Roadtrip w Armenii – gotowy plan na 3 dni ! Dzień 1

Roadtrip w Armenii – trasa dzień 1

Trasa: Erywań – Voghjaberd Caves – Charents Arch – Garni – Geghard Monastery – Sewanawank – Hayravank Monastery – Noratus – Masruts Anapat – Orbelian Caravanserai – Artabjunk (powyższe nazwy są nazwami, po których z łatwością znajdziecie dane miejsce na Google Maps, dlatego też nie tłumaczyłam ich na polski.)

Długość: 300 km

Czas podróży: 6 godzin



Trochę ormiańskiej kuchni na dobry początek

Jak zwykle na śniadaniu jesteśmy pierwsi. Pierwsze spotkanie z ormiańską kuchnią wypada na jej korzyść. Próbujemy cienkiego chlebka – lawaszu, który tutaj podawany jest do wszystkiego i o każdej porze. Można go również dostać  w przydrożnych budkach czy straganach. Jest dużo cieńszy niż znany nam chleb arabski i mniej pszenny w smaku. Ma za to charakterystyczny zapach pieca,  w którym jest pieczony – przykleja się go do nagrzanych ścian glinianego paleniska, a jego wypiekiem zajmują się wyłącznie kobiety. Zachwycam się również domowymi konfiturami z moreli, bo przecież w ormiańskim domu morele są najsmaczniejsze. Na koniec pijemy ormiańską kawę i pamiętamy, żeby nigdy i pod żadnym pozorem nie nazwać jej turecką. Ormianie są przekonani,  że to właśnie u nich przed wiekami zaczęto pić ten mulasty napój z kardamonem, który teraz można skosztować w praktycznie każdym arabskim kraju. Ja, mimo, że jestem wielką miłośniczką kaw, do tej jeszcze się nie przekonałam.


Lawasz i konfitury były nieodłączną częścią każdego śniadania.

Ruszamy w drogę, a pierwszym przystankiem jest… stacja benzynowa. Gdzieś wyczytałam, że oszukują, że trzeba mieć odliczone pieniądze i wiedzieć ile dokładnie chce się zatankować. Nie oszukali, w dodatku dostaliśmy gratis sok z granata (granat to symbol Armenii) w ramach miłego przywitania w kraju. Nie warto się uprzedzać.


Łuk Eghishe Charents’a i widok na Ararat

Jadąc w kierunku Garni zatrzymujemy się przy łuku zbudowanym na cześć poety Eghishe Charents’a, antykomunistycznego twórcy, który zmarł w stalinowskim więzieniu w 1937r. To jego podobizna widnieje na banknocie 1000 AMD. Sama budowla nie jest niczym szczególnym, ale zdecydowanie warto tu się zatrzymać, aby zobaczyć krajobraz z Araratem w tle. Oczywiście jeśli pogoda sprzyja, bo np. na moim zdjęciu, Ararat trzeba sobie trochę wyobrazić.


Widok na Ararat
Łuk zbudowany na cześć poety Eghishe Charents’a

Ararat – święta Góra Ormian

A o co chodzi w ogóle z tym Araratem? Dlaczego podobizna tej góry znajduje się w godle Armenii, jest jego symbolem i najczęściej powtarzanym motywem każdego rodzaju sztuki, podczas gdy nawet w Armienii się nie znajduje? Cofnijmy się więc do… Księgi Rodzaju.

„Miesiąca siódmego, siedemnastego dnia miesiąca arka osiadła na górach Ararat”.

Chodzi oczywiście o Arkę Noego, która po ustaniu potopu, wg Biblii osiadła właśnie tutaj. I prawdopodobnie nie ma w tym nic legendarnego, bo całkiem niedawno na szczycie góry odnaleziono fragmenty statku, datowane na kilka tysięcy lat wstecz. Tylko co to ma wspólnego z Armenią? Ormianie wierzą, że wywodzą się bezpośrednio od Noego – są potomkami Hajka, syna Jafeta, który z kolei był synem Noego. Tak więc miejsce, w którym symbol ludzkości – Noe, ocalał z potopu, z którego narodziły się nowe cywilizacje, jest dla Ormian nie tylko miejscem biblijnym, ale kolebką ich dziejów oraz dziejów świata. Przez wieki góra znajdowała się najpierw na terenie królestwa Urdus, następnie na terenie potężnej Armenii, która zajmowała obszar od Morza Śródziemnego do Kaspijskiego. To miejsce święte, symboliczne, to ich tożsamość, to coś tak na wskroś ormiańskiego, że nikt z mieszkańców dzisiejszej Armenii nie jest w stanie pogodzić się z tym, że ta świętość znalazła się na terytorium najgorszego wroga – Turcji. Utrara Araratu oraz 12 innych historycznych prowincji była efektem wojny armeńsko-tureckiej z 1920r. Ale mimo politycznych granic, Ararat nadal góruje nad Armenią i chcąc nie chcąc pozostaje jej symbolem, a Ormianie głęboko wierzą, że sprawidliwość dziejowa kiedyś przywróci im ich świętą Górę.


Voghjaberd

Kolejnym punktem naszego roadtripu jest wioska Voghjaberd. Można tam zobaczyć wykute w skałach jaskinie, które były zamieszkiwane w starożytności i średniowieczu. Podobno jest też tam megalityczny obiekt (jakich sporo w Armenii), coś na kształt tutejszego Stonehenge. Niestety bez dokładnej lokalizacji nie sposób znaleźć kilku kamieni rozrzuconych obok siebie. To miejsce to również pierwszy sprawdzian naszego samochodu, bo droga do miejsca, z którego można zobaczyć jaskinie jest na prawdę zła. Przy okazji udaje się sfotografować życie armeńskiej wsi.


Voghjaberd

Garni – kompleks pałacowo – świątynny

Garni to nie tylko świątynia. To miejsce, w którym swój ślad bardzo wyraźnie odcisnęły zmieniające się czasy, wyznawane religie, przemyjający ludzie. Mamy tutaj wiszap, kamienny posąg w kształcie ryby tworzony ku czci bogini wody z VIII w. p.n.e., pałac i łaźnię z III w. n.e., ruiny monastyrów z V i VII w. n.e. czy pałac Katolikosa z IX w. n.e.  Najbardziej znana jest odbudowana w 1975r. świątynia… nie do końca niewiadomo kogo. Generalnie mówi się, że była poświęcona bogu Mitrze, pogańskiemu bóstwu słońca. Mogła być też grobowcem rzymskiego władcy, ale tego pewnie już się nie dowiemy. XXI w. też zostawił tutaj swój ślad – można zobaczyć nowożytne stragany z pamiątkami, muzeum i bardzo dużo autobusów przywożących tutaj jednodniowych turystów z Erywania.


Świątynia Garni

Sama świątynia nie zrobiła na mnie wrażenia, całość sprawia wrażenie dość nowożytnego, odnowionego i bardzo turystycznego miejsca. Turdno tu dotknąć historii, a jedyne, co nie zmieniło się przez wieki to niezapomniany widok na wąwóz rzeki Azat, dla którego warto tutaj przyjechać.  


Widok na wąwóz rzeki Azat

Klasztor Geghard

Bardzo chciałam zobaczyć kolejny ważny zabytek na mapie Armenii – klasztor Geghard z IV w. założony przez Grzegorza Oświeciciela, który zakrzewił chrześcijaństwo w tym kraju. „Geghard” znaczy „włócznia”, a nazwa klasztoru wiąże się z legendą mówiącą o tym, że w XI w. przechowywano tutaj włócznię, którą przebito bok Chrystusa na Krzyżu. Podobno monastyr jest imponujący, góruje nad wąwozem rzeki Azat, idealnie wtapiając się w armeńskie krajobrazy. Niestety na drogę osunęły się skały, policja nie pozwalała na przejście pieszo, a w górach, jak to w górach, innej drogi nie było. A szkoda.



Jezioro Sewan

Już sama droga nad jezioro Sewan daje pewien obraz czego się spodziewać. Dziesiątki przydrożnych straganów z niezbędnym wyposażeniem plażowicza sugerują, że zbliżamy się do armeńskiego kurortu. Dodatkowo jedziemy tam w weekend, w środku sezonu letniego, wiec odnosi się ważenie, że razem z nami jedzie tam cała Armenia. Ormianie jadą nad jezioro, bo niestety czasy, kiedy mieli dostęp do mórz bezpowrotnie minęły, a z jeziorem Sewan łączy ich więź niewiele słabsza niż ta z górą Ararat. To jedyne jezioro, które pozostało na terytorium dzisiejszej Armenii, a która historycznie była krainą trzech wielkich jezior – Sewanu właśnie, jeziora Wan (dzisiejsza Turcja) i jeziora Urmia (dzisiejszy Iran).

Wyobraźcie sobie teraz Międzyzdroje we wczesnych latach 90. Mi nie dane było ich zobaczyć, ale gdy dotarliśmy nad Sewan uznałam, że dokładnie tak musiały wyglądać. Nadszarpnięte zębem czasu stare pomosty, budki z jedzeniem pachnące nieświeżym tłuszczem, dość osobliwe pamiątki z wakacji i mało przystojni młodzieńcy próbujący zaimponować plażowiczkom popisami na skuterach wodnych z demobilu – taki właśnie obrazem armeńskiego kurortu zapamiętałam.


Ktoś ma ochotę na pamiątkę z wakacji? Takich tu nie mało.

Klasztor Sewanawank

Mało ciekawy, gdyby nie to, że nad jeziorem góruje monastyr Sewanawank, wybudowany na trudno dostępnej wyspie w XIII w., na polecenie mnicha Mesropa Masztoca. Legenda głosi, że zobaczył postaci 12 apostołów sunących nad taflą jeziora w kierunku wyspy i odczytał to jako znak, aby wybudować w tym miejscu klasztor pod ich wezwaniem. Sewanawank uchodził za bardzo restrykcyjny klasztor – to tutaj zsyłano niesubordynowanych mnichów, aby odseparować ich od wina, kobiet i śpiewu. Seminarium działa tutaj nadal, chociaż w innym budynku i podobno nie jest tak restrykcyjne jak kiedyś. Obecnie do zabudowań można dostać się suchą nogą, ponieważ poziom wód jeziora Sewan znacznie się obniżył i kiedyś niedostępna wyspa stała się bardzo często uczęszczanym przez urlopowiczów półwyspem.


Monastyr Sewanawank na tle jeziora Sewan
I ja, też na tle jeziora Sewan 🙂

Klasztor Hayrawank

Z Sewanawanku rozpoczynamy drogę na południe wzdłuż jeziora Sewan. Pierwszym przystankiem jest klasztor Hayrawank. Niby kolejny monastyr w Armenii, ale pokryty pomarańczowym nalotem świetnie komponuje się z taflą jeziora w tle, dodatkowo znajduje się tuż przy głównej drodze, więc żal się nie zatrzymać.


Monastyr Hayrawank

Cmentarz Noratus

Kolejny punkt naszego roadtripu to nie monastyr. Noratus – to współczesny cmentarz z częścią zabytkową składającą się z około 900 chaczkarówcharakterystycznych ormiańskich rzeźb wykonanych na kamiennych tablicach. Chociaż sztuka ta znana była już w czasach przedchrześcijańskich, jej rozkwit nastąpił, gdy ich głównym motywem stał się krzyż. Chaczkary pełniły funkcje ozdobne, dziękczynne, stawiano jest również w miejscach pochówku. Noratus to najstarszy zachowany taki cmentarz, najstarsze chaczkary datowane są na IV-V w. n.e. Na miejscu możecie wypożyczyć mini-przewodnik (dostępny w kilku językach, niestety nie polskim) po najbardziej charakterystycznych rzeźbach, jego rozwinięta wersja jest również na stronie Armenian Monuments. Niestety, wiele tabliczek z numerami jest zniszczonych i trudno znaleźć odpowiadające opisom miejsca. Przydaje się wtedy język rosyjski – pani opiekująca się tym miejscem jest bardzo pomocna. Ja uważam, że o ile nie jesteście studentami archeologii na specjalności chaczkarstwo, nie ma potrzeby analizowania zmieniających się przez wieki detali. Zamiast biegać i szukać numerków, warto przystanąć na moment i docenić piękno tej wielowiekowej i misternej sztuki.


Chaczkary
Na miejscu spotkaliśmy panie, które czyściły chaczkary z mchu, w celu późniejszego ich skatalogowania.

Klasztor Masruc Anapat w Dzoragyugh

Jedziemy dalej – tym razem uparłam się, żeby pojechać do klasztoru Masruc Anapat w Dzoragyugh, skuszona obietnicą oglądania pięknych i unikalnych haftów i dywanów. Takie zdobnictwo jest rzadkością w Armenii – wnętrza są zazwyczaj surowe i ciemne. Niewątpliwie wzbudziliśmy zainteresowanie lokalnej społeczności, która była lekko zdumiona, że ktokolwiek tam dotarł. Natomiast powalających haftów i dywanów nie znalazłam – oprócz interesującego dywanu ściennego przedstawiającego Ostatnią Wieczerzę.


Na terenie starożytnego monastyru toczy się zwyczajne, codzienne życie mieszkańców.
“Ostatnia Wieczerza” utkana na wzór tej autorstwa Leonardo da Vinci.

Przełęcz Sulema

Dzień powoli zbliża się ku końcowi, a nas czeka jeszcze przejazd o zachodzie słońca przez malowniczą przełęcz Sulema na wysokości 2400 m. n.p.m. Zdecydowanie zaplanujcie więcej czasu na ten odcinek – nie sposób oderwać się od aparatu.


Widok z przełęczy Sulema
W drodze na przełęcz

Karawanseraj Selim

I tutaj przyznam się, że kolejne warte odwiedzenia miejsce znaleźliśmy przypadkiem – chyba się nie przygotowałam… Zjeżdżając z przełęczy na południe, po lewej stronie drogi widać budynek przypominający stajnię. To karawanseraj Selim, przydrożny zajazd z 1332 r., znajdujący się przy jednym z szlaków handlowych tamtych czasów. To tutaj odpoczywali strudzeni kupcy oraz ich konie. Ale nie tylko – wymieniali też informacje, zaciągali pożyczki, handlowali, korzystali z usług doradców i… innych usług również. Warto zobaczyć, zwłaszcza, że jest to najlepiej zachowany tego typu budynek na świecie – jest usytuowany na tyle wysoko, że miejscowa ludność nie rozebrała go w celach pozyskania materiałów budowlanych, gdy już przestał być używany.



Karawanseraj Selim

Artabuynk

Wieczorem docieramy do Artabuynk, miejscowości, z której planujemy wyjść w góry następnego dnia. Zatrzymujemy się w hotelu, który raczej nazwałabym gospodarstwem agroturystycznym, jakby… luksusowym jak na otaczające go realia. Wieczór spędzamy przy armeńskim winie, muzyce i… teleskopie, a dodatkowo tego dnia jest pełnia.

A jak wyglądał kolejny intensywny dzień w Armenii? Zobacz TUTAJ!


Ciekawostka – przykładając aparat (użyłam telefonu), do teleskopu, można zrobić całkiem przyzwoite zdjęcie. Nie wiem dlaczego, ale nie spodziewałam się, że to zadziała 🙂


Dzięki, że dobrnęliście do końca. Pytania kierujcie w komentarzach, zapraszam również do dzielenia się Waszymi doświadczeniami i radami, które z pewnością pomogą innym podróżnikom.

Jeśli spodobał się Wam ten tekst, możecie go polubić i udostępnić!
I zapraszam do lektury kolejnych, odnośniki znajdziecie poniżej 🙂

Aby być na bieżąco z nowymi publikacjami i podróżami, zapraszam do śledzenia:

-> profilu na fb: @whereverigo.pl

-> oraz instagramie: @whereverigopl

Dodaj komentarz