeczy. Oto jak nasz przewodnik wywnioskował gdzie jest leopard. Najpierw zauważyliśmy hienę pod drzewem. Skoro hiena jest pod drzewem, na drzewie musi być padlina. Bingo! Podjeżdżając bliżej, na drzewie zobaczyliśmy zwłoki antylopy. Idźmy dalej tym tropem – skoro antylopa jest na drzewie, ktoś ją musiał tam wywlec. Kto może to zrobić? Leopard! Okazuje się, że leopard może wciągnąć na drzewo ciężar 3 razy większy od siebie. Świeża antylopa na drzewie równa się leopard w pobliżu, tak więc zaparkowaliśmy samochód przy najbliższych krzakach i rozpoczęliśmy trening cierpliwości. Byłam zaskoczona tym, jak bardzo przewodnik był pewien, że leopard kryje się właśnie tam – przecież on mógł sobie pójść gdziekolwiek! Dołączyło do nas więcej samochodów i oto, po kilkunastu dłużących się minutach, z buszu leniwie wyłonił się leopard, przeszedł przez wysoką trawę i… schował się znowu. Widzieliśmy! I to był pierwszy i ostatni raz, kiedy udało nam się go zobaczyć. Na zdjęciu poniżej widać nogi antylopy zwisające bezwładnie z drzewa.



Wracając do hien. Wszyscy wiemy, że hieny są padlinożercami, ale wbrew pozorom nie jest im trudno zdobyć pokarm. Dzięki swoim niesamowicie mocnym szczękom, mogą być pewne, że to, co trafi w ich paszczę, trafi za chwilę do ich brzucha. A ta „padlina” czasem się wyrywa, bo okazuje się, że hieny bardzo często atakują jeszcze żyjące, ale chore czy zranione zwierzęta. Jak to gnu na zdjęciu poniżej, które spotkaliśmy na środku drogi dnia następnego. Ze świeżo wyrwanym rogiem, zakrwawione po walce, zostało jeszcze prawdopodobnie zaatakowane przez stado hien i konało na drodze. Gnu, które jest raczej płochliwym zwierzęciem, nie zwracało uwagi na samochody czy ludzi. Smutny widok.



Ale o gnu i Wielkiej Migracji, którą zupełnie przypadkiem udało się nam zobaczyć, możecie przeczytać TUTAJ, tymczasem my znowu wracamy do hien. Hieny żyją w tzw. klanach, zazwyczaj liczących kilka-kilkanaście osobników. Dnie spędzają w cieniu, żerują głównie nocami. I wyglądają dużo sympatyczniej niż te w „Królu Lwie”.



Kolejne dzikie koty, jakie udało nam się zobaczyć to gepardy – najszybsze zwierzęta na ziemi. Pierwszego dnia wylegiwały się w cieniu, pięciu braci, żyjących razem w stadzie. Dlaczego tylko braci? U samicy geparda zazwyczaj tylko jedna płeć przeżywa poród, w tym przypadku silniejsi byli mężczyźni (to jest informacja od przewodnika, nie udało mi się nigdzie tego potwierdzić). Gepardy pokonują bardzo duże odległości – drugiego dnia spotkaliśmy to samo stado 30 km dalej, ale tym razem była ich tylko trójka. W stadach składających się tylko z męskich osobników, często pojawiają się nieporozumienia wynikające z chęci dominacji i bycia samcem alfa i – gepardy się rozdzielają. Po to, aby za kilka dni zrozumieć, że w kupie raźniej i połączyć się znowu. Są przyjacielskie – często podchodzą do samochodów i się łaszą, nie atakują (polecam obejrzeć filmiki na YouTube). Co nie znaczy, że należy je miziać za uchem. Nie należy.



Spotkanie z Królem Lwem

I przyszedł długo wyczekiwany moment – oko w oko z Królem Zwierząt, który akurat nie przyjmował gości, bo ucinał sobie popołudniową drzemkę. Niestety, nie wszyscy potrafili to uszanować i właśnie w tym punkcie, safari w takim wydaniu przestało mi się podobać. Samochody podjechały bardzo blisko drzewa pod którym leżał lew, łamiąc reguły parku zabraniające zjeżdżania z wyznaczonych dróg. Jakby tego było mało, ktoś stwierdził, że zdjęcie leżącego lwa nie jest tak fajne jak zdjęcie stojącego, zdenerwowanego lwa i… postanowił na niego zatrąbić. Lew wstał, zaczął odchodzić w przeciwnym kierunku szukając świętego spokoju, więc żądni atrakcji turyści otoczyli go samochodami tak, że ten nie miał gdzie przejść.



Obserwowaliśmy całą sytuację z drogi, przewodnik od razu zauważył, że lew wygląda na zdenerwowanego – trudno mu się zresztą dziwić. Nie wiadomo, jak rozwinęłaby się ta sytuacja, gdyby nie wcześniejsze trąbienie, które zaalarmowało strażników parku. Zjawili się natychmiast. Mandat – 200$ dla każdego samochodu, który był poza drogą. Według mnie o kolejne 200$ za mało. Dodam, że po obiedzie spokojnie wróciliśmy w to samo miejsce, sami, lew leżał pod drzewem, zrobiłam zdjęcie w żaden sposób mu nie przeszkadzając i odjechaliśmy. Pamiętajcie – to Wy jesteście gośćmi w parku. Przestrzegajcie jego reguł, bo zwierzęta mają prawo do normalnego, niezakłóconego życia. Stresowanie ich wpływa m.in. na ich zdolność rozmnażania się i może się okazać, że za 10-20 lat nie będzie już czego oglądać. Czy na pewno jedno dobre zdjęcie jest tego warte?



Wielka Piątka Afryki (The Big Five of Africa)

A skoro przy lwie jesteśmy, to warto zaznaczyć, że należy on do tzw. Wielkiej Piątki Afryki (ang. The Big Five of Africa). Wielką Piątką nazywamy 5 zwierząt – lwa, bawoła, hipopotama, nosorożca i słonia. W wielu źródłach można spotykać się też z zaliczaniem do tej grupy leoparda. Dlaczego taka nazwa? Bynajmniej nie dlatego, że są wielkie, chociaż to też. Otóż w czasach kolonialnych, gdy biały człowiek wymyślił sobie sport polegający na zabijaniu niewinnych zwierząt w ich naturalnym środowisku dla zabawy, nie zawsze przychodziło mu to łatwo. Wymienione zwierzęta charakteryzowały się tym, że ranne, postrzelone i słabe, nadal walczyły, broniły się i atakowały. Człowiek nazwał je wielkimi, a ich wielkość polegała na niezłomności i walce o życie do końca.



Najsilniejszy z nich był i jest nadal hipopotam. Te na pierwszy rzut oka niezdarne, ociężałe i sympatyczne ssaki są agresywne i bardzo szybkie. W naturalnym środowisku ich jedynym przeciwnikiem jest stado lwów, bo jeden lew nie wystarczy. Ale i one nie atakują hipopotamów często – mają wystarczająco dużo łatwiejszej zdobyczy, np. gnu czy antylop. Podobnie jest z krokodylami – te, jeśli w ogóle, atakują tylko małe hipopotamy. Tak więc te ogromne zwierzęta wylegują się całymi dniami w korytach rzek, czasem leniwie wchodząc do wody się schłodzić i zanurkować. Różowe szramy na ciele to nie ślady walki – są to oparzenia słoneczne, które goją się po wejściu do wody. Nocami hipopotamy żerują. Wychodzą na brzeg (wtedy najczęściej są atakowane przez stada lwów), aby zjeść kolację składającą się z 250-300 kg trawy i roślin. Ich szczęka nie ma limitu rozwierania – spróbujcie zobaczyć jak hipopotam ziewa! Przed hipopotamem nie da się uciec, co jakiś czas słyszy się, że turysta w trakcie safari został zaatakowany przez hipopotama i zginął. Ale wychodząc z samochodu i zbliżając się do jednego z najbardziej niebezpiecznych zwierząt na ziemi, musicie liczyć się z tym, że selekcja naturalna zadziała.



Kolejnym równie niebezpiecznym zwierzęciem należącym do Wielkiej Piątki jest słoń. Te afrykańskie są dużo większe od indyjskich, które mieliśmy okazję oglądać na Sri Lance. Największe osobniki ważą do 5.8t i żyją do 80 lat. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć prawdopodobnie jednego z największych i najstarszych słoni w parku, który trzepocząc uszami, subtelnie zakomunikował nam, żebyśmy zjechali mu z drogi. Pamiętajcie – słoń trzepoczący uszami wcale się nie wachluje – to sygnał ostrzegawczy, wyrażający zniecierpliwienie, zdenerwowanie.



Byliśmy dość zaskoczeni małą liczbą słoni podczas całego safari, ale przewodnik szybko rozwikłał zagadkę. Podczas Wielkiej Migracji, tysiące gnu pasie się na sawannie, a słoniom zwyczajnie przeszkadza ich smród i wszechobecne muchy. Przemieszczają się wtedy w inne rejony lub ukrywają w krzakach.

Samce słonia czasami żyją samotnie. To słonie, które zostały wypędzone ze stada za seksualne napastowanie innych słonic, podczas gdy żona jest w połogu. Dokładnie taką sytuację widzieliśmy na Sri Lance. Mimo wątpliwej moralności tych czynów, słonie uchodzą za bardzo uczuciowe zwierzęta, mają również wysoki poziom inteligencji. Są pamiętliwe, rozpaczają po zmarłych. Widząc, że słoń zginął i że nie była to śmierć naturalna, bronią jego zwłok. Na koniec odpowiedzmy sobie na najważniejsze pytanie – po co słoniowi trąba? Oprócz oczywistych zastosowań jak trąbienie, oddychanie, jedzenie czy picie, słonie używają jej także do kopania nią dziur, uzyskując w ten sposób dostęp do chłodniejszej gleby w upalne dni.


W Rezerwacie Masai Mara żyje bardzo dużo żyraf. Mogłabym napisać, że żyrafy mają długą szyję, ale podzielę się z Wami inną równie interesującą ciekawostką. Otóż żyrafy chodzą do wodopoju zawsze we dwie (prawie jak koleżanki do toalety). Robią to w celach asekuracyjnych, bo z powodu długiej szyi, żyrafa pochylając się może ścisnąć sobie tętnicę i zablokować dopływ krwi do mózgu, a co za tym idzie, stracić równowagę i upaść. Wtedy pomaga jej druga żyrafa, podtrzymuje jej szyję, aby ta wróciła do pionowej pozycji i aby dopływ krwi był możliwy. Później następuje zamiana.



Jedynym zwierzęciem, z „Wielkiej Piątki”, którego nie udało nam się zobaczyć, był nosorożec. Szanse od początku były niewielkie, żyje ich tutaj bardzo mało i trudno je wypatrzyć w zaroślach. Dodatkowo te osobniki mieszkają w części parku, do której dostęp jest regulowany i mieliśmy tylko godzinę na poszukiwania. Jeśli ktoś z Was jest szczególnym fanem tych zwierząt, polecam safari z w Lake Nakuru National Park – bardzo popularnym jednodniowym przystanku w drodze z Nairobi do Masai Mara, dodatkowo miejsce słynie z tysięcy flamingów zamieszkujących tereny nad jeziorem.


Safari w Kenii o wschodzie słońca

Ostatniego dnia w planie było safari o wschodzie słońca (nazywają to early morning game drive, trwa 2 godziny) i podobno jest to najlepsza pora na oglądanie dzikich kotów. Podobno, bo na początku nie było żadnego, a poranek uratowała słonia rodzinka i przepiękny wschód słońca. Dopiero pod koniec udało nam się wytropić 2 gepardy. Moja rada – rozważcie lot balonem o wschodzie słońca. Następnym razem na pewno bym tak zrobiła.



I nastał czas na pożegnanie z Afryką. Kolejna 6-godzinna podróż na lotnisko, zakup obowiązkowego magnesu, i… znowu nie udaje się nam zdobyć miejsca na samolot. Dodatkowo kolejny lot został opóźniony o 5h. Więc po nieprzespanej nocy, 9h koczowania na lotnisku, wylądowaliśmy w dusznym i zamglonym Dubaju, zmęczeni, ale zadowoleni.



Dzięki, że dobrnęliście do końca. Pytania kierujcie w komentarzach, zapraszam również do dzielenia się Waszymi doświadczeniami i radami, które z pewnością pomogą innym podróżnikom.

Jeśli spodobał się Wam ten tekst, możecie go polubić i udostępnić!
I zapraszam do lektury kolejnych, odnośniki znajdziecie poniżej 🙂

Aby być na bieżąco z nowymi publikacjami i podróżami, zapraszam do śledzenia:

-> profilu na fb: @whereverigo.pl

-> oraz instagramie: @whereverigopl

Dodaj komentarz