[TANZANIA] Pemba – czy już nie ma dzikich plaż?


Trochę tytułem wstępu

Gdzie leży Pemba? Pewnie wielu z Was zadało sobie to samo pytanie po zobaczeniu tytułu tego posta. I wiecie co? Rok temu też nie miałam pojęcia, a wszystko zmieniło się, gdy zaczęliśmy planować wyjazd nurkowy. Opcji było mnóstwo – od tych bardzo popularnych jak Malediwy czy Zanzibar, po mniej oczywiste – jak na przykład Mozambik. Jak zwykle staraliśmy się znaleźć miejsce, w które dolecimy na naszych pracowniczych biletach i które jednocześnie nie będzie zbyt daleko od Dubaju – mieliśmy tym razem tylko tydzień wolnego. W tej sytuacji „zmarnowanie” nawet 2 dni w podróży nie wchodziło w grę, dlatego też na wstępie odpadły wymarzone przez nas Filipiny. Po wstępnych poszukiwaniach, wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały, że najsensowniejszą opcją będzie jednak Zanzibar. Ale jak to, Zanzibar? Tłumy turystów, dziesiątki resortów, dodatkowo na Zanzibar z Dubaju z łatwością można przylecieć na krócej. Wtedy wzięłam do ręki Dive Atlas of the World, czyli pięknie wydany album opisujący nurkowe destynacje, i znalazłam – Pembę i Mafię. Po krótkiej analizie dojazdowo-organizacyjno-nurkowej wybór padł właśnie na Pembę.



Trochę faktów

Pemba to koralowa wyspa leżąca 80 km na północ od Zanzibaru i w przeciwieństwie do niego – totalnie nieturystyczna i niepopularna. Jest dużo mniejsza – ma tylko 67 km długości i 985 km2 powierzchni. W przewodniku przeczytałam, że jest niezwykle zielona – pokryta lasami oraz plantacjami egzotycznych przypraw. Ale nie spodziewałam się tego, co zobaczyłam w rzeczywistości – tak żywej i soczystej zieleni nie widziałam nigdzie wcześniej, a zdjęcia, które zrobiłam na miejscu nie zostały poddane żadnej obróbce – po prostu nie było takiej potrzeby.  Nic więc dziwnego, że już arabscy kupcy docierający na wyspę już tysiące lat temu nazywali ją „El Huthera”, czyli „Zielona”.



Trochę historii

Podobnie jak na Zanzibar, przybysze, na początku głównie z Półwyspu Arabskiego, Mezopotamii i Egiptu, zaczęli docierać tutaj już przed naszą erą, a archipelag zanzibarskich wysp był dla nich bramą do Afryki. Jednak na Pembie wszystko działo się wolniej i później, a pierwsi omańscy kupcy zaczęli się osiedlać dopiero w XII w. – to 4 stulecia później niż na Zanzibarze. W tym samym czasie Stone Town (stolica Zanzibaru) była już dobrze prosperującą osadą i ważnym węzłem na szlakach handlowych Oceanu Indyjskiego. Pemba ze względu na położenie na uboczu głównego szlaku, często była świadkiem szmuglowania, idealnym miejscem schronienia dla ukrywających się statków, przestępców i nielegalnych handlarzy. Po przejęciu władzy nad całym Archipelagiem przez Portugalczyków w 1506 r., Pemba stała się ofiarą nowych najeźdźców – została splądrowana, a osady spalone. Dopiero w obawie przed Brytyjczykami, w 1594 r. wybudowano tutaj fort Chake Chake – dzisiejszą stolicę wyspy. Sto lat później na całym wschodnim wybrzeżu Afryki do władzy ponownie doszli omańscy Arabowie, sukcesywnie wypierając Portugalczyków, którzy finalnie opuścili Pembę w 1965 r. Nastąpiły czasy panowania sułtanów Omanu, rozwój handlu niewolnikami, o którym bardziej szczegółowo możecie przeczytać TUTAJ. Po jego ograniczeniu, a następnie zniesieniu w 1873 r., Pemba jeszcze długo była miejscem, gdzie z dala od oczu świata, niewolnikami handlowano w najlepsze. Po wielu politycznych i ekonomicznych zawirowaniach, o których nie chcę się tutaj szczegółowo rozpisywać, w 1891 r. protektorat nad Zanzibarem i Pembą przejęło Imperium Brytyjskie. Trwał on do 1963 r. Obecnie cały Archipelag należy do Tanzanii.


Trochę codziennego życia

Jak się tutaj żyje? Prosto, skromnie, w zgodzie z naturą. Na wyspie mieszka niewiele ponad 400 tys. ludzi, ale próżno szukać tu wielkich miast czy nawet czegoś na miarę Stone Town. Populacja jest rozproszona po małych wioskach, a największa miejscowość to Chake Chake – stolica wyspy. Mieszkańcy nadal żyją tu tak, jakby XXI w. nigdy nie nastał – w tradycyjnych domach budowanych z gliny, drewna i pokrytych strzechą. Co prawda coraz częściej spotkać można murowane domostwa, a strzechę, jak wszędzie w Afryce, wypiera blacha falista, jednak styl pozostaje taki sam.





Trochę flory

Głównym towarem eksportowym wyspy są goździki. To wszystko za sprawą sułtana Saida, który w XIX w. wydał rozkaz zasadzenia 3 drzew goździkowych na każdą przypadającą im palmę kokosową, próbując w tej sposób zwiększyć plantacje goździków (oraz swój dochód) na terytorium archipelagu. Ci, którzy nie wywiązali się z tego obowiązku, tracili swoje ziemie. Na wyspie uprawia się również kauczuk, na każdym kroku rosną bananowce, a mieszkańcy uprawiają pola. Występuje tu także pieprz, gałka muszkatołowa i cynamon – nie bez powodu cały archipelag nazywany jest „wyspami przypraw”



Kiedy przychodzi odpływ, na plażach spotkać można kobiety zbierające algi, które później są suszone i eksportowane do Europy, Chin i Japonii. Z nich robione są drogie kremy i inne kosmetyki, a także zagęszczacze i stabilizatory w produkcji żywności.  





Reszta owoców, jak np. awokado, papaja czy ananas, hodowana jest raczej na lokalny rynek. Ponadto występują tutaj również mniej znane nam owoce – breadfruit, custardfruit, tamarynd czy jackfruit (ich nazw polskich nie znalazłam, jeśli ktoś je zna, zapraszam do dzielenia się w komentarzach). Oprócz rolnictwa wyspa żyje z rybołówstwa – wypływając w morze na tradycyjnych łodziach dhow mężczyźni zaopatrują swoje rodziny i wioski. Spotykając ich kilkakrotnie wokół wyspy mieliśmy okazję przyjrzeć się z bliska ich łodziom – starym, drewnianym, nadgniłym, a mimo to nadal pokonującym dziesiątki mil w poszukiwaniu pożywienia. Byli bardzo towarzyscy – podczas naszych przerw powierzchniowych pomiędzy nurkowaniami na bezludnych plażach i małych wysepkach podpływali poprosić o ciepłą kawę i pokazać swoje zdobycze – ryby, piękne muszle, ślimaki. Na takich właśnie tradycyjnych łodziach odbywa się również regularny transport pomiędzy wyspami Zanzibaru – niestety od kilku lat przewóz turystów na dhow nie jest legalny.




Trochę turystyki

Mieszkańcy Pemby posługują się głównie językiem swahili i poza hotelami angielski nie jest tu powszechny. 99% ludności wyspy to muzułmanie i trzeba mieć to na uwadze planując swój ubiór. Zwłaszcza, że widok turysty nie jest tu powszechny – przeczytałam, że wyspę rocznie odwiedza mniej niż 10 tys. ludzi (dla porównania, Zanzibar obecnie odwiedza ok. 450 tys. turystów rocznie). Biorąc pod uwagę nasz tygodniowy pobyt na Pembie, nawet cyfrę 10 tys. uważam za mocno przesadzoną – w bazie nurkowej przez większość czasu byliśmy sami, a ostatecznie spotkaliśmy tylko jedną parę podróżników. Na wyspie znajduje się 10 hoteli, jednak baza noclegowa zaczyna się rozrastać – podobnie jak my, coraz więcej ludzi szuka czegoś innego niż zatłoczony Zanzibar i Pemba właśnie to oferuje. Puste plaże i jedne z najbogatszych i najzdrowszych raf koralowych na świecie sprawiają, że wyspa jest rajem dla miłośników podwodnego świata i właśnie dlatego tutaj trafiliśmy. I jestem bardzo szczęśliwa, że zrobiliśmy to właśnie teraz – obawiam się, że za 10-20 lat będzie to kolejny Zanzibar, w złym tego słowa znaczeniu. Póki co jest pięknie – nieskalana cywilizacją wyspa żyje własnym tempem, a garstka odwiedzających ją turystów, do której mieliśmy przywilej należeć, może jedynie stać z boku i podziwiać mały lokalny świat, których już tak mało w naszych czasach.



Trochę fauny

Wyspa zawsze była zalesiona i żyzna, jednak rolnictwo stopniowo karczowało lasy. W obecnych czasach jedynym nienaruszonym leśnym ekosystemem jest Ngezi Forest na północy wyspy. Gęsta puszcza, przez którą z trudnością przedzierają się promienie słońca jest domem m.in. dla koszkodanów czy bushbaby (pol. galagowate) – małych małpek, których krzyk do złudzenia przypomina płacz dziecka. Warto to wiedzieć, zanim rzucicie się w las na ratunek porzuconemu niemowlakowi. Zarówno rezerwat Ngezi Forest Reserve jak i Pemba Flying Fox Forest to miejsca, które możecie odwiedzić, szukając na wyspie innych zajęć niż nurkowanie. Zwłaszcza, że nie sposób być na Pembie i nie zobaczyć flying fox (pol. rudawka) – endemicznego, zagrożonego gatunku sporego nietoperza, którego nazwa nawiązuje do jego pomarańczowego futra i lisiej mordki. Te urocze zwierzęta żywią się miękkimi owocami i mogą ważyć nawet 1.5 kg. A nimi z kolei żywią się… lokalni mieszkańcy, którzy postrzegają mięso latających lisów jako rarytas. 



Trochę… magii

Nieszczególnie mnie to dziwi, skoro wyspiarze potrafią nawet… jeść dzieci. I zanim podejmiecie ostateczną decyzję o nieodwiedzaniu tego miejsca, pozwólcie mi wytłumaczyć, o co dokładnie chodzi. Otóż we wschodniej Afryce Pemba znana jest z naturalnej medycyny, uprawiania magii i praktykowania voodoo. I bynajmniej nie mówię tutaj o ciemnych czasach sprzed stuleci – przykłady uprawiania czarnoksięstwa wciąż są na porządku dziennym wśród lokalnej ludności. Kilka lat temu nagłośniono sytuację, że znachor – czarnoksiężnik zjadał dzieci w ramach swoich magicznych praktyk. Co prawda został ostatecznie aresztowany, ale nie zmieniło to faktu, że na Pembę nadal tłumie przybywają mieszkańcy Afryki w poszukiwaniu magicznych sposobów na zdrowie, szczęście i wszelkiego rodzaju powodzenie. Część z Was pewnie przerazi fakt, że w XXI w. wciąż takie rzeczy są możliwe. A części pewnie zaświecą się oczy i włączy wyobraźnia – a gdyby tak na własne oczy zobaczyć magiczne obrzędy? Niestety – tu Was zawiodę. Magiczne praktyki uprawiane są z dala od turystyki i postronnych osób, a nawet Europejczycy mieszkający na wyspie jedynie słyszą od czasu do czasu o tym procederze. Mieszkańcy natomiast zapytani o magiczne sprawy, tylko lekko się uśmiechają…



Trochę informacji praktycznych

Tak jak pisałam wcześniej, wyspa należy do Tanzanii i jest częścią Archipelagu Zanzibar. Urzędowym językiem jest swahili oraz angielski, waluta to szyling tanzański (TZS).

Dojazd/dolot

Na wyspę dostaniecie się z Zanzibaru lub Dar Es Saalam (Tanzania kontynentalna) lokalnymi liniami lotniczymi lub promem. Dokładne rozkłady oraz ceny znajdziecie na stronach internetowych poszczególnych przewoźników. Wśród linii lotniczych są to Auric Air, Coastal Aviation i Zan Air (loty z Dar Es Saalam przez Zanzibar) oraz Tropical Air (loty z Zanzibaru). Połączenie Zanzibar – Pemba to niecała godzina lotu. Jeśli chodzi o promy, to najpopularniejszym przewoźnikiem jest Azam Marine & Coastal Fast Ferries, a rejs Dar Es Saalam trwa 2 godziny.

My lecieliśmy z Zanzibaru linią Auric Air i nie mam jej absolutnie nic do zarzucenia (a na tym akurat się znam). Nie zdziwcie się jedynie jak będziecie jedynymi białymi w samolocie, karta pokładowa zostanie Wam wydrukowana na przypadkowej kartce, a tag bagażowy wypisany ręcznie. Witamy w Afryce!




Noclegi

Baza noclegowa jest uboga – 10 hoteli na całej wyspie sprawia, że wybór jest raczej wąski. Do opcji luksusowych należy Manta Resort na północy wyspy. To tutaj znajduje się sławny pokój… pod wodą. Za skromne 1700$ na noc, zostaniecie dostarczeni łódką na małą platformę niedaleko brzegu. Na poziomie wody czeka na Was łazienka oraz pokój dzienny, natomiast na noc zejdziecie po drabince do sypialni z widokiem na podwodny świat. Do dyspozycji gości jest sprzęt do snorkelingu, kolacja przypływa o wyznaczonej godzinie, a 24/7 niedaleko platformy przebywa stróż.



Bardziej przystępna opcja to na przykład Gecko Nature Lodge, gdzie mieści się centrum nurkowe Swahili Divers. Właśnie tę opcję wybraliśmy my i generalnie mogę polecić to miejsce. Pokoje dostępne są w dwóch opcjach – wspólnych dormitoriach lub osobnych bungalowach. Są czyste i zadbane, ale trzeba mieć na uwadze, że w takim miejscu jak Pemba natura dosłownie będzie się Wam wdzierała do łóżek. Nie jesteście w stanie zasnąć, jeśli w okolicy jest pająk, a na widok gekona krzyczycie wniebogłosy? Wtedy to miejsce zdecydowanie nie jest dla Was. Gdy ze zdziwieniem zapytaliśmy właścicielki, dlaczego zasuwka w łazience jest zarówno od strony wewnętrznej jak i pokoju, zostaliśmy poinformowani, że na noc lepiej ją zamykać. Dlaczego? Bo jak wpadnie do łazienki w nocy małpka, to przynajmniej nie przedostanie się do pokoju. Decydując się na nocleg w tym miejscu przygotujcie się również na brak ciepłej wody (chociaż właściciele obiecywali, że już niedługo będzie zapewniona), brak prądu w ciągu dnia (generatory pracowały od 18:00 do 08:00), brak Internetu. Wyżywienie było bardzo dobre i świeże, ale jednocześnie bardzo drogie – 20$ za posiłek w takim miejscu to stanowcza przesada. Niestety w okolicy nie ma innych opcji żywieniowych, chyba, że potraficie polować.

Jeśli chodzi o nurkowanie, o którym powstanie osobny post, to zazwyczaj kilka hoteli (w naszym przypadku dwa), korzystają z tej samej bazy nurkowej, a łódź nurkowa codziennie zabiera nurków z poszczególnych hoteli.




Planując urlop na Pembie dokładnie sprawdźcie porę roku i sezon. Ze względu na intensywne opady w okolicach kwietnia i maja, wiele resortów po prostu się zamyka.

Jeśli chodzi o dojazd do hotelu lub bazy nurkowej po wylądowaniu na wyspie – jest on zawsze zapewniany przez resort. Na wyspie nie ma komunikacji publicznej dla turystów, a ta lokalna kursuje pomiędzy większymi wioskami i raczej do hotelu Was nie zawiezie. Możecie jeszcze próbować dostać się w wyznaczone miejsce taksówką, o ile jakąś znajdziecie, dojdziecie do porozumienia z kierowcą, a on Was zrozumie.


Zakończenie

Na tym zakończę moje wrażenia z Pemby, która jest niewątpliwie jednym z piękniejszych miejsc, jakie odwiedziłam w życiu. Fakt, że nie ma tutaj turystów i naprawdę istnieją bezludne plaże z muszelkami większymi od moich dłoni zdecydowanie przemawia za planem powrotu tutaj w przyszłości. Ale wiecie, jak to jest z tymi powrotami w to samo miejsce – człowiek sobie obiecuje, że wróci, ale ostatecznie zawsze wybiera nową destynację. Wy też tak macie?

W kolejnym poście napiszę więcej o samym nurkowaniu na Pembie – z perspektywy nurka. O tym, jak było to zorganizowane, jakie zwierzęta można spotkać i dlaczego rafa koralowa na Pembie uważana jest za jedną z najpiękniejszych, najbogatszych i najzdrowszych na świecie. Do zobaczenia!





 

7 thoughts on “[TANZANIA] Pemba – czy już nie ma dzikich plaż?

  1. Breadfruit-chlebowiec właściwy; jackfriut-chlebowiec różnolistny,owoc drzewa bochenkowego lub po prostu „dżakfrut”; tamarind- owoc tarymandowca,tamarynd; custardfruit-flaszowiec. Angielskie nazwy brzmią, hmmm…,bardziej swojsko, czyż nie? Pozdrawiam

    1. O, dzięki!! Ja znalazłam gdzieś ten chlebowiec ale szybko uznałam ze to musi być jakiś błąd A tu proszę do mnie jakoś też lepiej przemawiają angielskie

  2. Świetne miejsce odkryłaś – tylko jest jedno ale… takie miejsca szybko znikają przez nas samych, zwłaszcza tych dzielących nimi w internecie… sama mam często dylematy… i coraz częściej te nieskażone cywilizacją perełki zachowuje dla siebie i moich bliskich

    1. Oj to prawda, sama również mam takie dylematy. Z drugiej strony mieszkańcy bardzo chcą rozwoju turystyki na wyspie, bo daje im to pracę, rozwój gospodarki, lepsze życie. Nie znam więc odpowiedzi na ten dylemat, ale w 100% Cię rozumiem. Pozdrawiam!

Dodaj komentarz