[SUDAN] Sudan – safari nurkowe. Organizacja i bezpieczeństwo.


Chyba najwyższa pora napisać coś o mojej podróży do Sudanu. Zacznę może od tego, o co najwięcej ludzi pyta, robiąc przy tym szerokie oczy – dlaczego Sudan? Kolejny raz na nasz wyjazd nurkowy wybraliśmy miejsce, które nie jest pełne turystów, w morzu nie pływa plastik, a na rafie nie ma kilkudziesięciu nurków z okolicznych hoteli. W zasadzie w ogóle nie ma nurków z hoteli – w Sudanie praktycznie nie istnieje infrastruktura turystyczna, a jedną możliwością, aby tu zanurkować jest wybranie opcji „liveaborad”, czyli nurkowania ze statku i mieszkania na nim. Na świecie nie ma już dużo takich miejsc, a tych, które się jeszcze zachowały – drastycznie ubywa. Rośnie populacja, rosną miasta, rośnie przemysł i rosną góry plastiku, więc jeśli mamy szansę odwiedzić te nieliczne, naturalne i dziewicze obszary naszej planety, trzeba robić to teraz. Za 10 lat może być już za późno. Ale to nie jedyny czynnik, który zdecydował o wyborze tego miejsca.


sudan

Dlaczego warto pojechać na safari nurkowe do Sudanu?

W Sudanie Morze Czerwone oferuje nam jedne z najlepszych miejsc nurkowych na świecie, ze zdrową rafą koralową, ciepłą wodą i wspaniałą widocznością. W okresie od marca do maja, kiedy sezon nurkowy jest w pełni, istnieje duże prawdopodobieństwo, że zanurkujemy z grupą rekinów młotów (hammerhead sharks), rekinami szarymi (grey sharks/silky sharks) czy białopłetwymi (whitetip sharks). I właśnie wokół tego, od pierwszego dnia, krążą rozmowy na statku, każdy z niecierpliwością czeka na zobaczenie swojego pierwszego rekina i cieszy się jak dziecko, gdy w trakcie nurkowania okazuje się, że te są dosłownie wszędzie i nie wiadomo, w którą stronę patrzeć. I chociaż spotkanie z tymi niesamowitymi zwierzętami w ich naturalnym środowisku w zupełności wystarczyłoby, aby każdy wrócił z Sudanu szczęśliwy, to nie koniec atrakcji.


sudan
Rekin jedwabisty (silky shark)

W Sudanie miłośnicy nurkowania wrakowego zanurkują na jednym z najbardziej dostępnych i bezpiecznych wraków do nurkowania na świecie – Umbrii, czyli 150-metrowym statku cargo, który został zatopiony wraz z całym ładunkiem u wybrzeży Port Sudanu. Pasjonaci historii oceanów zwiedzą pozostałości bazy Jacques’a Cousteau – Conshelf II (inaczej Continental II), wybudowanej w celu prowadzenia badań nad egzystencją człowieka pod wodą. Romantycy obejrzą malowniczy zachód słońca z latarni morskiej Sanganeb, strzegącej trudnych, usianych rafami koralowymi szlaków żeglugowych Morza Czerwonego. A to wszystko w dobrym towarzystwie i przy dobrej zabawie, pod opieką doświadczonych przewodników i wspaniałej załogi statku MV Tala, bo właśnie na tym statku spędziliśmy jeden z najlepszych dotychczasowych wyjazdów nurkowych. Egipska firma Red Sea Explorers, która jako jedna z nielicznych organizuje nurkowania w Sudanie, to bez wątpienia strzał w dziesiątkę, jeśli chodzi o wybór oferty, organizację nurkowania, profesjonalizm, przygotowanie przewodników oraz komfort i bezpieczeństwo uczestników. W tym miejscu chciałam zaznaczyć, że nurkowanie w Sudanie wymaga pewnego poziomu doświadczenia. Rekomendowane minimum to Advanced Open Water Diver z 50 nurkowaniami i w moim odczuciu jest to absolutne minimum, żeby tam pojechać. Nurkowania są trudne – głębokie, nierzadko w silnym prądzie i bez punktów odniesienia, w toni. Uważam, że mniej doświadczeni nurkowie nie wykorzystają w pełni możliwości tego miejsca, a okazji powrotu w przyszłości może nie być.


Widok na rafę koralową z latarni morskiej Sanganeb

Jest jeszcze jeden aspekt, dlaczego nie warto zwlekać z nurkowaniem w Sudanie, jeśli jest ku temu okazja. Jak za chwilę przeczytacie, rejon Sudanu nie należy do najbardziej stabilnych politycznie regionów świata i nigdy nie wiadomo, kiedy wybuchnie tam kolejny konflikt. Dlatego też trzeba korzystać, póki się da i póki takie nurkowania są organizowane.

Czy wyjazd do Sudanu jest bezpieczny?

No właśnie, bezpieczeństwo. Kolejne pytanie, jakie nasuwa się na hasło „Sudan”, to czy wyjazd do tego kraju jest bezpieczny. Nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Bez wątpienia nie jest to typowa destynacja turystyczna i na próżno szukać tam wycieczek, hoteli lub czegokolwiek innego, co z turystyką jest związane. Wiem, że są ludzie, którzy podróżują po Sudanie, można zobaczyć tam starożytne ruiny, ale nie spodziewajcie się cudów po kraju, który do 2011 roku był w stanie wojny domowej. Miną lata, zanim gospodarka, infrastruktura i przemysł się rozwiną, nie mówiąc o turystyce. O ile w ogóle to nastąpi w tak niestabilnym politycznie regionie. Wybierając się jednak na safari nurkowe, nie mamy dużej styczności z tymi problemami. Safari organizowane jest przez egipską firmę, która ma w tym doświadczenie, jest zapewniony transport lotnisko – statek i z powrotem. Problem piractwa istnieje, jednak z moich rozmów z Sudańczykami przed wyjazdem dowiedziałam się, że dotyczy on głównie rogu Afryki (rejon Somalii) i ataki nie są z reguły skierowane na turystów.


sudan
Nabrzeże portu w Port Sudanie

Z największymi problemami politycznymi i gospodarczymi zmaga się głównie Sudan Południowy – najmłodsze państwo świata. W tym przypadku całkowicie wykluczone jest podróżowanie po jego terenie. A co na temat Sudanu uważa polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych?

„Ministerstwo Spraw Zagranicznych informuje, że w dniu 23 lutego 2019 r. został wprowadzony stan wyjątkowy. Należy spodziewać się wzmocnionych kontroli na ulicach oraz przy wejściach do budynków użyteczności publicznej. Władze mogą dokonywać aresztowań pod zarzutem zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa oraz ograniczać dostęp do zatrzymanych. W związku z tym zalecane jest unikanie zgromadzeń publicznych, stosowanie się do poleceń lokalnych władz i przestrzeganie godziny policyjnej na wyznaczonych obszarach. 

Ministerstwo Spraw Zagranicznych zwraca uwagę, że od grudnia 2018 r. w wielu miastach Sudanu, głównie w Chartumie i Omdurmanie, mają miejsce masowe demonstracje na tle politycznym i ekonomicznym, podczas których dochodzi do gwałtownych starć z policją, z użyciem ostrej amunicji – są także ofiary śmiertelne.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych odradza wszelkie podróże do następujących prowincji Sudanu:

  • Darfur Północny
  • Darfur Południowy
  • Darfur Zachodni
  • Kordofan Południowy
  • Biały Nil
  • Niebieski Nil
  • południowa część prowincji Kordofan Północny

Dodatkowo MSZ apeluje o rezygnację z wszelkich podróży do Parku Narodowego Dinder oraz obszaru Dżabal al-Uwajnat – w miejscach tych mogą operować lub ukrywać się uzbrojone bojówki.

Na pozostałe terytorium Sudanu, odradzamy podróże, które nie są konieczne.”

Źródło: https://www.gov.pl, stan na lipiec 2019


Nie brzmi zbyt optymistycznie, prawda? Ale tak jak pisałam wcześniej – wyjeżdżając na safari nurkowe nie mamy styczności z większością tych problemów, ponadto Port Sudan, z którego wypływają łodzie nurkowe i gdzie znajduje się międzynarodowy port – nie znajduje się z żadnym z wymienionych regionów.

Sprawę komplikuje jednak znalezienie odpowiedniego ubezpieczenia turystycznego. W większości popularnych firm ubezpieczeniowych, w tym np. karta Planeta Młodych, Sudan jest na liście krajów nieobjętych ubezpieczeniem. Niektóre firmy oferują rozszerzenie ubezpieczenia o strefy wojny, jednak cena takiego ubezpieczenia zbliżała się do połowy ceny całego wyjazdu. Finalnie do Sudanu pojechaliśmy z ubezpieczeniem nurkowym DAN Europe, które pokrywa wypadki nurkowe na całym świecie.

Jak informuje nas MSZ, od grudnia 2018 roku w Sudanie trwają zamieszki. Sankcje nałożone przez Stany Zjednoczone, zapaść gospodarcza, gwałtowny wzrost cen jedzenia, dewaluacja waluty, jak również przestępczość seksualna spowodowały, że ludzie, a w dużej mierze również kobiety, wyszli na ulice. Kulminacja zamieszek nastąpiła 2 dni po naszym wyjeździe z kraju, obalono prezydenta Omara al-Basir, a tymczasowe rządy przejęła Rada Wojskowa. Na kolejny tydzień skasowano wszystkie loty do i z Port Sudanu, a przestrzeń powietrzna została zamknięta. I chociaż nadal nie uważam tej sytuacji za bezpośrednie zagrożenie życia turysty lub tym bardziej nurka (o ile na własne życzenie nie znajdzie się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie), to sam fakt braku możliwości powrotu do domu z kraju, w którym panuje chaos, a wiza się kończy, jest mało komfortowy.


sudan

Czy nurkowanie w Sudanie jest bezpieczne?

Cóż, jest wiele wyzwań. Najbliższa komora dekompresyjna, która może być użyta w przypadku choroby kesonowej jest w oddalonym w linii prostej o 700 km Marsa Alam w Egipcie. Co prawda w Port Sudan znajduje się jedna komora, jednak ta jest przeznaczona dla pracowników platform wiertniczych i nie akceptuje pacjentów z zewnątrz. Mimo, że czytałam o przypadkach, w których po szeroko zakrojonej interwencji dyplomatycznej pacjenta wyjątkowo przyjmowano, na pewno nie jest to opcja, na której można polegać. Jak więc zadbać o swoje bezpieczeństwo? Nurkować z głową, w granicach własnych możliwości i w limitach mieszanki, którą oddychamy. Jechać na safari z dokładnie sprawdzoną, najlepiej z poleconą firmą. Podczas naszego safari stosowane były wydłużone przerwy powierzchniowe, monitorowano także czas i głębokość nurkowań uczestników. Statek wyposażony był w imponujący sprzęt medyczny.

Sprawy wizowo-paszportowe przed wyjazdem do Sudanu

Teraz porozmawiajmy o sprawach wizowo-paszportowych, bo właśnie ta kwestia, w mojej ocenie i moim odczuciu, spowodowała największe wątpliwości w tematyce bezpieczeństwa – ale bardziej bezpieczeństwa naszych paszportów niż nas samych. Oczywiście w Sudanie obowiązuje ruch wizowy, ale nie ma możliwości otrzymania wizy na granicy. O wizę należy ubiegać się z wyprzedzeniem w Ambasadzie Republiki Sudanu – dla Polski najbliższa znajduje się w Berlinie. Nie przerabialiśmy tego – wyjeżdżając na safari nurkowe sprawami wizowymi zajmuje się organizator rejsu i to jest zdecydowanie lepsza opcja, niż załatwianie tego samemu. Oni robią to co tydzień, więc zostawmy biurokrację specjalistom, a przynajmniej będzie wiadome, że dokument zostanie wydany na czas i nie będzie dodatkowych niespodzianek. Niespodzianka natomiast czeka na przylocie. Okazuje się, że każda wklejona do paszportu wiza powinna zostać zarejestrowana w Centralnym Urzędzie w … Chartumie.  Czas? 3 dni robocze, a my wypływamy kolejnego dnia. Okazuje się, że normalną praktyką jest zostawienie paszportu  agentowi na cały tydzień w celu rejestracji wizy i udanie się w rejs bez niego.  Nie muszę chyba mówić, że zostawienie komuś swojego paszportu w niestabilnym politycznie kraju na cały tydzień, z rozprzestrzeniającymi się zamieszkami nie jest najbardziej komfortową rzeczą jaką zrobiłam w życiu, ale wyjścia nie było. Wrócił cały i zdrowy, kilka godzin przed naszym wylotem z kraju.


sudan
Terminal lotniska w Port Sudanie

Jak zapewne się domyślacie, w Sudanie nie ma polskiej ambasady ani polskiego konsulatu, jest jedynie Konsulat Honorowy RP w Chartumie. Sudan podlega Wydziałowi Konsularnemu w Kairze w Egipcie, natomiast jako obywatele Unii Europejskiej w kraju trzecim, powinniśmy otrzymać potrzebną pomoc w każdej ambasadzie czy konsulacie kraju Unii Europejskiej, a tych w Sudanie jest sporo. Moja rada przed wyjazdem w takie miejsca – zapiszcie sobie numery telefonów i adresy najbliższych polskich lub europejskich ambasad czy konsulatów. Na jednej-dwóch kartkach, w dwóch różnych miejscach. Robię też zawsze screenshoota w telefonie ze wszystkimi ważnymi informacjami.


sudan

Jak dostać się do Sudanu?

Wszystkie safari nurkowe wyruszają z Port Sudanu, czyli miasta portowego u wybrzeża Morza Czerwonego. Obecnie loty do tego miejsca oferuje linia Flydubai (lot z Dubaju) oraz Saudia z Jeddah w Arabi Saudyjskiej. Pamiętajcie, że wszystkie te połączenia są zależne od aktualnej sytuacji politycznej w Sudanie i siatki połączeń przewoźnika. Nie przylecicie tutaj wyczarterowanym przez biuro podróży samolotem i chociaż całość safari organizuje firma nurkowa, na miejsce dostać się musicie sami.

To jest bezpiecznie, czy nie jest? Na to pytanie już każdy musi odpowiedzieć sobie sam, bo zależy to od Waszej strefy komfortu. Może na pierwszą podróż po Afryce nie wybierajcie włóczenia się po Sudanie, ale pamiętajcie też, że obecnie w akcie terroru można zginąć w każdej europejskiej stolicy…

Teraz trochę o organizacji samego nurkowania.

Tak jak pisałam wcześniej, nurkowanie z Red Sea Explorers jest przykładem profesjonalizmu i dobrej organizacji. MV Tala, nasz tymczasowy dom, to 37-metrowy statek nurkowy mogący pomieścić 22 nurków i 11 osób załogi, z trzeba pokładami i 11 klimatyzowanymi kabinami.  Wyposażenie nurkowe to nie tylko podstawowy sprzęt, ale również skutery, różne rozmiary butli czy możliwość doboru mieszkanki gazów. Statek spełni oczekiwania nie tylko nurków rekreacyjnych, ale również bardziej wymagających nurków technicznych. Każdy dzień na Tali mija zgodnie z bardzo lubianym przeze mnie schematem EAT- SLEEP – DIVE, czyli jedz, śpij, nurkuj. Nad ranem statek płynie w kolejne miejsce nurkowe, a już o 5:15 dzwonek budzi nurków na briefing, dokładne omówienie miejsca nurkowego, planu nurkowania, spodziewanych warunków oraz przygotowanie sprzętu. Około godziny 6:30 wszyscy są w wodzie, sprawnie zawiezieni do miejsca, w którym odbywa się nurkowanie przez 2 szybkie pontony (statek kotwiczy zazwyczaj na zewnątrz rafy). Po powrocie czeka na nas pyszne śniadanie przygotowane przez załogę i zasłużony odpoczynek. Przed południem kolejny dzwonek, oznaczający nic innego jak kolejny briefing i kolejne nurkowanie, zazwyczaj z innej strony rafy. Wracamy, jemy lunch i… znów odpoczywamy. Trzecie nurkowanie odbywa się tuż przed zachodem słońca lub w nocy i jest spokojniejsze, mniej wymagające i płytsze. I chyba nie muszę już dodawać, że po powrocie czeka na nas… kolacja 🙂 Tak spędzamy tydzień, codziennie nurkując w innym miejscu i w różnych warunkach.


sudan
Omówienie kolejnego miejsca nurkowego z niezastąpioną Carol

Mam nadzieję, że tym postem zachęciłam Was do wzięcia pod uwagę Sudanu w Waszych planach nurkowych, ale również przedstawiłam zagrożenia, z jakimi wiąże się wyjazd do tego kraju.

W kolejnym poście Przeczytacie więcej o niesamowitej florze i faunie Morza Czerwonego, opowiem Wam, dlaczego rekiny nas jednak nie zjadły i pokażę, jak nurkuje się w ładowni z 36 tysiącami bomb. I będzie więcej podwodnej fotografii. Pa!


sudan

[TANZANIA] Pemba – czy już nie ma dzikich plaż?


Trochę tytułem wstępu

Gdzie leży Pemba? Pewnie wielu z Was zadało sobie to samo pytanie po zobaczeniu tytułu tego posta. I wiecie co? Rok temu też nie miałam pojęcia, a wszystko zmieniło się, gdy zaczęliśmy planować wyjazd nurkowy. Opcji było mnóstwo – od tych bardzo popularnych jak Malediwy czy Zanzibar, po mniej oczywiste – jak na przykład Mozambik. Jak zwykle staraliśmy się znaleźć miejsce, w które dolecimy na naszych pracowniczych biletach i które jednocześnie nie będzie zbyt daleko od Dubaju – mieliśmy tym razem tylko tydzień wolnego. W tej sytuacji „zmarnowanie” nawet 2 dni w podróży nie wchodziło w grę, dlatego też na wstępie odpadły wymarzone przez nas Filipiny. Po wstępnych poszukiwaniach, wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały, że najsensowniejszą opcją będzie jednak Zanzibar. Ale jak to, Zanzibar? Tłumy turystów, dziesiątki resortów, dodatkowo na Zanzibar z Dubaju z łatwością można przylecieć na krócej. Wtedy wzięłam do ręki Dive Atlas of the World, czyli pięknie wydany album opisujący nurkowe destynacje, i znalazłam – Pembę i Mafię. Po krótkiej analizie dojazdowo-organizacyjno-nurkowej wybór padł właśnie na Pembę.



Trochę faktów

Pemba to koralowa wyspa leżąca 80 km na północ od Zanzibaru i w przeciwieństwie do niego – totalnie nieturystyczna i niepopularna. Jest dużo mniejsza – ma tylko 67 km długości i 985 km2 powierzchni. W przewodniku przeczytałam, że jest niezwykle zielona – pokryta lasami oraz plantacjami egzotycznych przypraw. Ale nie spodziewałam się tego, co zobaczyłam w rzeczywistości – tak żywej i soczystej zieleni nie widziałam nigdzie wcześniej, a zdjęcia, które zrobiłam na miejscu nie zostały poddane żadnej obróbce – po prostu nie było takiej potrzeby.  Nic więc dziwnego, że już arabscy kupcy docierający na wyspę już tysiące lat temu nazywali ją „El Huthera”, czyli „Zielona”.



Trochę historii

Podobnie jak na Zanzibar, przybysze, na początku głównie z Półwyspu Arabskiego, Mezopotamii i Egiptu, zaczęli docierać tutaj już przed naszą erą, a archipelag zanzibarskich wysp był dla nich bramą do Afryki. Jednak na Pembie wszystko działo się wolniej i później, a pierwsi omańscy kupcy zaczęli się osiedlać dopiero w XII w. – to 4 stulecia później niż na Zanzibarze. W tym samym czasie Stone Town (stolica Zanzibaru) była już dobrze prosperującą osadą i ważnym węzłem na szlakach handlowych Oceanu Indyjskiego. Pemba ze względu na położenie na uboczu głównego szlaku, często była świadkiem szmuglowania, idealnym miejscem schronienia dla ukrywających się statków, przestępców i nielegalnych handlarzy. Po przejęciu władzy nad całym Archipelagiem przez Portugalczyków w 1506 r., Pemba stała się ofiarą nowych najeźdźców – została splądrowana, a osady spalone. Dopiero w obawie przed Brytyjczykami, w 1594 r. wybudowano tutaj fort Chake Chake – dzisiejszą stolicę wyspy. Sto lat później na całym wschodnim wybrzeżu Afryki do władzy ponownie doszli omańscy Arabowie, sukcesywnie wypierając Portugalczyków, którzy finalnie opuścili Pembę w 1965 r. Nastąpiły czasy panowania sułtanów Omanu, rozwój handlu niewolnikami, o którym bardziej szczegółowo możecie przeczytać TUTAJ. Po jego ograniczeniu, a następnie zniesieniu w 1873 r., Pemba jeszcze długo była miejscem, gdzie z dala od oczu świata, niewolnikami handlowano w najlepsze. Po wielu politycznych i ekonomicznych zawirowaniach, o których nie chcę się tutaj szczegółowo rozpisywać, w 1891 r. protektorat nad Zanzibarem i Pembą przejęło Imperium Brytyjskie. Trwał on do 1963 r. Obecnie cały Archipelag należy do Tanzanii.


Trochę codziennego życia

Jak się tutaj żyje? Prosto, skromnie, w zgodzie z naturą. Na wyspie mieszka niewiele ponad 400 tys. ludzi, ale próżno szukać tu wielkich miast czy nawet czegoś na miarę Stone Town. Populacja jest rozproszona po małych wioskach, a największa miejscowość to Chake Chake – stolica wyspy. Mieszkańcy nadal żyją tu tak, jakby XXI w. nigdy nie nastał – w tradycyjnych domach budowanych z gliny, drewna i pokrytych strzechą. Co prawda coraz częściej spotkać można murowane domostwa, a strzechę, jak wszędzie w Afryce, wypiera blacha falista, jednak styl pozostaje taki sam.





Trochę flory

Głównym towarem eksportowym wyspy są goździki. To wszystko za sprawą sułtana Saida, który w XIX w. wydał rozkaz zasadzenia 3 drzew goździkowych na każdą przypadającą im palmę kokosową, próbując w tej sposób zwiększyć plantacje goździków (oraz swój dochód) na terytorium archipelagu. Ci, którzy nie wywiązali się z tego obowiązku, tracili swoje ziemie. Na wyspie uprawia się również kauczuk, na każdym kroku rosną bananowce, a mieszkańcy uprawiają pola. Występuje tu także pieprz, gałka muszkatołowa i cynamon – nie bez powodu cały archipelag nazywany jest „wyspami przypraw”



Kiedy przychodzi odpływ, na plażach spotkać można kobiety zbierające algi, które później są suszone i eksportowane do Europy, Chin i Japonii. Z nich robione są drogie kremy i inne kosmetyki, a także zagęszczacze i stabilizatory w produkcji żywności.  





Reszta owoców, jak np. awokado, papaja czy ananas, hodowana jest raczej na lokalny rynek. Ponadto występują tutaj również mniej znane nam owoce – breadfruit, custardfruit, tamarynd czy jackfruit (ich nazw polskich nie znalazłam, jeśli ktoś je zna, zapraszam do dzielenia się w komentarzach). Oprócz rolnictwa wyspa żyje z rybołówstwa – wypływając w morze na tradycyjnych łodziach dhow mężczyźni zaopatrują swoje rodziny i wioski. Spotykając ich kilkakrotnie wokół wyspy mieliśmy okazję przyjrzeć się z bliska ich łodziom – starym, drewnianym, nadgniłym, a mimo to nadal pokonującym dziesiątki mil w poszukiwaniu pożywienia. Byli bardzo towarzyscy – podczas naszych przerw powierzchniowych pomiędzy nurkowaniami na bezludnych plażach i małych wysepkach podpływali poprosić o ciepłą kawę i pokazać swoje zdobycze – ryby, piękne muszle, ślimaki. Na takich właśnie tradycyjnych łodziach odbywa się również regularny transport pomiędzy wyspami Zanzibaru – niestety od kilku lat przewóz turystów na dhow nie jest legalny.




Trochę turystyki

Mieszkańcy Pemby posługują się głównie językiem swahili i poza hotelami angielski nie jest tu powszechny. 99% ludności wyspy to muzułmanie i trzeba mieć to na uwadze planując swój ubiór. Zwłaszcza, że widok turysty nie jest tu powszechny – przeczytałam, że wyspę rocznie odwiedza mniej niż 10 tys. ludzi (dla porównania, Zanzibar obecnie odwiedza ok. 450 tys. turystów rocznie). Biorąc pod uwagę nasz tygodniowy pobyt na Pembie, nawet cyfrę 10 tys. uważam za mocno przesadzoną – w bazie nurkowej przez większość czasu byliśmy sami, a ostatecznie spotkaliśmy tylko jedną parę podróżników. Na wyspie znajduje się 10 hoteli, jednak baza noclegowa zaczyna się rozrastać – podobnie jak my, coraz więcej ludzi szuka czegoś innego niż zatłoczony Zanzibar i Pemba właśnie to oferuje. Puste plaże i jedne z najbogatszych i najzdrowszych raf koralowych na świecie sprawiają, że wyspa jest rajem dla miłośników podwodnego świata i właśnie dlatego tutaj trafiliśmy. I jestem bardzo szczęśliwa, że zrobiliśmy to właśnie teraz – obawiam się, że za 10-20 lat będzie to kolejny Zanzibar, w złym tego słowa znaczeniu. Póki co jest pięknie – nieskalana cywilizacją wyspa żyje własnym tempem, a garstka odwiedzających ją turystów, do której mieliśmy przywilej należeć, może jedynie stać z boku i podziwiać mały lokalny świat, których już tak mało w naszych czasach.



Trochę fauny

Wyspa zawsze była zalesiona i żyzna, jednak rolnictwo stopniowo karczowało lasy. W obecnych czasach jedynym nienaruszonym leśnym ekosystemem jest Ngezi Forest na północy wyspy. Gęsta puszcza, przez którą z trudnością przedzierają się promienie słońca jest domem m.in. dla koszkodanów czy bushbaby (pol. galagowate) – małych małpek, których krzyk do złudzenia przypomina płacz dziecka. Warto to wiedzieć, zanim rzucicie się w las na ratunek porzuconemu niemowlakowi. Zarówno rezerwat Ngezi Forest Reserve jak i Pemba Flying Fox Forest to miejsca, które możecie odwiedzić, szukając na wyspie innych zajęć niż nurkowanie. Zwłaszcza, że nie sposób być na Pembie i nie zobaczyć flying fox (pol. rudawka) – endemicznego, zagrożonego gatunku sporego nietoperza, którego nazwa nawiązuje do jego pomarańczowego futra i lisiej mordki. Te urocze zwierzęta żywią się miękkimi owocami i mogą ważyć nawet 1.5 kg. A nimi z kolei żywią się… lokalni mieszkańcy, którzy postrzegają mięso latających lisów jako rarytas. 



Trochę… magii

Nieszczególnie mnie to dziwi, skoro wyspiarze potrafią nawet… jeść dzieci. I zanim podejmiecie ostateczną decyzję o nieodwiedzaniu tego miejsca, pozwólcie mi wytłumaczyć, o co dokładnie chodzi. Otóż we wschodniej Afryce Pemba znana jest z naturalnej medycyny, uprawiania magii i praktykowania voodoo. I bynajmniej nie mówię tutaj o ciemnych czasach sprzed stuleci – przykłady uprawiania czarnoksięstwa wciąż są na porządku dziennym wśród lokalnej ludności. Kilka lat temu nagłośniono sytuację, że znachor – czarnoksiężnik zjadał dzieci w ramach swoich magicznych praktyk. Co prawda został ostatecznie aresztowany, ale nie zmieniło to faktu, że na Pembę nadal tłumie przybywają mieszkańcy Afryki w poszukiwaniu magicznych sposobów na zdrowie, szczęście i wszelkiego rodzaju powodzenie. Część z Was pewnie przerazi fakt, że w XXI w. wciąż takie rzeczy są możliwe. A części pewnie zaświecą się oczy i włączy wyobraźnia – a gdyby tak na własne oczy zobaczyć magiczne obrzędy? Niestety – tu Was zawiodę. Magiczne praktyki uprawiane są z dala od turystyki i postronnych osób, a nawet Europejczycy mieszkający na wyspie jedynie słyszą od czasu do czasu o tym procederze. Mieszkańcy natomiast zapytani o magiczne sprawy, tylko lekko się uśmiechają…



Trochę informacji praktycznych

Tak jak pisałam wcześniej, wyspa należy do Tanzanii i jest częścią Archipelagu Zanzibar. Urzędowym językiem jest swahili oraz angielski, waluta to szyling tanzański (TZS).

Dojazd/dolot

Na wyspę dostaniecie się z Zanzibaru lub Dar Es Saalam (Tanzania kontynentalna) lokalnymi liniami lotniczymi lub promem. Dokładne rozkłady oraz ceny znajdziecie na stronach internetowych poszczególnych przewoźników. Wśród linii lotniczych są to Auric Air, Coastal Aviation i Zan Air (loty z Dar Es Saalam przez Zanzibar) oraz Tropical Air (loty z Zanzibaru). Połączenie Zanzibar – Pemba to niecała godzina lotu. Jeśli chodzi o promy, to najpopularniejszym przewoźnikiem jest Azam Marine & Coastal Fast Ferries, a rejs Dar Es Saalam trwa 2 godziny.

My lecieliśmy z Zanzibaru linią Auric Air i nie mam jej absolutnie nic do zarzucenia (a na tym akurat się znam). Nie zdziwcie się jedynie jak będziecie jedynymi białymi w samolocie, karta pokładowa zostanie Wam wydrukowana na przypadkowej kartce, a tag bagażowy wypisany ręcznie. Witamy w Afryce!




Noclegi

Baza noclegowa jest uboga – 10 hoteli na całej wyspie sprawia, że wybór jest raczej wąski. Do opcji luksusowych należy Manta Resort na północy wyspy. To tutaj znajduje się sławny pokój… pod wodą. Za skromne 1700$ na noc, zostaniecie dostarczeni łódką na małą platformę niedaleko brzegu. Na poziomie wody czeka na Was łazienka oraz pokój dzienny, natomiast na noc zejdziecie po drabince do sypialni z widokiem na podwodny świat. Do dyspozycji gości jest sprzęt do snorkelingu, kolacja przypływa o wyznaczonej godzinie, a 24/7 niedaleko platformy przebywa stróż.



Bardziej przystępna opcja to na przykład Gecko Nature Lodge, gdzie mieści się centrum nurkowe Swahili Divers. Właśnie tę opcję wybraliśmy my i generalnie mogę polecić to miejsce. Pokoje dostępne są w dwóch opcjach – wspólnych dormitoriach lub osobnych bungalowach. Są czyste i zadbane, ale trzeba mieć na uwadze, że w takim miejscu jak Pemba natura dosłownie będzie się Wam wdzierała do łóżek. Nie jesteście w stanie zasnąć, jeśli w okolicy jest pająk, a na widok gekona krzyczycie wniebogłosy? Wtedy to miejsce zdecydowanie nie jest dla Was. Gdy ze zdziwieniem zapytaliśmy właścicielki, dlaczego zasuwka w łazience jest zarówno od strony wewnętrznej jak i pokoju, zostaliśmy poinformowani, że na noc lepiej ją zamykać. Dlaczego? Bo jak wpadnie do łazienki w nocy małpka, to przynajmniej nie przedostanie się do pokoju. Decydując się na nocleg w tym miejscu przygotujcie się również na brak ciepłej wody (chociaż właściciele obiecywali, że już niedługo będzie zapewniona), brak prądu w ciągu dnia (generatory pracowały od 18:00 do 08:00), brak Internetu. Wyżywienie było bardzo dobre i świeże, ale jednocześnie bardzo drogie – 20$ za posiłek w takim miejscu to stanowcza przesada. Niestety w okolicy nie ma innych opcji żywieniowych, chyba, że potraficie polować.

Jeśli chodzi o nurkowanie, o którym powstanie osobny post, to zazwyczaj kilka hoteli (w naszym przypadku dwa), korzystają z tej samej bazy nurkowej, a łódź nurkowa codziennie zabiera nurków z poszczególnych hoteli.




Planując urlop na Pembie dokładnie sprawdźcie porę roku i sezon. Ze względu na intensywne opady w okolicach kwietnia i maja, wiele resortów po prostu się zamyka.

Jeśli chodzi o dojazd do hotelu lub bazy nurkowej po wylądowaniu na wyspie – jest on zawsze zapewniany przez resort. Na wyspie nie ma komunikacji publicznej dla turystów, a ta lokalna kursuje pomiędzy większymi wioskami i raczej do hotelu Was nie zawiezie. Możecie jeszcze próbować dostać się w wyznaczone miejsce taksówką, o ile jakąś znajdziecie, dojdziecie do porozumienia z kierowcą, a on Was zrozumie.


Zakończenie

Na tym zakończę moje wrażenia z Pemby, która jest niewątpliwie jednym z piękniejszych miejsc, jakie odwiedziłam w życiu. Fakt, że nie ma tutaj turystów i naprawdę istnieją bezludne plaże z muszelkami większymi od moich dłoni zdecydowanie przemawia za planem powrotu tutaj w przyszłości. Ale wiecie, jak to jest z tymi powrotami w to samo miejsce – człowiek sobie obiecuje, że wróci, ale ostatecznie zawsze wybiera nową destynację. Wy też tak macie?

W kolejnym poście napiszę więcej o samym nurkowaniu na Pembie – z perspektywy nurka. O tym, jak było to zorganizowane, jakie zwierzęta można spotkać i dlaczego rafa koralowa na Pembie uważana jest za jedną z najpiękniejszych, najbogatszych i najzdrowszych na świecie. Do zobaczenia!





 

stone town

Pospacerujmy po Stone Town – Co warto zobaczyć i dlaczego nie jeździć na Prison Island?


W cyklu “Pospacerujmy po…”, dzisiaj zapraszam Was do Stone Town – stolicy Zanzibaru. O tym mieście pisałam już ostatnio w temacie handlu niewolnikami, ponieważ oprócz rajskich plaż i błękitnego oceanu, Stone Town skrywa swoją mroczną przeszłość. Dziś jednak zobaczymy jego bardziej słoneczne oblicze – zabytki, muzea i miejsca, które warto odwiedzić. Podpowiem Wam, co zobaczyć, co możecie sobie odpuścić oraz przemycę w tym wszystkim trochę historii miasta.

Kiedy powstało Stone Town?

Pierwsze zabudowania na miejscu dzisiejszego Stone Town postawili w XVI w. Portugalczycy, a osada następnie została rozbudowana przez arabskich kupców z Omanu. Stone Town w obecnym kształcie powstało w XIX w. i do dziś możemy podziwiać budynki z tych czasów. Choć zniszczone, sprawiają, że czuje się atmosferę tego portowego miasta na rajskiej wyspie, które kiedyś tętniło handlem i wielokulturowym życiem. Dziś kwitnie tutaj turystyka.


Pospacerujmy więc po mieście i zobaczmy, co warto zwiedzić w Stone Town.

1. Targ niewolników i Katedra Anglikańska

Zdecydowanie numer jeden i miejsce „must-see” w Stone Town. O handlu niewolnikami pisałam już wcześniej w osobnym poście, do którego lektury serdecznie zapraszam, a tutaj skupimy się na tym, jak wygląda to miejsce i co w nim zobaczyć. Kompleks składa się z komór, w których przetrzymywano niewolników, katedry anglikańskiej, memoriału upamiętniającego handel niewolnikami oraz nowoczesnej wystawy.

Wstęp na teren byłego targu niewolników kosztuje 5$ i w tej cenie jest również przewodnik. Nie ma obowiązku wejścia z przewodnikiem, natomiast w tym miejscu zdecydowanie Was do tego zachęcam – wyniesiecie ze zwiedzania znacznie więcej niż szwendając się samemu. Przewodnik bardzo się ucieszy, jeśli na koniec zostawicie mu napiwek.

Komory, w których przetrzymywano niewolników robią ogromne wrażenie – duszne, ciemne i klaustrofobiczne podziemne pomieszczenia mieściły nawet kilkuset więźniów. W niektórych zachowały się łańcuchy, którymi przykuci niewolnicy czekali na wystawienie na targ. Stojąc na tej małej przestrzeni nie sposób sobie to wyobrazić.


handel niewolnikami

Ogromna katedra anglikańska powstała na miejscu byłego targu niewolników od razu po zniesieniu tego procederu (budowa rozpoczęła się w 1873 r.). W środku zwróćcie uwagę na biały okrąg przed ołtarzem – to miejsce, w którym stało drzewo do biczowania niewolników. Czerwony odcień podłogi symbolizuje ich krew. Po lewej stronie nawy zobaczycie prosty, drewniany krzyż. Został wykonany z drzewa, pod którym na terenie dzisiejszej Zambii zmarł misjonarz, odkrywca, propagator zniesienia handlu niewolnikami – David Livingstone. To bardzo ważna postać w historii walki z handlem niewolnikami. Przy wejściu do katedry przyjrzyjcie się kolumnom – stoją do góry nogami. Zostały tak postawione przez niewolników (już wtedy wyzwolonych) przez zwykły brak umiejętności i nadzoru – i tak stoją do dziś.


handel niewolnikami
handel niewolnikami

Przed katedrą możemy podziwiać ujmujący memoriał. Rzeźba przedstawia pięć postaci niewolników, skutych łańcuchami, starszych, młodszych, kobiety i mężczyzn. Ma symbolizować różnorodność ludzi, których dotknęła ta tragedia. Twarze są smutne, zobojętniałe, bez nadziei – bo takie właśnie było ich życie. Memoriał został wykonany przez szwedzkiego rzeźbiarza – Clara Sornas w 1998 r.


stone town

Na koniec udajemy się na wystawę East African Slave Trade Exhibit, otwartą w 2016 r. Jest to jedyna wystawa poświęcona niewolnikom w Afryce. Oprócz historii handlu, przedstawia wiele zdjęć z tamtych czasów – zdjęć, które na długo pozostają w pamięci. Jeśli chcecie uważnie wystawę prześledzić – zajmie to około godziny.


handel niewolnikami
Wystawa East African Slave Trade Exhibit w Stone Town

2. Muzeum Księżniczki Salme (Princess Salme Museum)

Małe, prywatne muzeum na parterze hotelu Emerson, które zostało utworzone przez historyka, przewodnika i kuratora kultury – Saida El-Gheithy. Poświęcone jest życiu zanzibarskiej księżniczki Salme, która na Zanzibarze przez wiele lat nie była mile widziana. Wszystko przez miłość – księżniczka zakochała się i zaszła w ciążę z niemieckim handlarzem Heinrichem Ruette, z którym w 1866 r. uciekła do Niemiec. Tam przyjęła nowe imię – Emily, ale niestety nie cieszyła się szczęściem długo – jej mąż zginął tragicznie potrącony przez tramwaj konny 5 lat później. Doczekali się trójki dzieci. Księżniczka wielokrotnie próbowała się pojednać z rodziną pozostającą na Zanzibarze, jednak jej starania nigdy nie przyniosły efektów. Podobno zawsze przy sobie miała worek piasku z ukochanej ojczyzny.


Zdjęcie pochodzi z muzeum Księżniczki Salme

Muzeum to nie tylko historia jej życia. To także historia XIX – wiecznego Zanzibaru, pozycji kobiet w tamtych czasach i ich determinacji, by zdobyć edukację. Księżniczka opisuje na przykład, że pisać nauczyła się podglądając swojego brata, któremu były udzielane prywatne lekcje. To też historia pięknej miłości, uporu, tęsknoty, a następnie samotności i niezwykle trudnego życia w nieznanej kulturze i rzeczywistości. O tym wszystkim możecie przeczytać w książce, którą księżniczka wydała już jako Emily Ruete: Memoirs of an Arabian Princess from Zanzibar”.



Zdecydowanie polecam zajrzeć do tego Muzeum będąc w Stone Town – my dodatkowo mieliśmy ogromne szczęście trafić na samego Saida El-Gheithy, który z wielką pasją opowiada o księżniczce oraz jej rodzinie. Osobiście zna jej potomków. Dawno nie słyszałam kogoś mówiącego z taką pasją.


3. Rzeźbione drzwi i XIX-wieczne domy

Spacerując po Zanzibarze warto zwrócić uwagę na misternie rzeźbione drzwi wejściowe na posesje czy do domów. Mimo, że większość z nich czasy świetności ma już za sobą, nadal możemy trafić na odrestaurowane i świetnie zachowane przykłady tej sztuki. Zdobienia tego typu pochodzą z XIX wieku, kiedy Stone Town było świetnie funkcjonującym miastem handlowym. Domy budowano ze skały koralowej w stylu arabskim bądź indyjskim, a wyznacznikiem zamożności i statusu społecznego rodziny była wielkość i zdobienie drzwi. W starej części miasta XIX-wieczne domy nadal są zamieszkałe, niestety budulec – skała koralowa, nie przeszedł próby czasu. Od lat 90. rząd realizuje program restauracji budynków oraz przywrócenia im dawnej świetności, ale z tego, co miałam okazję oglądać w roku 2018 – prace idą dość powoli. Jeśli w ogóle. Rzeźbione drzwi są poniekąd symbolem miasta, dlatego obecnie możemy obserwować wzrost zainteresowania tego typu zdobieniami. Mieszkańcy i handlarze często zamawiają takie drzwi do swoich domów, więc coraz częściej można trafić na nowoczesne okazy.


stone town
stone town
stone town

4. Uliczne malarstwo

Zostańmy jeszcze na chwilę w wąskich uliczkach Stone Town i zatrzymajmy się, aby podziwiać tutejsze malarstwo. Jak wiele innych rodzajów rękodzieła, również obrazy są tutaj jednym z głównych dóbr sprzedawanych na ulicy. I jest to faktycznie praca rąk mieszkańców Zanzibaru, a nie chińszczyzna, której się spodziewałam w tak turystycznym miejscu. Obrazy urzekają kolorami, formą i po prostu przyciągają wzrok. To był jeden z trudnych momentów w trakcie podróży – mimo, że nie uprawiam zbieractwa pamiątek, byłam bliska zrobienia wyjątku dla tych małych dzieł sztuki.


stone town
stone town
stone town

5. Old Dispensary

Budynek warty uwagi głównie dzięki swojej dekoracyjnej fasadzie – misternie rzeźbionym balkonom. Został zaprojektowany w 1890 r. jako dom hinduskiego kupca, jednego z najbogatszych ludzi na Zanzibarze tamtych czasów. Niedokończony, przeszedł w ręce innego właściciela, który parter budynku przeznaczył na miejsce do produkcji leków, a górne piętra zostały zaaranżowane na pomieszczenia mieszkalne. Z czasem budynek popadł w ruinę, został odrestaurowany w 1997 r. i obecnie na jego terenie znajduje się centrum kulturalne Stone Town, biura i małe sklepiki z rękodziełem. Wstęp jest wolny, natomiast w środku nie ma nic szczególnego – kilka przypadkowych zdjęć, plakatów, zamkniętych drzwi. Mówi się, że kiedyś powstanie tu Muzeum Marynistyczne Oceanu Indyjskiego.


stone town
stone town

6. Palace Museum (Muzeum Pałacowe, Muzeum Sułtanów Zanzibaru)

Pałac wybudowany w 1890 r. jako pałac dla Sułtana i jego rodziny, służył jako jego główna rezydencja. Obecnie muzeum sułtanów Zanzibaru, w którym chyba ostatnio coś zmieniono 30 lat temu. Wystawy trącą myszką, a jeśli nie jesteście fanami staromodnych muzeów, 100-letnich mebli pokrytych grubą warstwą kurzu i unoszącego się zapachu stęchlizny – to miejsce nie jest dla Was. Dziwi mnie, że na Zanzibarze nie dba się o muzea – jakby nie było, jest to bardzo turystyczne miejsce i ciekawe, nowoczesne muzeum przyciągnęłoby tłumy ludzi. Wystawy ułożone są chronologicznie – na parterze mamy wczesne czasy sułtanatu, idąc w górę zbliżamy się do jego upadku. Zdecydowanie najbardziej w pamięć zapada oryginalna łazienka z toaletą i bidetem z 1936 r. Podziwiać można również portret Królowej Elżbiety II, który zgodnie ze zwyczajem, został rozesłany do wszystkich kolonii brytyjskich po jej koronacji. W muzeum jeden pokój poświęcono księżniczce Salme. Czy warto? Tak, za 3$ warto. Natomiast szkoda niewykorzystanego potencjału miejsca z tak ciekawą historią. Rozczarowanie muzeum rekompensuje widok z pałacowego balkonu.


stone town

7. House of Wonders (Dom Cudów)

Zbudowany w 1883 r. jako pałac sułtana Barghasha, budynek służył następnie brytyjskiemu rządowi kolonialnemu, a po odzyskaniu niepodległości siedzibę w nim miała rządząca partia Zanzibaru. W 2002 r. utworzono tutaj Muzeum Historii i Kultury, ale po częściowym zawaleniu się dachu w 2016 r. budynek nadal pozostaje zamknięty i niestety oprócz opustoszałych rusztowań, nie widać tutaj żadnych działań, aby ten stan rzeczy zmienić. Niemniej jednak podobno warto to miejsce odwiedzić, gdy w końcu je otworzą. Nie bez powodu nazywane było Domem Cudówjako pierwszy budynek na wyspie miało windę!


stone town

8. Old Customs House (Stary Urząd Celny)

Zbudowany w XIX w. jako dom rodzinny rządzącego sułtana Majid Bin Saida. Urząd celny przeniesiono w to miejsce w 1928 r. W latach 90. budynek mieścił w sobie siedzibę ministerstwa, po czym został poddany renowacji z pomocą UNESCO. Aktualnie znajduje się w nim siedziba Dhow Countries Music Academy, czyli Akademii Muzycznej. Organizowane są koncerty, których harmonogram możecie sprawdzić TUTAJ. Poza koncertami, nie dzieje się tu nic.


stone town

9. Old Fort, Arab Fort (Stary Fort)

Wybudowany na przełomie XVII i XVIII w. przez Omańskich Arabów, którzy w tamtym czasie rządzili wyspą. Służył jako fort obronny przeciwko Portugalczykom oraz innym arabskim najeźdźcom. Następnie w XIX w. został przekształcony w więzienie, by w XX w. spełniać funkcję magazynu pod budowę kolei. Potem było tylko „lepiej” – utworzono w nim żeński klub tenisowy… Po rewolucji i odzyskaniu niepodległości w 1964 r. fort popadł w ruinę. Po renowacji został otwarty dla turystów. Co znajdziemy w środku? Niewiele. Stragany z pamiątkami, małą galerię lokalnej sztuki, trochę zawalonych schodów. Nawet ładnego widoku nie ma, bo wysokie mury skutecznie go zasłaniają. Podobno funkcjonuje tutaj teatr na świeżym powietrzu. Wejście jest za darmo, więc nic nie tracicie. Jeśli jednak musicie z czegoś zrezygnować, śmiało możecie pominąć to miejsce. Chociaż bardzo szkoda, bo podobnie jak Palace Museum ma swój potencjał i ciekawą historię.


stone town
stone town

10. The Market (Targ Miejski)

Targ w obecnym miejscu i kształcie powstał w 1904 r. Wcześniej funkcjonował w Starym Forcie. Jeśli jesteście fanami arabsko-afrykańskiego handlu ulicznego – śmiało tutaj przyjdźcie, zwłaszcza, że to rzut beretem od Targu Niewolników. Nie jest to turystyczne miejsce, nie jest to też miejsce do zwiedzania – tutaj przychodzi się po to, aby zobaczyć normalne, codzienne życie mieszkańców. I faktycznie byłoby to całkiem ciekawe, gdyby tylko stać się niewidzialnym. Będąc białym turystą, a co gorsza kobietą, na każdym roku jest się atakowanym przez sprzedawców, którzy są, jak to na arabskich targach, nachalni i ciężko im odmówić. Trudno nawet przejść i w spokoju zrobić zdjęcie. Targi to nie moja bajka.


stone town
stone town

Prison Island i inne pseudo-atrakcje Zanzibaru

Na koniec trochę o licznych „atrakcjach” Zanzibaru oferowanych przez każdy hotel i na każdym rogu ulicy. Prison Island, farmy przypraw i wiele innych miejsc, w które zawozi się turystę, byle tylko zarobić, to bardzo często miejsca, których działalność niszczy naturalne środowisko albo co gorsza – wykorzystuje zwierzęta.

Weźmy takie Prison Island – małą wyspę oddaloną kilkaset metrów od Stone Town, na którą za niewielkie pieniądze zawiezie Was każdy. Wyspa, mimo, że w nazwie ma „więzienie” nigdy nim nie była – służyła jako kwarantanna dla niewolników przywożonych na Zanzibar. Obecnie funkcjonuje tam „rezerwat”. Celowo słowo „rezerwat” napisałam w cudzysłowie – bo miejsce bynajmniej nie ma nic wspólnego z ochroną przyrody. Na wyspie stłoczono mnóstwo starych, dużych, czasem wymagających leczenia żółwi, dla których takie warunki nie są naturalnym środowiskiem życia. Powierzchnia, na której żyją jest za mała, żółwie dosłownie spacerują po swoich odchodach, są zestresowane. Naturalnym nie jest numerowanie żółwi sprayem, ich dotykanie, męczenie, sadzanie na nich swoich dzieci do zdjęcia, a tak właśnie to wygląda. Naturalnym też nie jest zwożenie im tłumów ludzi, którzy po prostu zakłócają ich normalny rytm. Żółw, ani żadne inne zwierzę to nie zabawka i atrakcja turystyczna. Jeśli chcecie je podziwiać, nie zakłócając ich życia, jest na świecie mnóstwo miejsc, gdzie można to robić – z żółwiami na przykład można nurkować i gwarantuję Wam, że jest to przeżycie o niebo lepsze, niż macanie ich w tłumie ludzi na Prison Island. W styczniu na wyspie niedaleko Singapuru przypadkiem natrafiliśmy na jezioro, w którym mieszkały żółwie – nie wchodziliśmy im w paradę, jednocześnie obserwując ich życie – i to za darmo.


źródło: https://seeingitoi.wordpress.com/

Atrakcją nr 1 na Trip Advisor jest Cheetah’s Rock – miejsce, w którym leczone są m.in. chore gepardy. Wizyta tam jest dość droga i jako że nie miałam wcześniej czasu na dokładne sprawdzenie miejsca w Internecie, nie zdecydowałam się tam pojechać. Z mojej obecnej wiedzy wynika, że jako jedno z niewielu tego typu miejsc jest w porządku, jeśli chodzi o traktowanie zwierząt i turystykę. Ilość ludzi jest ograniczana, w niektóre dni nie wpuszcza się turystów wcale, wolno wchodzić tylko o wyznaczonych porach. Przy zwierzętach cały czas są opiekunowie, którzy dbają, żeby goście nie męczyli zwierząt. Zwierzęta są zadbane, szczęśliwe i mają dobre warunki życia. Nie są faszerowane lekami czy narkotykami. Posiadając tę wiedzę, następnym razem planuję tam pojechać, natomiast nigdy nie zrobiłabym tego w ciemno, bez wiedzy co to za miejsce i jak traktowane są zwierzęta. 

A może ktoś z Was odwiedził to miejsce i może się podzielić swoją opinią na temat tego czy warto? Zapraszam do komentowania!


Mniej szkodliwe są wszelkie wycieczki fakultatywne w puszczę czy na farmy przypraw – tutaj raczej nikt nie cierpi. Natomiast pamiętajcie, że to wszystko jest na pokaz i nie ma nic wspólnego z poznawaniem kultury czy tradycji – chodzi tylko o to, żeby zostawić tam swoje 30$. Jeśli chcecie poznać realne życie mieszkańców, nie tędy droga. W Internecie znajdziecie mnóstwo organizacji non-profit, małych, niepopularnych firm i przede wszystkim mnóstwo informacji, dzięki którym będziecie mogli dotrzeć w naturalne miejsca poza utartym szlakiem, zazwyczaj za dużo mniejsze pieniądze.

Wszystko, co napisałam powyżej, dotyczy nie tylko Zanzibaru. Niestety – im bardziej turystyczne miejsce, tym więcej tego typu pseudo-atrakcji. Z dzisiejszym dostępem do wiedzy naprawdę nietrudno zweryfikować dane miejsce. Korzystajcie z forów internetowych, portali podróżniczych, ale nie ze stron internetowych tych miejsc – tam raczej nikt nie napisze, że nie warto. Nie dokładajcie swoich pieniędzy do biznesów, przez które cierpią zwierzęta. One niestety nie mogą się same bronić.  


Podsumowanie

Mimo, że Stone Town nie zrobiło na mnie wrażenia, a jego turystyczny charakter raczej mnie odrzucił, niż zachęcił do zostania na dłużej, uważam, że warto zaplanować w mieście jeden dzień w trakcie swojej podróży czy wakacji. Bezsprzecznie wizyta na byłym targu niewolników i poznanie historii tego okrucieństwa pozostaje w głowie na zawsze. Mam nadzieję, że w przyszłości miasto zadba o wspaniałe zabytki, których tutaj nie mało i Stone Town wróci do czasów swojej świetności.


stone town

Dzięki, że dobrnęliście do końca. Pytania kierujcie w komentarzach, zapraszam również do dzielenia się Waszymi doświadczeniami radami, które z pewnością pomogą innym podróżnikom.

Jeśli spodobał się Wam ten tekst, możecie go polubić i udostępnić


handel niewolnikami

Zanzibar – handel niewolnikami na rajskiej wyspie


To nie będzie łatwy i przyjemny wpis o Zanzibarze. Mimo, że ta rajska wyspa kojarzy się głównie z białymi plażami i turkusowym oceanem, poznamy dziś jej ciemniejszą stronę – handel niewolnikami. Stronę, o której należy pamiętać i traktować jako przestrogę, szczególnie w XXI w. Tworzę takie wpisy, ponieważ podróże to nie tylko piękne krajobrazy i ciekawe zabytki. To także historia, która na tle tych krajobrazów się pisała, to przeżycia ludzi oraz nauka dla współczesnego świata. Bardzo często trudna, bolesna, niechlubna.



Stone Town

Aby poznać przeszłość Zanzibaru udajemy się do jego stolicy – Stone Town. Jak widzicie na zdjęciu powyżej, zastaje nas tam typowy widok tropikalnej wyspy. To „Kamienne Miasto” nie jest głównym ośrodkiem turystycznym – ludzie po przylocie rozjeżdżają się do licznych resortów na południowym i wschodnim wybrzeżu. W Stone Town spędzają zazwyczaj jeden, może dwa dni, a mimo to biznes turystyczny tu kwitnie. Nie, nie kwitnie. On tutaj przytłacza, eksploduje, zniechęca. Dziesiątki naganiaczy próbujących sprzedać wszystko – od chust po jednodniowe wycieczki. Dzieci, które wprost żądają pieniędzy od turystów. To nie Afryka, jaką znam i to nie Afryka, jaką się zauroczyłam. Miałam to szczęście, że moja pierwsza styczność z tym kontynentem nie miała miejsca właśnie tutaj. Jeśli jednak Wy dotarliście najpierw na Zanzibar – nie oceniajcie Afryki przez jego pryzmat. To dwa różne światy.



Mimo to warto się tutaj zatrzymać, aby poznać historię handlu niewolnikami oraz odwiedzić miejsce, gdzie rozgrywała się jedna z najgorszych tragedii ludzkości. Tragedii, którą ludziom – zgotowali ludzie. I tragedii, o której u nas w Europie mówi się bardzo mało, mimo, że mieliśmy w niej swój udział. Targ niewolników uważam za najbardziej warty zobaczenia w całym mieście, więc jeśli jesteście w Stone Town – pójdźcie właśnie tam. Od 2 lat funkcjonuje tam również nowoczesna wystawa (East African Slave Trade Exhibit), która bardzo szczegółowo przybliży Wam historię tego procederu. Wstęp kosztuje $5 i w tym miejscu zdecydowanie polecam wziąć przewodnika – sam Was znajdzie. I będzie mu bardzo miło, jak zostawicie mu napiwek. 


źródło: East African Slave Trade Exhibit Zanzibar

Strategiczne położenie Zanzibaru

Zanzibar bez wątpienia można nazwać bramą do Afryki oraz bramą Afryki na świat. Historycznie, takie właśnie miejsca szybko stawały się ośrodkami handlu i tutaj nie było inaczej. Już 2-3 tys. lat p.n.e. Zanzibar zaczął odgrywać coraz większą rolę na Oceanie Indyjskim. Na wyspę zamieszkałą głównie przez rybaków z Afryki zaczęli docierać kupcy z Mezopotamii (dzisiejszy Irak), Egiptu czy Fenicji. Świadczą o tym zachowane wraki statków oraz ślady tych kultur zarówno na Zanzibarze, jak i wzdłuż wschodniego wybrzeża Afryki.

Rozwój handlu

W rezultacie zaczął rozwijać się handel z Półwyspem Arabskim, Indiami, Azją Wschodnią, a afrykańskie „dobra”, takie jak szylkret (materiał wytwarzany ze skorup niektórych gatunków żółwi), heban czy kość słoniowa stały się głównym towarem eksportowym. Na Zanzibar natomiast sprowadzano drogie tkaniny i chińską porcelanę.

Pierwsze tysiąclecie naszej ery przyniosło dalszy rozwój handlu, a Arabscy kupcy zaczęli nazywać wyspę Zinj – barr („Zinj” od perskiego słowa „czarny” a słowo „barr” od arabskiego słowa „ląd”). W VII-VIII w. zaniepokojeni sytuacją na Półwyspie Arabskim i nękani wojnami, zaczęli na stałe osiedlać się na wyspie. Wraz z nimi, na Zanzibar przyszedł raczkujący Islam i zakorzenił się na dobre, do dziś pozostając tam główną religią.

Asymilacja osiadłych Arabów, Persów i napływ afrykańskich plemion ze wschodniego wybrzeża Afryki doprowadziły do wykształcenia się języka i kultury Swahili, która czerpała ze wszystkich tych kultur.

Do XV w. Zanzibar i inne ośrodki wschodniego wybrzeża Afryki zarządzane były przez lokalnych sułtanów z dużymi wpływami z Arabii, Persji i Azji. Rozwój handlu w II tysiącleciu zaczął przynosić im ogromne zyski, a ten stosunkowo dobrze funkcjonujący układ zakłóciło przybycie Portugalskich żeglarzy. Walcząc o dominację we wschodniej Afryce z Imperium Brytyjskim, w 1503 r. podbili Zanzibar, a już do 1525 r. mieli pod kontrolą cały Archipelag wraz ze wschodnim wybrzeżem Afryki. W 1560 r. wybudowali pierwszy kościół i małą osadę, którą dziś nazywamy Stone Town. Nie zagrzali tam miejsca na długo – w XVII w. portugalskie siły zaczęły słabnąć, ustępując miejsca w 1698 r. omańskim Arabom.

Rządy Omanu i masowy handel niewolnikami

Pod rządami Omanu na masową skalę rozwinął się handel niewolnikami. Początkowo byli transportowani właśnie do Omanu, gdzie jak grzyby po deszczu powstawały farmy daktylowe i zapotrzebowanie na tanią siłę roboczą rosło. Kobiety sprzedawano jako pomoce domowe i niewolnice seksualne i wbrew temu jak to brzmi, to był najlepszy los jaki mógł je spotkać. Mężczyźni natomiast wykonując morderczo ciężką pracę bez wystarczającej ilości pożywienia, wody i snu chorowali i umierali – szacuje się, że rocznie życie traciło około 30% niewolników. Tych podupadłych na zdrowiu odsprzedawano np. do Indii, co tylko zwiększało zapotrzebowanie na rynku. Początek XVIII w. to około 500 niewolników rocznie docierających tylko do Omanu. Rok 1770 r. to już 3000. Z czasem handel niewolnikami rozwinął się na Persję, Indie, Egipt i inne kraje azjatyckie. Popyt na tanią siłę roboczą sprawił, że w poszukiwaniu niewolników zaczęto eksplorować nie tylko wschodnie wybrzeże Afryki, ale również głęboki interior. Nastawiano wrogo wobec siebie plemiona, a stawką w lokalnych wojnach była sprzedaż przegranych handlarzom niewolników. Wielokrotnie handel wspierany był przez afrykańskich watażków, którzy w zamian za towar od handlarzy, sprzedawali swoich ludzi, niejednokrotnie dorabiając się fortuny. Dodatkowo plemiona na wschodzie kontynentu stopniowo przechodziły na Islam, co w dalszej mierze powodowało eksplorację coraz głębszych regionów Afryki – według Islamu nie wolno było zniewalać muzułmanów. Szlaki handlu niewolnikami w XIX w. dotrą aż do północnej Zambii oraz zachodniego wybrzeża Afryki.


Zdjęcie zrobione na wystawie “East African Slave Trade Exhibit”, Stone Town

Mordercze marsze przez Afrykę

Po schwytaniu, niewolnicy maszerowali przez Afrykę długimi tygodniami, aby odbyć morderczą podróż na Zanzibar. Dla nich nie była to brama na świat, a brama końca wolności, życia, nadziei. Szli w szeregu, pospinani łańcuchami lub ciężkimi drewnianymi belami. Często nieśli z sobą kość słoniową na handel, a kobietom zabijano dzieci, żeby mogły udźwignąć więcej. Ci, którzy przeżyli, pakowani byli na łodzie (dhow), po 500-600 na jedną. Tam, ściśnięci pod pokładem płynęli kilka dni bez jedzenia, wody i jakiejkolwiek higieny. Tych z oznakami chorób wyrzucano za burtę, by nie szerzyli jej dalej oraz by nie płacić od nich podatku po dotarciu na miejsce. Reszta niejednokrotnie nie mogła opuścić statku o własnych siłach, ponieważ niemożliwym było rozprostowanie nóg po wyczerpującej podróży. Czas oczekiwania na sprzedaż spędzali w małych podziemnych celach. Nie mieli dostępu do świeżego powietrza i światła, a specjalnie wydrążone rynny odprowadzały odchody do rzeki. Gdy w 1866 r. na Zanzibar przybył szkocki misjonarz i odkrywca – David Livingstone, walczący o zniesienie handlu niewolnikami, w swoich dziennikach opisał unoszący się wszędzie odór fekaliów z miasta, wszechobecne choroby i ścieki pokrywające białe plaże. To nie był Zanzibar z dzisiejszych pocztówek.


Zdjęcie zrobione na wystawie “East African Slave Trade Exhibit”, Stone Town
Cela, w której przetrzymywani byli niewolnicy przez wystawieniem na targ

Jak wyglądała sprzedaż?

Targ niewolników odbywał się w godzinach popołudniowych. Krótko przed nim niewolnicy byli myci i oporządzani, ponieważ za tym jak sprawnie i zdrowo się prezentowali, szła oczywiście cena. Kobiety często malowano henną, dawano im biżuterię, aby podkreślić urodę. Następnie wystawiano ich na ulicę i niejednokrotnie jeszcze testowano w brutalny sposób – przywiązanych do drzewa biczowano, a ci, którzy najlepiej znosili tę torturę osiągali najwyższe ceny. Niesprzedani trafiali z powrotem do swoich cel, czekając na kolejny targ.

Handel niewolnikami osiąga szczyt

Z czasem sułtan Omanu zaczął potrzebować wsparcia z zewnątrz w celu rozwiązywania lokalnych konfliktów. Po protektorat zwrócił się do Imperium Brytyjskiego, które w zamian zaczęło domagać się zniesienia niewolnictwa, ponieważ jako jedyni w tamtym czasie nie czerpali z tego zysków. Początkowo ustalono „Linię Moresby”, delegalizującą handel niewolnikami m.in. z Maskarenami (wyspy na Oceanie Indyjskim) i Indiami. Zabroniono również sprzedaży niewolników chrześcijanom, ale transport do Omanu odbywał się nadal. Mogło by się wydawać, że każde ograniczenie handlu niewolnikami, to krok w dobrą stronę. Niestety, wszystkie te działania były złudne – sułtan tracąc część dochodu z handlu, powiększył plantacje goździków na Zanzibarze, tym samym zwiększając popyt na niewolników na wyspie (w szczytowym momencie 1/3 niewolników transportowanych z Afryki, zostawała na Zanzibarze na plantacjach goździków).

Naciski z zewnątrz zostały spotęgowane w 1833 r. za sprawą Aktu Wyzwolenia, znoszącego niewolnictwo na wszystkich terytoriach Imperium Brytyjskiego. Sułtan jednak, który już w tamtym czasie przeniósł stolicę Omanu na Zanzibar, miał innego, silnego sprzymierzeńca –Amerykę Północną. Handel rozwinął się jeszcze bardziej, między innymi ze względu na kość słoniową – Amerykanie cenili ją, ponieważ była miękka i łatwiejsza w formowaniu niż ta azjatycka. Idealnie nadawała się więc do produkcji klawiszy pianin, kul bilardowych czy grzebieni.  W tamtym czasie niewolników sprowadzano już z okolic Jeziora Wiktorii, a nawet północnej Zambii, szacuje się, że w liczbie 40-50 tys. rocznie. David Livingstone pisał, że 80 tys. schwytanych niewolników ginęło po drodze, nie docierając nawet na Zanzibar. Nie trzeba długo się zastanawiać, aby zrozumieć skalę tego okrucieństwa.  Z czasem wpływy kolejnych sułtanów malały, a sam Oman zaczął borykać się z problemami wewnętrznymi. To zachęciło Brytyjczyków, którzy zaczęli zwiększać swoje wpływy na wyspie. Dodatkowo, rynek handlu goździkami się zapełnił i plantacje przestały przynosić takie zyski, jak wcześniej. To wszystko wróżyło jedno – handel niewolnikami musi się skończyć.


Memoriał upamiętniający handel niewolnikami autorstwa Clara Sornas

Zniesienie handlu niewolnikami

Sytuacja była bardzo zła – na wyspie nie było czystej, bieżącej wody, a epidemia cholery w 12 lat zabiła 1/6 populacji Stone Town oraz 35 tys. ludzi na całym Zanzibarze. W ciągu kolejnych lat kilkukrotnie zmieniała się władza, a następnie wyspa oddzieliła się od Omanu. Przez wyspę przeszedł niszczący większość upraw huragan. Naciski na zniesienie handlu niewolnikami wzrastały, tym razem wspierane również przez Amerykanów. Doprowadziło to do blokady portów handlowych i groźby całkowitego zablokowania Zanzibaru przez Brytyjską marynarkę. Ówczesny sułtan, przerażony myślą całkowitego odcięcia wyspy od świata, podpisał traktat o zniesieniu niewolnictwa. Zostały zamknięte targi niewolników, w tym ten największy w Stone Town. Na jego miejscu rozpoczęto budowę katedry, w której dziś możemy podziwiać między innymi krzyż z drzewa, pod którym, podczas podróży po Afryce, na terenie dzisiejszej Zambii, na malarię zmarł David Livingstone. Mimo, że walczył o zniesienie niewolnictwa, nie dane było mu tego doświadczyć za życia – zmarł miesiąc przed oficjalnym zakazem handlu. Był pierwszym Europejczykiem, który zobaczył wodospady Wiktorii, dokonał wielu odkryć w Afryce i był jednym z pierwszych odkrywców, od których Europa czerpała wiedzę o tym kontynencie.


Życie po wyzwoleniu

To, że handel niewolnikami został zabroniony, wcale nie oznaczało, że z dnia na dzień świat stał się piękny. Ceny niewolników na czarnym rynku wzrosły i szacuje się, że jeszcze do 1907 r. rocznie przemycano z Afryki 10-12 tys. nielegalnych niewolników. Wzdłuż wybrzeża do dziś można się natknąć na częściowo podziemne bunkry – ich wykorzystanie wzrosło, aby ukryć nielegalne transporty. Uwolnieni niewolnicy nie mieli łatwego życia – bez jedzenia, dachu nad głową, w obcym miejscu, oderwani od swojej kultury w zasadzie w większości nie wracali do swoich domów. Nie pamiętali swoich rodzin, nie mieli tożsamości, dorastając w niewoli nie znali innego życia. Wielokrotnie zostawali u swoich dotychczasowych panów, robiąc dokładnie to samo, co wcześniej, tym razem za pieniądze. Marne pieniądze, ale przynajmniej nazywało się, że są „wolni”. Czy naprawdę byli?

W miejscu targu niewolników w latach 1873-1880 powstała katedra anglikańska, do której budowy zatrudniono byłych niewolników, by dać im pracę i uczciwą zapłatę. Przed ołtarzem widać biały okrąg – to w tym miejscu stało drzewo, przy którym biczowano niewolników. Legenda głosi, że w trakcie budowy z braku umiejętności i nadzoru, postawili kolumny katedry do góry nogami – i tak właśnie stoją do dzisiaj.


Ołtarz Kościoła Anglikańskiego na miejscu dawnego targu niewolników. Przed nim widać biały okrąg – to w tym właśnie miejscu stało drzewo, przy którym biczowano ofiary.
Postawione do góry nogami kolumny, przez pracujących już legalnie po wyzwoleniu, niewolników.

Niewolnictwo dzisiaj

W tym wpisie nie będzie happy endu. Nie napiszę, że ludzkość poradziła sobie z problemem niewolnictwa, mimo, że bardzo bym chciała.


źródło: https://www.washingtonpost.com/

Jak widzicie na mapie powyżej, mimo, że niewolnictwo w dzisiejszych czasach nie jest legalne, wciąż istnieje i w XXI w. obserwujemy jego wzrost. Szacuje się, że obecnie na świecie 21-36 milionów ludzi jest zniewolonych. Prym wiodą Indie, Chiny, Pakistan, Uzbekistan, Rosja, Nigeria czy kraje Bliskiego Wschodu. Chociaż niewolnictwo nie występuje pod postacią tysięcy niewolników idących przez Afrykę, to pamiętajmy, że prawnie niewolnictwo to każda relacja, w której jedna osoba kontroluje i wykorzystuje drugą pod groźbą przemocy, dla zysku.

Zaliczyć do tego możemy między innymi przymusową pracę, przymusowe odpracowywanie długów, pracę dzieci, przymusowe (aranżowane) małżeństwa, handel ludźmi czy jakiekolwiek wykorzystywanie wynikające z niższej pozycji społecznej (np. w systemie kastowym).

Zastanawialiście się kiedyś, ile rzeczy, które kupujemy na co dzień w sklepach jest dziełem takiej właśnie niewolniczej pracy? Jak zostały zorganizowane imprezy masowe i wydarzenia sportowe, na których wszyscy świetnie się bawimy? Czy na pewno ten problem nas nie dotyczy?


Katar, rok 2019. W świecie wyzysku, wielogodzinnej pracy, upale, 12 godzin dziennie, 6 dni w tygodniu, pracownicy z Azji budują stadion na Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej FIFA 2022. Śpią w prowizorycznych obozowiskach na obrzeżach Doha bez klimatyzacji, mimo, że temperatury latem przekraczają 50°C. Niektórym szczęśliwcom pensje wypłacane są na czas. 

 

Pomyślcie o tym, oglądając mecz.


źródło: The NewsTalkers

Dzięki, że dobrnęliście do końca. Pytania kierujcie w komentarzach, zapraszam również do dzielenia się Waszymi doświadczeniami radami, które z pewnością pomogą innym podróżnikom.

Jeśli spodobał się Wam ten tekst, możecie go polubić i udostępnić

safari

Oko w oko z Simbą – safari w Kenii

Skoro już zaplanowaliśmy nasze safari w Kenii, nie pozostaje nic innego, jak się spakować i wyruszyć.

Nasza przygoda zaczęła się już na lotnisku, kiedy okazało się, że samolot nas nie zabierze. Niestety podróżując na biletach pracowniczych, lecimy tylko wtedy, kiedy jest wolne miejsce. W zamian za nieprzewidywalność podróży dostajemy tani bilet. Uczciwe. Oczywiście mamy możliwość sprawdzenia przed zakupem biletu jakie są szanse, że się uda, ale sytuacja zmienia się dynamicznie i niestety czasem zdarza się, że nie lecimy. Na szczęście udało się nam zdobyć 2 ostatnie miejsca na kolejny lot i z 5-godzinnym opóźnieniem dotarliśmy do Nairobi. W tym miejscu potwierdziła się słuszność wyboru safari prywatnego – kierowca czekał na nas, poinformowany o naszym opóźnieniu i po prostu wyruszyliśmy później. Gdybyśmy jechali z grupą – stracilibyśmy cały wyjazd i zaliczkę. Szybko ustaliliśmy, że w zamian za stracony popołudniowy wjazd do parku, safari kolejnego dnia zostanie zamienione na całodzienne, zamiast dwóch krótszych.


Afrykańskie drogi i dojazd na safari w Kenii

Ale to nie koniec podróży. Przed nami była jeszcze około 5-godzinna droga samochodem do rezerwatu Masai Mara – około 250 km. W praktyce wyszło chyba 7 godzin, ale ze względu na nieprzespaną noc i kosmiczne zmęczenie, straciłam poczucie czasu. Bardzo dużo dróg w Kenii jest aktualnie w remoncie, odbywa się ruch wahadłowy i niestety nie da się tego w żaden sposób ominąć, tak więc odstaliśmy swoje. Z tego co mówił kierowca, 7 godzin to nie był wcale najgorszy wynik.

Początkowo jakość dróg zaskoczyła nas pozytywnie. Nie licząc nieoznaczonych chopek, których nie widział również kierowca, jechało się całkiem wygodnie i komfortowo. Aż droga asfaltowa się skończyła jakąś godzinę przed naszym celem i wjechaliśmy na prawdziwe gruntowe, czerwone afrykańskie drogi, z których wystawało mnóstwo kamieni. Nasz przewodnik kierował się jedną zasadą – im szybciej przez nie przejedziesz, tym mniej poczujesz. Nie jestem pewna słuszności tej teorii, ale nie zmienia to faktu, że ostatnią godzinę spędziliśmy latając po samochodzie jak dwa worki ziemniaków. Jeśli ktoś ma chorobę lokomocyjną – zdecydowanie nie polecam.


Masajowie – autochtoniczne afrykańskie plemię

Bardzo ciekawą rzeczą, którą zobaczyliśmy w trakcie podróży, był ogromny masajski targ. Co wtorek i sobotę Masajowie przynoszą tam wszystko, co wytworzą – od produktów spożywczych, po skóry, ubrania, przedmioty użytku codziennego i ozdoby. Ogromny plac zalany jest tysiącami osób w kolorowych tradycyjnych chustach i bynajmniej nikt nie przejmuje się ruchem samochodów. Niestety zatrzymanie się nie wchodziło w grę, więc nie udało mi się zrobić zdjęcia. Masajowie to jedno z autochtonicznych plemion żyjących w tej części Afryki. Jako jedno z nielicznych nadal kultywuje swoje stare tradycje, mimo usilnych prób rządu kenijskiego do ich zaniechania. To, co mnie uderzyło, gdy pierwszy raz ich zobaczyłam, to to, że mimo braku wygód, udogodnień i ciężkiego klimatu, nie żyją w ubóstwie, są czyści, ich chusty wyglądają tak, jakby właśnie wróciły z pralni, a na ich małych posesjach jest zawsze posprzątane. Wielokrotnie zwracałam uwagę na kobiety, zamiatające wokół blaszanego baraku, który jest ich domem, z taką dbałością, której chciałabym się od nich nauczyć. Nie żebrzą i nie wykorzystują do pracy dzieci, z czym spotkałam się na przykład w Jordanii. Dzieci chodzą do szkoły, na porządku dziennym widać autobusy szkolne zbierające dzieci z wiosek i zawożące je do szkół w okolicy, których było co najmniej kilka. Nie mają nic, ale mają wszystko. Jestem w 100% pewna, że są bardziej szczęśliwi, niż wielu z nas. Mówi się, że podróże kształcą. Ja uważam dodatkowo, że uczą nas doceniać i cieszyć się z tego co mamy.

Wracając do faktów. Ubierają się bardzo kolorowo, a z tego co zauważyłam, najbardziej lubią kolor czerwony. Kobiety noszą mnóstwo ozdób, które własnoręcznie robią, wśród mężczyzn wciąż żywa jest tradycja przekłuwania i rozciągania uszu dużymi ozdobami. Są szczupli i wysocy. Bardzo ciekawa jest ich dieta – żywią się wyłącznie mięsem i produktami pochodzenia mlecznego, nie jedzą warzyw i owoców i są zdrowi, bardzo sprawni i długowieczni. Nie polują i nigdy nie polowali na duże zwierzęta, hodują bydło, barany i kozy. Są bardzo gościnni, a kobieta, od której coś kupiliśmy, nie pozwoliła nam zanieść tego do samochodu, tylko sama to zrobiła. Gość w domu jest najważniejszy. Trochę mnie dziwi, że nadal z szacunkiem traktują białego człowieka, po tym co tam zrobił. Ale może i tego powinnam się od nich nauczyć.



Dojechaliśmy, mimo, że końcówka drogi była naprawdę zła. Okazało się, że nasze obozowisko (Wajee Mara Camp) jest dość… oddalone od innych, popularniejszych i większych, ale prawdopodobnie tylko tam były dostępne noclegi z tak małym wyprzedzeniem. Ponadto znajduje się nie w parku, a w ścisłym rezerwacie przylegającym do parku, więc niestety nie można poprawić drogi dojazdowej.

Jak to w Afryce, spotkaliśmy się z niezwykłą gościnnością gospodarzy obozowiska. We wcześniejszym wpisie wspominałam, że noc na sawannie jest ciekawym przeżyciem. Dzieje się tutaj całkiem sporo i trudno zmrużyć oczy słysząc łamanie gałęzi gdzieś w pobliżu. Pamiętacie charakterystyczny chichot hien w Królu Lwie? Byłam przekonana, że to małpy czy pawiany, dopóki ktoś mnie rano nie uświadomił, że to właśnie hieny. Mimo wszystko, obozowisko było bardzo bezpieczne – cały teren otoczony był fosą i wysokim płotem, palił się ogień. Z tego, co zauważyłam, w nocy pracownicy z latarkami kilkukrotnie robili obchód obozu.


Safari – jak znaleźć zwierzęta?

I wreszcie zaczynamy właściwe safari! Wczesna pobudka i intensywny dzień przed nami. Kilka minut na dojazd do parku (z przeprawieniem się przez rzekę włącznie, bo nasz kierowca nie może przecież jechać normalnie) i jesteśmy.

I od razu zagadka numer 1: Jak znaleźć leoparda na sawannie? W Rezerwacie Masai Mara żyje ich tylko 47, z czego większość przebywa w ścisłych rezerwatach lub prywatnych częściach parku, do których dostęp jest bardzo utrudniony lub niemożliwy. Te dzikie koty spędzają większość dnia w buszu lub w koronach drzew. Dodatkowo afrykańskie leopardy mają jasno-brązowe ubarwienie, świetnie się kamuflują, więc zadanie nie jest łatwe. Podpowiedź? Znajdź hienę. Brzmi dziwnie? Nic z tych rzeczy. Oto jak nasz przewodnik wywnioskował gdzie jest leopard. Najpierw zauważyliśmy hienę pod drzewem. Skoro hiena jest pod drzewem, na drzewie musi być padlina. Bingo! Podjeżdżając bliżej, na drzewie zobaczyliśmy zwłoki antylopy. Idźmy dalej tym tropem – skoro antylopa jest na drzewie, ktoś ją musiał tam wywlec. Kto może to zrobić? Leopard! Okazuje się, że leopard może wciągnąć na drzewo ciężar 3 razy większy od siebie. Świeża antylopa na drzewie równa się leopard w pobliżu, tak więc zaparkowaliśmy samochód przy najbliższych krzakach i rozpoczęliśmy trening cierpliwości. Byłam zaskoczona tym, jak bardzo przewodnik był pewien, że leopard kryje się właśnie tam – przecież on mógł sobie pójść gdziekolwiek! Dołączyło do nas więcej samochodów i oto, po kilkunastu dłużących się minutach, z buszu leniwie wyłonił się leopard, przeszedł przez wysoką trawę i… schował się znowu. Widzieliśmy! I to był pierwszy i ostatni raz, kiedy udało nam się go zobaczyć. Na zdjęciu poniżej widać nogi antylopy zwisające bezwładnie z drzewa.



Wracając do hien. Wszyscy wiemy, że hieny są padlinożercami, ale wbrew pozorom nie jest im trudno zdobyć pokarm. Dzięki swoim niesamowicie mocnym szczękom, mogą być pewne, że to, co trafi w ich paszczę, trafi za chwilę do ich brzucha. A ta „padlina” czasem się wyrywa, bo okazuje się, że hieny bardzo często atakują jeszcze żyjące, ale chore czy zranione zwierzęta. Jak to gnu na zdjęciu poniżej, które spotkaliśmy na środku drogi dnia następnego. Ze świeżo wyrwanym rogiem, zakrwawione po walce, zostało jeszcze prawdopodobnie zaatakowane przez stado hien i konało na drodze. Gnu, które jest raczej płochliwym zwierzęciem, nie zwracało uwagi na samochody czy ludzi. Smutny widok.



Ale o gnu i Wielkiej Migracji, którą zupełnie przypadkiem udało się nam zobaczyć, możecie przeczytać TUTAJ, tymczasem my znowu wracamy do hien. Hieny żyją w tzw. klanach, zazwyczaj liczących kilka-kilkanaście osobników. Dnie spędzają w cieniu, żerują głównie nocami. I wyglądają dużo sympatyczniej niż te w „Królu Lwie”.



Kolejne dzikie koty, jakie udało nam się zobaczyć to gepardy – najszybsze zwierzęta na ziemi. Pierwszego dnia wylegiwały się w cieniu, pięciu braci, żyjących razem w stadzie. Dlaczego tylko braci? U samicy geparda zazwyczaj tylko jedna płeć przeżywa poród, w tym przypadku silniejsi byli mężczyźni (to jest informacja od przewodnika, nie udało mi się nigdzie tego potwierdzić). Gepardy pokonują bardzo duże odległości – drugiego dnia spotkaliśmy to samo stado 30 km dalej, ale tym razem była ich tylko trójka. W stadach składających się tylko z męskich osobników, często pojawiają się nieporozumienia wynikające z chęci dominacji i bycia samcem alfa i – gepardy się rozdzielają. Po to, aby za kilka dni zrozumieć, że w kupie raźniej i połączyć się znowu. Są przyjacielskie – często podchodzą do samochodów i się łaszą, nie atakują (polecam obejrzeć filmiki na YouTube). Co nie znaczy, że należy je miziać za uchem. Nie należy.



Spotkanie z Królem Lwem

I przyszedł długo wyczekiwany moment – oko w oko z Królem Zwierząt, który akurat nie przyjmował gości, bo ucinał sobie popołudniową drzemkę. Niestety, nie wszyscy potrafili to uszanować i właśnie w tym punkcie, safari w takim wydaniu przestało mi się podobać. Samochody podjechały bardzo blisko drzewa pod którym leżał lew, łamiąc reguły parku zabraniające zjeżdżania z wyznaczonych dróg. Jakby tego było mało, ktoś stwierdził, że zdjęcie leżącego lwa nie jest tak fajne jak zdjęcie stojącego, zdenerwowanego lwa i… postanowił na niego zatrąbić. Lew wstał, zaczął odchodzić w przeciwnym kierunku szukając świętego spokoju, więc żądni atrakcji turyści otoczyli go samochodami tak, że ten nie miał gdzie przejść.



Obserwowaliśmy całą sytuację z drogi, przewodnik od razu zauważył, że lew wygląda na zdenerwowanego – trudno mu się zresztą dziwić. Nie wiadomo, jak rozwinęłaby się ta sytuacja, gdyby nie wcześniejsze trąbienie, które zaalarmowało strażników parku. Zjawili się natychmiast. Mandat – 200$ dla każdego samochodu, który był poza drogą. Według mnie o kolejne 200$ za mało. Dodam, że po obiedzie spokojnie wróciliśmy w to samo miejsce, sami, lew leżał pod drzewem, zrobiłam zdjęcie w żaden sposób mu nie przeszkadzając i odjechaliśmy. Pamiętajcie – to Wy jesteście gośćmi w parku. Przestrzegajcie jego reguł, bo zwierzęta mają prawo do normalnego, niezakłóconego życia. Stresowanie ich wpływa m.in. na ich zdolność rozmnażania się i może się okazać, że za 10-20 lat nie będzie już czego oglądać. Czy na pewno jedno dobre zdjęcie jest tego warte?



Wielka Piątka Afryki (The Big Five of Africa)

A skoro przy lwie jesteśmy, to warto zaznaczyć, że należy on do tzw. Wielkiej Piątki Afryki (ang. The Big Five of Africa). Wielką Piątką nazywamy 5 zwierząt – lwa, bawoła, hipopotama, nosorożca i słonia. W wielu źródłach można spotykać się też z zaliczaniem do tej grupy leoparda. Dlaczego taka nazwa? Bynajmniej nie dlatego, że są wielkie, chociaż to też. Otóż w czasach kolonialnych, gdy biały człowiek wymyślił sobie sport polegający na zabijaniu niewinnych zwierząt w ich naturalnym środowisku dla zabawy, nie zawsze przychodziło mu to łatwo. Wymienione zwierzęta charakteryzowały się tym, że ranne, postrzelone i słabe, nadal walczyły, broniły się i atakowały. Człowiek nazwał je wielkimi, a ich wielkość polegała na niezłomności i walce o życie do końca.



Najsilniejszy z nich był i jest nadal hipopotam. Te na pierwszy rzut oka niezdarne, ociężałe i sympatyczne ssaki są agresywne i bardzo szybkie. W naturalnym środowisku ich jedynym przeciwnikiem jest stado lwów, bo jeden lew nie wystarczy. Ale i one nie atakują hipopotamów często – mają wystarczająco dużo łatwiejszej zdobyczy, np. gnu czy antylop. Podobnie jest z krokodylami – te, jeśli w ogóle, atakują tylko małe hipopotamy. Tak więc te ogromne zwierzęta wylegują się całymi dniami w korytach rzek, czasem leniwie wchodząc do wody się schłodzić i zanurkować. Różowe szramy na ciele to nie ślady walki – są to oparzenia słoneczne, które goją się po wejściu do wody. Nocami hipopotamy żerują. Wychodzą na brzeg (wtedy najczęściej są atakowane przez stada lwów), aby zjeść kolację składającą się z 250-300 kg trawy i roślin. Ich szczęka nie ma limitu rozwierania – spróbujcie zobaczyć jak hipopotam ziewa! Przed hipopotamem nie da się uciec, co jakiś czas słyszy się, że turysta w trakcie safari został zaatakowany przez hipopotama i zginął. Ale wychodząc z samochodu i zbliżając się do jednego z najbardziej niebezpiecznych zwierząt na ziemi, musicie liczyć się z tym, że selekcja naturalna zadziała.



Kolejnym równie niebezpiecznym zwierzęciem należącym do Wielkiej Piątki jest słoń. Te afrykańskie są dużo większe od indyjskich, które mieliśmy okazję oglądać na Sri Lance. Największe osobniki ważą do 5.8t i żyją do 80 lat. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć prawdopodobnie jednego z największych i najstarszych słoni w parku, który trzepocząc uszami, subtelnie zakomunikował nam, żebyśmy zjechali mu z drogi. Pamiętajcie – słoń trzepoczący uszami wcale się nie wachluje – to sygnał ostrzegawczy, wyrażający zniecierpliwienie, zdenerwowanie.



Byliśmy dość zaskoczeni małą liczbą słoni podczas całego safari, ale przewodnik szybko rozwikłał zagadkę. Podczas Wielkiej Migracji, tysiące gnu pasie się na sawannie, a słoniom zwyczajnie przeszkadza ich smród i wszechobecne muchy. Przemieszczają się wtedy w inne rejony lub ukrywają w krzakach.

Samce słonia czasami żyją samotnie. To słonie, które zostały wypędzone ze stada za seksualne napastowanie innych słonic, podczas gdy żona jest w połogu. Dokładnie taką sytuację widzieliśmy na Sri Lance. Mimo wątpliwej moralności tych czynów, słonie uchodzą za bardzo uczuciowe zwierzęta, mają również wysoki poziom inteligencji. Są pamiętliwe, rozpaczają po zmarłych. Widząc, że słoń zginął i że nie była to śmierć naturalna, bronią jego zwłok. Na koniec odpowiedzmy sobie na najważniejsze pytanie – po co słoniowi trąba? Oprócz oczywistych zastosowań jak trąbienie, oddychanie, jedzenie czy picie, słonie używają jej także do kopania nią dziur, uzyskując w ten sposób dostęp do chłodniejszej gleby w upalne dni.


W Rezerwacie Masai Mara żyje bardzo dużo żyraf. Mogłabym napisać, że żyrafy mają długą szyję, ale podzielę się z Wami inną równie interesującą ciekawostką. Otóż żyrafy chodzą do wodopoju zawsze we dwie (prawie jak koleżanki do toalety). Robią to w celach asekuracyjnych, bo z powodu długiej szyi, żyrafa pochylając się może ścisnąć sobie tętnicę i zablokować dopływ krwi do mózgu, a co za tym idzie, stracić równowagę i upaść. Wtedy pomaga jej druga żyrafa, podtrzymuje jej szyję, aby ta wróciła do pionowej pozycji i aby dopływ krwi był możliwy. Później następuje zamiana.



Jedynym zwierzęciem, z „Wielkiej Piątki”, którego nie udało nam się zobaczyć, był nosorożec. Szanse od początku były niewielkie, żyje ich tutaj bardzo mało i trudno je wypatrzyć w zaroślach. Dodatkowo te osobniki mieszkają w części parku, do której dostęp jest regulowany i mieliśmy tylko godzinę na poszukiwania. Jeśli ktoś z Was jest szczególnym fanem tych zwierząt, polecam safari z w Lake Nakuru National Park – bardzo popularnym jednodniowym przystanku w drodze z Nairobi do Masai Mara, dodatkowo miejsce słynie z tysięcy flamingów zamieszkujących tereny nad jeziorem.


Safari w Kenii o wschodzie słońca

Ostatniego dnia w planie było safari o wschodzie słońca (nazywają to early morning game drive, trwa 2 godziny) i podobno jest to najlepsza pora na oglądanie dzikich kotów. Podobno, bo na początku nie było żadnego, a poranek uratowała słonia rodzinka i przepiękny wschód słońca. Dopiero pod koniec udało nam się wytropić 2 gepardy. Moja rada – rozważcie lot balonem o wschodzie słońca. Następnym razem na pewno bym tak zrobiła.



I nastał czas na pożegnanie z Afryką. Kolejna 6-godzinna podróż na lotnisko, zakup obowiązkowego magnesu, i… znowu nie udaje się nam zdobyć miejsca na samolot. Dodatkowo kolejny lot został opóźniony o 5h. Więc po nieprzespanej nocy, 9h koczowania na lotnisku, wylądowaliśmy w dusznym i zamglonym Dubaju, zmęczeni, ale zadowoleni.



Dzięki, że dobrnęliście do końca. Pytania kierujcie w komentarzach, zapraszam również do dzielenia się Waszymi doświadczeniami i radami, które z pewnością pomogą innym podróżnikom.

Jeśli spodobał się Wam ten tekst, możecie go polubić i udostępnić!
I zapraszam do lektury kolejnych, odnośniki znajdziecie poniżej 🙂

Aby być na bieżąco z nowymi publikacjami i podróżami, zapraszam do śledzenia:

-> profilu na fb: @whereverigo.pl

-> oraz instagramie: @whereverigopl

safari

Planowanie safari w Afryce, czyli jak zobaczyć Simbę?


Doskonale pamiętam, jak będąc dzieckiem, po obejrzeniu “Króla Lwa” i wypłakaniu morza łez po śmierci Mufasy, zapragnęłam odwiedzić afrykańską sawannę, a safari w Afryce na dobre zagościło na liście marzeń. Ten post, to taki mini-poradnik, jak safari zorganizować, gdzie, kiedy i na ile pojechać, a także jak się do wyjazdu przygotować i co zabrać.

Enjoy!


Kenia? Tanzania? Jakie safari wybrać?

Jak zapewne się domyślacie, biznes safari jest bardzo popularny i skomercjalizowany, dlatego też możliwości jest bardzo wiele. Na safari można pojechać w wielu krajach Afryki, a wyjazd będzie różnił się ceną i tym co, a raczej kogo, zobaczymy. Bez wątpienia najpopularniejsze safari odbywają się w Tanzanii i Kenii i od tych krajów proponuję zacząć poszukiwania. W Tanzanii najpopularniejszy jest Serengeti National Park, najstarszy i największy park narodowy w tym kraju. Część tego ekosystemu (około 5%), znajduje się już w Kenii i nazywa się Masai Mara National Reserve – tu właśnie byliśmy. Razem z Serengeti National Park tworzą ogromny kompleks Serengeti-Mara. Oprócz tego w obu tych krajach jest mnóstwo mniejszych parków i rezerwatów, np. Lake Nakuru National Park w Kenii czy Ngorongoro Conservation Area w Tanzanii, natomiast w nich oferowane są głównie jednodniowe safari lub są przystankami podczas safari objazdowego. I tych krajach się skupimy z dwóch prostych powodów – ich największej popularności i dostępności oraz mojej, póki co, niewielkiej wiedzy o safari w innych krajach.


Na tym etapie kilka praktycznych porad odnośnie wjazdu
do Kenii i Tanzanii

Szczepienia

Wbrew temu, co znajdziecie w Internetach, nie ma obowiązkowych szczepień przed wyjazdem do obu tych krajów. Nieprawdziwa informacja, jakoby szczepienie na żółtą febrę (żółtą gorączkę), było obowiązkowe wynika z tego, że jest obowiązkowe… jeśli przyjeżdżamy z kraju, w którym jest zagrożenie wirusem żółtej gorączki. Jak łatwo się domyślić, Polska do tych krajów nie należy, ale trzeba mieć to na uwadze np. podczas dłuższej podróży przez Afrykę, gdy w takim kraju byliśmy. Pamiętajcie, że na żółtą febrę można szczepić dopiero od 9 miesiąca życia dziecka.

Pod TYM LINKIEM znajdziecie tabelę informacyjną oraz pełną informację na temat żółtej febry. To strona Centres of Disease Control and Prevention, na którą powołują się m.in. instytucje rządowe Kenii i Tanzanii.

Światowa Organizacja Zdrowia rekomenduje jednak kilka szczepionek przed wyjazdem. Oprócz żółtej febry są to:

  • wirusowe zapalenie wątroby typu A
  • wirusowe zapalenie wątroby typu B
  • tężec + błonica
  • dur brzuszny
  • choroba Heinego-Medina
  • meningokokowe zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych.

Malaria

W obu tych krajach jest również wysokie zagrożenie malarią, chorobą zakaźną przenoszoną głównie przez komary Anopheles, na którą, jak zapewne wielu z Was wie, nie ma szczepionki, a jedyne co nam pozostaje, to profilaktyka. Jedną z możliwości jest kuracja antymalaryczna, czyli przyjmowanie dość inwazyjnych i drogich tabletek przed wyjazdem, w jego trakcie oraz po. Na miejscu naszymi obrońcami są dobre, ale naturalne repelenty, zakrywanie ciała oraz moskitiery, ale pełną listę „co zabrać” wrzucę na koniec. W razie wątpliwości najlepszą decyzję odnośnie szczepień pomoże Wam podjąć lekarz medycyny tropikalnej. My nie przyjmowaliśmy tabletek antymalarycznych, bo ze względu na naszą pracę musielibyśmy je chyba łykać cały rok, poza tym podróżowaliśmy w porze suchej, podczas której ryzyko zachorowania na malarię jest mniejsze. Jeśli chodzi o szczepienia, to śmiało mogę powiedzieć, że mam prawie wszystkie możliwe, ale to również ze względu na wymagania mojej firmy, a niekoniecznie na własne chęci. Na pewno w przyszłości na blogu pojawi się post na temat zdrowia w podróży.


Wizy, opłaty wizowe

Teraz o wizach. Temat jest dość prosty i krótki. Do obu tych krajów, w celach turystycznych,  jako obywatele Polski musimy posiadać tzw. single entry visa (wizę jednorazowego wjazdu).

W przypadku Kenii oczekiwanie na wizę na lotnisku możemy sobie skrócić poprzez aplikowanie o nią online na stronie: eVisa Keyna, czas wydania wizy to 3 dni robocze, cena 51$ + jakaś drobna dodatkowa opłata na koniec. Uważajcie na inne strony oferujące wyrobienie wizy – to pośrednicy, którzy doliczą swoją opłatę, cały proces będzie trwał dłużej i będziecie musieli im udostępnić Wasze paszporty, co nie jest najbezpieczniejsze.

Tanzania – tutaj również mamy możliwości wyrobienia wizy online na stronie https://eservices.immigration.go.tz/visa, oraz w jednym z entry points (punktów wjazdu do kraju), których jest mnóstwo i oczywiście są to między innymi lotniska międzynarodowe. Na stronie Immigration Departement Tanzanii znajdziecie wszystkie wymagania dotyczące wizy. Cena to 50$. [wizę do Tanzanii można wyrobić przez Internet od 2019 roku. Od 1 czerwca 2019 również obowiązuje zakaz wwożenia plastikowych torebek i worków na teren Tanzanii, dokładny przepis poniżej]

Dodatkowo pamiętajcie, że Wasz paszport musi być ważny co najmniej 6 miesięcy od ostatniego dnia pobytu na terytorium obu tych krajów.



Jak dolecieć do Kenii i Tanzanii? Transport.

No i na koniec zostawiłam temat lotów/dojazdów do Kenii i Tanzanii. W temacie lotów nie będę się wypowiadać, ponieważ jak wiecie ze strony Poznajmy się!, podróżujemy na biletach staff travel – pracowniczych, i rzadko kiedy śledzimy strony z promocjami i tanimi biletami. Jeśli miałabym coś polecić to skyscanner.com wydaje się uniwersalnym narzędziem do szukania najlepszych ofert. Generalnie jeśli chodzi o Kenię, to lata się na jedno z dwóch głównych lotnisk – Nairobi (NBO) bądź Mombasa-Moi (MBA), a stamtąd do parków jeździ się samochodem (firmy, które safari organizują zapewniają transfer) lub lata mniejszymi samolotami w głąb kraju.

Sprawa podobnie wygląda w Tanzanii, tutaj przylatujemy na lotnisko Kilimandżaro (JRO) lub Dar es Salaam (DAR), a dalej samolotem z przesiadką lub samochodem dostajemy się do Arusha, miejscowści z której wyrusza większość safari. Można również znaleźć samolot, którym dolecimy na północ Serengeti National Park, jeśli chcemy zaoszczędzić czas i szybko dostać się w tej rejon. Oczywiście przeloty samolotami zamiast podróży samochodem są dużo droższe.

Kursuje również autobus pomiędzy Nairobi (Kenia), a Arusha (Tanzania), jest to transport dla turystów, rozkład znajdziecie tutaj: https://www.riverside-shuttle.com/, aczkolwiek nasz znajomy, który w Afryce mieszka odradzał przemieszczania się i przekraczania granicy na własną rękę w Afryce. Nie korzystaliśmy, podaję jako informację, że taka możliwość również jest.


Jak długo na safari?

Skoro praktyczne informacje już za nami to wróćmy do tematu safari. Wspomniałam o safari objazdowym – jest to kusząca opcja dla tych z Was, którzy na sawannie planują spędzić więcej niż 3-4 dni. Takie oferty znajdziecie głównie w Tanzanii w Serengeti National Park, ze względu na jego ogromną powierzchnię (14 750 km²). Pozostając w jednej lokalizacji, tak jak było to w naszym przypadku i bazując w jednym campie (o noclegach za chwilę), uważam, że 4 dni zdecydowanie wystarczą, aby zobaczyć wszystko, co zaplanowaliśmy. W trakcie naszego pobytu spotkaliśmy parę, która zdecydowała się na dłuższe safari, spędzając w jednym miejscu 1-2 dni, po tygodniu mając w planie przekroczenie granicy Kenia-Tanzania, safari po stronie tanzańskiej oraz relaks nad Jeziorem Wiktorii. Warto zaznaczyć, że firmy organizujące safari działają często w obu tych krajach lub współpracują z sobą, co znacznie ułatwia przemieszczanie się w Afryce. Oczywiście na to trzeba mieć czas. Zalety? Zobaczymy bardziej zróżnicowaną faunę i florę, ponieważ będąc w jednym miejscu jesteśmy ograniczeni do tego, co akurat tam występuje i czym dany region/park się charakteryzuje. Poznamy więcej ludzi w trakcie podróży. Ponadto, transfery pomiędzy parkami czy campami również uważam za wartość samą w sobie – mimo średniego komfortu jazdy po afrykańskich drogach, można wiele zobaczyć obserwując zmieniający się krajobraz i mijanych ludzi. Bardzo popularną opcją jest również połączenie safari z wypoczynkiem na wybrzeżu, safari oferowane są praktycznie zawsze podczas wakacji na Zanzibarze. A o Zanzibarze post niebawem!


Kiedy pojechać na safari?

Wybór odpowiedniej pory roku na wyjazd jest niemniej ważny. O ile w naszym przypadku planowanie każdego wyjazdu odbywa się z małym wyprzedzeniem i polega prawie zawsze na pytaniu: “Co robisz za dwa tygodnie?” i odpowiedzi: “Mogę mieć wolne, to gdzie jedziemy?”, to planując safari z dłuższym wyprzedzeniem, proponuję jednak bardziej doprecyzować je czasowo i terminowo. Generalnie wysoki sezon w Masai Mara National Reserve (Kenia) trwa mniej więcej od czerwca do września, co związane jest z porą suchą, niższymi temperaturami, ale i wyższymi cenami. Szczyt przypada na przełom lipca i sierpień i dokładnie tego doświadczyliśmy – był spory problem ze znalezieniem noclegu, a o nocowaniu na terenie parku nie było w zasadzie już mowy z tak małym wyprzedzeniem. Temperatury końcem lipca wahały się od 25°C w dzień i spadały do 13-15°C w nocy.

Pamiętajmy, Kenia i Tanzania leżą na półkuli południowej i w lipcu jest tam… zima. Rozmawiając w pracy z koleżanką z Kenii dowiedziałam się, że 2018 jest wyjątkowo zimnym rokiem, w wyższych partiach gór (najwyższy szczyt to wulkan Mount Kenya o wysokości 5199 m) spadł śnieg, po raz pierwszy od wielu, wielu lat. Sami Kenijczycy zafascynowani tym zjawiskiem zalali media społecznościowe filmami i zdjęciami białego puchu. Dodatkowo, jeśli powodem Waszego wyjazdu jest plan zobaczenia Wielkiej Migracji, sprawdźcie dokładnie mapę przemieszczania się zwierząt. Więcej informacji na temat tego wspaniałego zjawiska znajdziecie w poście TUTAJ. Dodatkowo, po przejściu Wielkiej Migracji trawa na sawannie jest już wypasiona przez gnu i dużo łatwiej jest wytropić zwierzęta. Podczas naszego wyjazdu Wielka Migracja dopiero się zaczynała, trawa była bardzo wysoka, więc czasem dostrzeżenie dzikich kotów było na prawdę trudne.


safari

 


Z tego co mówił nasz przewodnik, ludzie przyjeżdżają również poza sezonem, w porze deszczowej, co wcale nie jest złym pomysłem. Zwierzęta zmęczone słońcem i porą suchą chętniej wychodzą z kryjówek i łatwiej je znaleźć. Jest mniej turystów. Problemem jednak może być przejezdność niektórych dróg po długotrwałych opadach. W trakcie naszego wyjazdu, mimo pory suchej, padało przez 2 noce z rzędu i musieliśmy szukać innego miejsca do przejazdu przez rzekę niż dzień wcześniej. No i komarów jest więcej, a w porze deszczowej jest większa szansa na powrót z pamiątką w postaci malarii. W porze suchej jest ich znacznie mniej, a dodatkowo większość z nich nie przenosi malarii. Przynajmniej ten, który mnie ugryzł.


safari


Jaki rodzaj safari jest dla mnie?

Wyborów na etapie planowania safari w Afryce nie koniec. Kolejnym, jakiego musimy dokonać, to czy chcemy aby safari było prywatne (wtedy jesteśmy sami w samochodzie), czy chcemy jeździć w grupie. My byliśmy niejako zmuszeni do safari prywatnego – nie wiedzieliśmy, którym lotem uda nam się dostać do Kenii i nie mogliśmy być uzależnieni od grupy. Gdybyśmy ten wybór mieli, pewnie pojechalibyśmy w grupie, ze względu na to, że poznawanie ludzi w trakcie podróży bardzo ją ubogaca. Wówczas w vanie jedzie około 6 osób, każda ma dostęp do dużego okna i wydaje mi się, że jest co całkiem komfortowe, bo samochody są duże. Oczywiście wiąże się to również z niższą ceną. Minusy? Nigdy nie mamy pewności na kogo trafimy. Spotkałam się z informacjami, że zdarzały się kradzieże wśród turystów. Musimy czekać, aż wszyscy zdobią idealne zdjęcie, zanim ruszymy dalej. Wybór należy do Was.


safari


Ponadto można wybrać też konkretny typ safari – standardowe, fotograficzne, ornitologiczne i wiele, wiele innych. My wybraliśmy standardowe, ale jeśli jesteście miłośnikami ptaszków, kotków czy jezior, na pewno znajdziecie coś dla siebie, musicie tylko dobrze prześledzić oferty poszczególnych firm. Organizowane są również safari, których głównym celem jest zobaczenie Wielkiej Migracji, więcej na ten temat znajdziecie w poście o tym zjawisku.

Jeśli nie lubicie podróżować w miejsca, gdzie jest dużo turystów, będziecie zawiedzeni. Mimo, że nie da się odkryć świata na nowo, zawsze staramy się znaleźć coś, co nie jest skomercjalizowane do szpiku kości. W tym przypadku również szukałam mniej popularnych parków, safari off-road, czegokolwiek co byłoby choć odrobinę inne niż safari w tłumie turystów. Fiasko. Tam, gdzie są zwierzęta, które ludzie chcą oglądać, tam są… ludzie.

Przykro mi, ale nie będzie prywatnego lwa.



Jaką firmę organizującą safari w Afryce wybrać spośród setek ofert?

Jeśli już wiemy na ile i kiedy jedziemy, czego szukamy i co chcemy zobaczyć, pozostaje nam wybór firmy, która to wszystko ogarnie, oraz noclegu. Nie jest to wcale proste, ponieważ na rynku działają setki firm organizujących safari. Żeby to trochę ułatwić, zebrałam kilka rad jak wybrać taką firmę:

  1. Rekomendacje. Jeśli ktoś z naszych znajomych korzystał wcześniej w usług jakiejś firmy i był zadowolony, na pewno wzięłabym ją pod uwagę w pierwszej kolejności.
  2. Opinie i recenzje w Internecie. Kopalnia wiedzy, o ile wiemy jak z niej korzystać i jak mądrze selekcjonować informacje. Polecam oczywiście niezastąpiony TripAdvisor, Booking.com oraz w tym przypadku, SafariBookings.com, dedykowane właśnie safari. To stąd dowiedziałam się na przykład, że niektóre firmy zatrudniają przewodników z łapanki w szczycie sezonu. Pamiętajcie – nie tylko ocena się liczy, ale również ilość opinii, na których podstawie ona powstała. Im więcej, tym jest bardziej wiarygodna, a i sama firma bardziej popularna. Zawsze czytajcie te najgorsze recenzje (na TripAdvisor jest możliwość ich wyselekcjonowania). Zwracajcie uwagę, czy i jak firma odpowiada na te opinie, bo oczywistym jest, że nie da się zadowolić każdego, a spełnienie wygórowanych wymagań każdego turysty nie zawsze jest możliwe.
  3. Posiadanie strony internetowej i jej wygląd. Niektóre firmy takowej nie mają wcale, ogłaszają się jedynie przez różne portale. Nie jest to na pewno dyskwalifikujące, natomiast daje pewien obraz profesjonalizmu i popularności firmy, podobnie jak sam wygląd strony.
  4. Korespondencja i komunikatywność. Po wstępnej selekcji dobrze jest rozesłać kilka-kilkanaście maili z prośbą o ofertę do wybranych firm. Większość z nich odpowiada bardzo szybko. Po tym, jak wygląda rozmowa oraz jak prezentowana jest oferta, można dużo wywnioskować.  
  5. Dokładne sprawdzenie oferty. Co sprawdzamy? Czy samochód/van jest 4×4, czy ma unlimited millage (niektóre firmy mają maksymalny dzienny limit kilometrów), czy odbiorą nas z lotniska czy trzeba samemu dojechać na miejsce spotkania, ile wody będzie w samochodzie na osobę na dzień (1 litr to za mało), czy będzie lornetka (u nas miała być, a nie było). Jakie game drives (pod taką nazwą funkcjonują wjazdy do parku) są w ofercie – czy całodzienne, czy poranne i popołudniowe, czy jest możliwość safari w nocy (to zależy od tego, czy park na to pozwala, Masai Mara niestety nie). Ja osobiście byłam bardzo ciekawa early morning drivesafari o wschodzie słońca. Czytałam i słyszałam mnóstwo opinii, że właśnie wcześnie rano można zobaczyć najwięcej zwierząt wracających z nocnych łowów. Niestety, widzieliśmy najmniej ze wszystkich dni, ale zdecydowanie warto było wstać, aby zobaczyć wschód słońca na sawannie. Moim zdaniem warto ustalić jak najwięcej całodziennych game drives. Można wtedy pojechać głębiej w park, nie traci się czasu na dojazdy pomiędzy parkiem a campem (zwłaszcza, jeśli camp jest poza parkiem), a lunch jemy na kocu pod drzewkiem na środku sawanny. Oferta najprawdopodobniej będzie zawierała kilka opcjonalnych atrakcji, takich jak safari balonem czy łodzią, natomiast na takie rzeczy wystarczy zdecydować się już na miejscu. Będzie to zależało od dostępności atrakcji, np. safari łodzią odbywa się tylko wtedy, gdy jest odpowiedni poziom wody w rzece. Co ja zrobiłabym inaczej? Zdecydowałabym się na safari balonem o wschodzie słońca.

Noclegi na safari – gdzie spać na sawannie?

Cena całego safari z pewnością będzie zależała od wybranego noclegu. W zasadzie firmy oferują trzy standardy zakwaterowania: economy, medium-range i luxury. Ecomony (lub budget) to zakwaterowanie w campach złożonych z dużych namiotów, z łazienką na zewnątrz lub w namiocie. Jest to najniższy standard, ale czy na pewno potrzebujemy czegoś więcej na sawannie? Tę właśnie opcję noclegu wybraliśmy, bo jakoś zestawienie hotelu i sawanny nam nie grało, poza tym ceny hoteli i lodge są dużo wyższe w porównaniu do namiotu. Nasz camp nazywał się Wajee Mara i znajdował się poza parkiem, ale w ścisłym rezerwacje niedaleko bramy do parku. Obóz otoczony był wysokim płotem, żeby nie spotkać słonia w drodze na śniadanie, a spanie w namiocie w takim miejscu jest przeżyciem nie do opisania. Dźwięki buszu, wycie, krzyki i piski które słyszy się prawdopodobnie pierwszy raz w życiu, połączone z faktyczną bliskością natury sprawiają, że trudno zasnąć. Rezerwat zamieszkany był głównie przez pawiany, więc zdarzało się, że te urocze zwierzęta nocą z hukiem spadały z drzewa na czyjś namiot. Pierwszej nocy krzyki i piski utożsamiałam właśnie z nimi, dopiero rano ktoś uświadomił mnie, że na zewnątrz chodziły hieny.



Opcje wyższe, czyli lodges i hotele, to bardziej wyposażone miejsca, zarówno poza, jak i na terenie parku. Dla tych, dla których wygoda ma duże znaczenie, zdecydowanie polecam poszukać czegoś takiego. Na pewno jest wygodniej jeśli chodzi o infrastrukturę czy restauracje, wiele hoteli ma na miejscu na przykład zatrudnionego lekarza. Pamiętajcie jednak o jednym – spędza się tam bardzo mało czasu, więc trzeba zadać sobie pytanie, czy warto wydawać pieniądze.


Wyżywienie w trakcie safari

Jeśli chodzi o wyżywienie, to posiłki podawane były na zewnątrz (zdjęcie naszej “restauracji” poniżej), a lunch pakowany na wynos w przypadku safari całodziennego. Jedzenie było bardzo proste i przede wszystkim świeże. Fakt, że mój żołądek nie protestował ani razu jest wystarczającym dowodem na to, że wszystko było czyste. Minusem była ilość tego jedzenia – gdybyśmy nie mieli swoich podróżniczych przekąsek, które zawsze z sobą zabieramy, umarłabym z głodu, a bynajmniej nie jestem 100 kg mężczyzną. Nie było również możliwości dokupienia sobie czegoś na miejscu, ale powiedzmy, że nie jest to najważniejsze.



Dlaczego więc wybór padł na Masai Mara w Kenii?

Po pierwsze mieliśmy najwygodniejsze połączenie lotnicze Dubai – Nairobi, które operuje kilka razy dziennie, a mając 4 dni i podróżując na biletach pracowniczych nie byliśmy zbyt elastyczni w tym względzie. Z lotniska w Nairobi zdecydowaliśmy się na 6-godzinną podróż przez Kenię samochodem. Drugim czynnikiem była cena. Niestety, Serengeti National Park w szczycie sezonu jest zaporowy cenowo i po otrzymaniu oferty długo się zastanawiałam, czy na pewno nie pomylono waluty. Nie pomylono. Cen nie podaję celowo, są one zmienne i nie chcę, żeby ktoś się nimi zasugerował bez sprawdzenia. Powiem tylko tyle, że podobna oferta w Kenii była prawie 2.5 raza tańsza od Serengeti National Park.


Teraz konkrety. Nasze safari zorganizowane było przez firmę Spirit of Kenya, którą mogę szczerze Wam polecić. Nie ma firm idealnych więc i tutaj było kilka niedociągnięć, które nie wpływały na całość safari. Co prawda nasz kierowca nie miał radia do wymiany informacji z innymi samochodami na temat lokalizacji zwierząt, bo akurat się zepsuło. Nadrabiał sprytem i sokolim wzrokiem. Po drugie, nie wzięliśmy lornetki, bo miała być na wyposażeniu samochodu, okazało się, że jej jednak nie ma. Przewodnik był profesjonalny i przesympatyczny, z ogromną wiedzą na temat życia zwierząt i ich zwyczajów.
To, co bardzo mi się podobało, to to, że nasz kierowca nie naginał reguł parku i poruszał się mniej więcej zgodnie z jego zasadami, czego niestety nie mogę powiedzieć o innych samochodach. Wielu kierowców łamie ten zakaz, bo nasz klient nasz pan, a na napiwek trzeba zarobić… Tym sposobem ingerując w naturę i zakłócając spokój zwierzętom. W kolejnym artykule, jak safari wyglądało, znajdziecie bardzo niefajną historię z tym związaną. Pamiętajcie – to Wy macie na to wpływ. Jeśli widzicie, że kierowca przeszkadza zwierzętom w ich normalnym rytmie życia – reagujcie.
Jeśli chodzi o nocleg to camp Wajee Mara był naprawdę w porządku, pod warunkiem, że macie zdroworozsądkowe podeście do tego, czego spodziewać się w afrykańskim obozowisku (brązowa woda pod prysznicem, bo akurat przez strumyk z ujęciem przeszły zwierzęta, przerwy w dostawie prądu). Tak jak pisałam, z krótkim wyprzedzeniem trudno było znaleźć nocleg i z tego, co się dowiedzieliśmy nasz camp był dość… prosty i oddalony od innych, nawet jak na standardy w tym rejonie.
 

Co spakować na safari?

Na koniec zostawiłam listę, co spakować na wyjazd na safari. Znajdziecie tu rzeczy oczywiste, jak również te, których nie zabraliśmy, a na miejscu okazało się, że fajnie byłoby je mieć.
    • lornetka, nawet, jeśli piszą, że będzie. Pamiętajcie, że w parku powinno się poruszać wyznaczonymi drogami, a zwierzęta nie stoją tuż przy ścieżce jak na zawołanie;
    • dobry aparat fotograficzny z dużym zoomem. Ten sam powód, co powyżej. Ja używałam Canon G5X i czasami nie wystarczał;
    • 2 baterie do aparatu + opcjonalnie ładowarka na te baterie z końcówką samochodową. W campie było jedno miejsce do ładowania sprzętu, często wieczorem nie było gdzie się już podpiąć, miejsce to było pod chmurką, więc zostawienie sprzętu na całą noc nie wchodziło w grę. Poza tym nie zawsze ten prąd był, ponieważ obóz zasilany był z baterii słonecznych, które zostały uszkodzone po całej nocy opadów;
    • duży lub 2 małe powerbanki. Powód ten sam, co powyżej. Starajcie się tak przygotować, aby być samowystarczalni prądowo na 2-3 dni;
    • kindle/książka na wieczór. W obozach brak wieczornych atrakcji;
    • dobry repelent. Znajdziecie wiele rad, aby wybierać te z DEET. Moja opinia? Tak, jest bardzo skuteczny. Malarii od ukąszenia komara na pewno nie dostaniecie, bo szybciej zabije Was DEET. Jest to bardzo, ale to bardzo inwazyjna substancja. Nie ma mowy o aplikowaniu jej bezpośrednio na skórę – pomyślcie co robi ze skórą coś, co… rozpuszcza lakier do paznokci. Jeśli już, aplikujcie go tylko i wyłącznie na ubranie, ale ja mimo wszystko polecam naturalne repelenty, takie jak Mosi-guard natural. Ten właśnie został mi polecony przez dziewczynę z Kenii. Niestety nie udało mi się go kupić i w efekcie używaliśmy SKIN 2P Body, który jest do niczego, bo bynajmniej komarów nie odstraszał;
    • długie i wygodne spodnie i bluzki z długimi rękawami, zabudowane buty turystyczne. Idealna ochrona przed słońcem i insektami, a w trakcie jazdy z otwartym dachem wcale nie jest gorąco;
    • ciepły polar lub bluza na chłodne wieczory, zwłaszcza, jeśli podróżujecie zimą;
    • ciepła piżama – namioty nie są ogrzewane;
    • osobista apteczka, do której na pewno włóżcie węgiel, Stoperan, krople żołądkowe lub inne lekarstwa, które pomagają Wam na dolegliwości żołądkowe. Nigdy nie wiecie, co Wam zaszkodzi w Afryce, zwłaszcza, jeżeli jedziecie tam pierwszy raz. Spotkaliśmy parę, która w 3-tygodniową podróż po Afryce wybrała się bez niczego, skończyło się na 3-dniowym cierpieniu w namiocie i szukaniu lekarza. Dla cierpiących na chorobę lokomocyjną – to co Wam pomaga;
    • kosmetyczka, którą można gdzieś powiesić, opcjonalnie reklamówka;
    • klapki pod prysznic;
    • przekąski, zdrowe power batony, cokolwiek, co Wam pozwoli przetrwać, jak jedzenia będzie za mało;
    • żele i chusteczki antybakteryjne – używajcie ich dużo i często. Polecam spakować jeszcze jedną dużą paczkę chusteczek myjących, gdyby przypadkiem nie było wody;
    • krem z filtrem UV, głównie do twarzy, bo reszta ciała jest zakryta długim ubraniem;
    • polecam zabrać również nerkę lub saszetkę na szyję na dokumenty i pieniądze. Tak jak pisałam, słyszałam, że zdarzały się kradzieże, ale z drugiej strony jeśli ktoś rzuca plecak gdzieś w vanie i go nie pilnuje, bo ogląda żyrafę, to… no trudno się dziwić;
    • okulary przeciwsłoneczne;
    • paszport ważny co najmniej 6 miesięcy od ostatniego dnia pobytu w Kenii lub Tanzanii.

Po długim wpisie dobrnęliśmy do końca i mam nadzieję, że jesteście chociaż trochę bardziej zorientowani, jak zobaczyć Simbę. Wpis powstał na podstawie moich doświadczeń, informacji, które zebrałam przygotowując się do wyjazdu jak również rad moich kenijskich znajomych. Każdą informację starałam się weryfikować najlepiej jak potrafię, niemniej jednak na pewno nie zawarłam tutaj wszystkiego, co można powiedzieć w tym temacie, bo jest to temat, a raczej biznes, rzeka. Jeśli jesteście ciekawi, jak to wygląda, jak już Simbę zobaczymy, zapraszam do kolejnego wpisu!

Udanej wyprawy!



Dzięki, że dobrnęliście do końca. Pytania kierujcie w komentarzach, zapraszam również do dzielenia się Waszymi doświadczeniami i radami, które z pewnością pomogą innym podróżnikom.

Jeśli spodobał się Wam ten tekst, możecie go polubić i udostępnić!
I zapraszam do lektury kolejnych, odnośniki znajdziecie poniżej 🙂

Aby być na bieżąco z nowymi publikacjami i podróżami, zapraszam do śledzenia:

-> profilu na fb: @whereverigo.pl

-> oraz instagramie: @whereverigopl