Roadtrip w Armenii – gotowy plan na 3 dni! Dzień 3

Roadtrip w Aremnii – trasa dzień 3

Trasa: Tatev Monastery – Xndzoresk Bridge – Norawank – Areni-1 Cave – Areni Wine Factory – Klasztor Chor Wirap – Erywań (powyższe nazwy są nazwami, po których z łatwością znajdziecie dane miejsce na Google Maps, dlatego też nie tłumaczyłam ich na polski.)

Długość: 320 km

Czas podróży: 6,5 godziny



Skalne Miasto Old Khndzoersk i wiszący most

Kolejny, ostatni dzień roadtripu przed powrotem do Erywania zaczynamy trasą wstecz. Nie było to niestety mistrzostwo planowania, ale właśnie spiesząc się do Skrzydeł Tatevu (o tym możecie przeczytać w poprzednim poście), aby zdążyć przed zamknięciem, ominęliśmy niezbyt popularne, ale bardzo ciekawe miejsce – skalne miasto Old Khndzoersk z wiszącym mostem. Pierwsze informacje o znajdującej się tutaj osadzie pochodzą z XIII w., natomiast nie wiemy, kiedy dokładnie powstała. Co jest w niej ciekawego? A to, że całe miasto znajdowało się na zboczu głębokiego kanionu, a domy były wykute w skale. I chociaż nikogo nie dziwi, że w średniowieczu można było mieszkać w jaskini, to interesujący jest fakt, że miasto funkcjonowało nieprzerwanie do 1950 r., zmieniając z czasem jedynie fasady domów. W 1913 r. Old Khndzoersk było podzielone na 9 dzielnic, znajdowało się tutaj 1800 (!) domów mieszkalnych, 7 szkół, warsztaty, sklepy czy cerkwie, czyniąc osadę największą wioską we wschodniej Armenii. Jak wspomniałam wcześniej, miasto zostało opuszczone w 1950 r., na skutek decyzji o budowie nowego Khndzoersk na szczycie wąwozu. Mieszkańcy musieli rozebrać swoje domy i przenieść je w nowe miejsce na polecenie władz radzieckich. Spotkałam się też z informacją, że decyzja była podyktowana dużymi zniszczeniami miasta po trzęsieniu ziemi, więc pewnie jak to zawsze bywa, czynników było kilka.


Zbocze wąwozu, na którym znajdują się pozostałości skalnego miasta.

Naocznym świadkiem tamtych wydarzeń, a zarazem mieszkańcem starej osady, jest opiekun niewielkiego muzeum Old Khndzoersk, które znajduje się przy wejściu na most wiszący. Warto z nim porozmawiać, jednak ów pan mówi jedynie po rosyjsku. Z moją znikomą znajomością tego języka zrozumiałam, że jako dziecko mieszkał w jednym z domów, które później zostały rozebrane. Jego zdjęcia z młodości w osadzie potwierdzają, jak dobrze funkcjonującym i rozwiniętym miastem było Old Khndzoersk. Przewodnik chętnie oprowadzi Was po muzeum, skalnym mieście, cerkwi oraz poczęstuje wódką (tutaj nie ma bariery językowej). Niestety, okazuje się po raz kolejny w trakcie naszych podróży, że na języku angielskim świat nie stoi i że jedynie nam, Europejczykom, wydaje się, że cały świat musi przecież znać ten język…


Stare fotografie przestawiające skalne miasto i jego rozbiórkę.

Wracając do wiszącego mostu – w 2012 r., w celu zwiększenia ruchu turystycznego ufundowano tutaj 160-metrowy wiszący most nad wąwozem, którym możemy z łatwością dostać się do starej osady. Przejście nim jest atrakcją samą w sobie, zwłaszcza, gdy się rozbuja nad głębokim wąwozem. Mimo to bez wątpienia można czuć się na nim bezpiecznie. W 2012 r. renowację przeszła również stara osada.
Bardzo polecam tutaj przyjechać, myślę, że to miejsce jak najbardziej można sklasyfikować jako „poza utartym szlakiem”. Nie dociera tutaj dużo turystów, nie przyjeżdżają wycieczki autobusowe z Erywania, nie trąbi o tym każdy przewodnik. Czyli to, co lubimy najbardziej 🙂



Klasztor Norawank

Mam wrażenie, że każdy opis kolejnego monastyru zaczynam od słów – „jeden z najważniejszych”, „wspaniale wkomponowany w otaczającą przyrodę”, „popularny”, „średniowieczny”. Ale co ja poradzę, że faktycznie tak jest i że te określenia są trafne w stosunku do większości tutejszych klasztorów, mimo że każdy z nich jest na swój sposób inny?
Z południa kraju wyruszyliśmy w drogę powrotną do Erywania, tym razem podróżując we czwórkę, z autostopowiczami z Rosji. Pierwszym przystankiem jest jeden z najczęściej odwiedzanych klasztorów w Armenii, ufundowany na początku XII w. – Norawank. Do monastyru dojeżdżamy skalistym wąwozem i od razu rzuca się w oczy jego pomarańczowa barwa, która idealnie współgra z kolorem otaczających go skał o tym samym kolorze. Natomiast nie współgrają mi już tłumy turystów, którzy dosłownie klasztor obleźli. To wdrapywanie się do środka po wąskich i stromych schodkach, nierzadko z wielkimi pakunkami, torbami, stawiając stopy na głowach osób poniżej przypominało mi oblężenie i niestety – jest to dla mnie brak szacunku do takich miejsc. To, że schody nie są zamknięte, nie znaczy, że koniecznie należy tam leźć. Na parterze też jest nawa, którą można zobaczyć, a przy takim traktowaniu zabytków niedługo już naprawdę nie będzie czego oglądać. Obawiam się, że ten XII-wieczny klasztor zbudowany przez Mamika, nie przetrwa w ten sposób nawet kolejnych 100 lat. Według legendy budowniczy postawił ten monastyr w trzy lata jako warunek poślubienia ukochanej. Niestety ojciec dziewczyny nie dotrzymał obietnicy i Mamik został strącony z kopuły przez sługę ojca. Uszanujmy tą piękną legendę o poświęceniu i miłości i miejmy swój rozum, aby takie zabytki jeszcze długo cieszyły oczy nasze i przyszłych pokoleń.


Klasztor Norawank

Jaskinia Areni – Areni Cave-1

Na początku wąwozu prowadzącego do klasztoru, jadąc od Areni, po prawej stronie mijamy jaskinię. Areni Cave do 2007 r. nie była niczym szczególnym. W kompleksie starych jaskiń bawiły się armeńskie dzieci, a mijający czas powoli zacierał ślady przeszłości. Wszystko zmieniły badania archeologiczne, przeprowadzone właśnie w 2007 r. Odkryto tutaj najstarszą na świecie, bo liczącą 6000 lat, prasę do produkcji wina oraz inne akcesoria. W tym samym miejscu natrafiono na najstarszy odkryty na świecie but (datowany na 3500 r. p.n.e.), najstarszy kawałek szaty (3900 r. p.n.e.), czy… najstarszy na świecie mózg (4000 r. p.n.e.). Jaskinia była miejscem rytualnych pochówków, a oprócz wspomnianych wyżej archeologicznych perełek odkryto wiele innych przedmiotów codziennego użytku i szczątków ludzkich.


źródło: https://www.thevintagenews.com/

Winiarnia Areni Wine Factory

Skoro to właśnie z Areni pochodzi napój bogów, to i w dzisiejszych czasach nie brakuje tutaj winiarni. W miejscowości Areni najbardziej popularną jest Areni Wine Factory, znajdująca się przy głównej drodze. Zachęcam zatrzymać się nawet na krótką chwilę i kupić lokalne wina, w dodatku w bardzo dobrych cenach. Jeśli macie więcej czasu, można zostać na około 30 min i posłuchać jak wytwarzane są armeńskie trunki.


Klasztor Chor Wirap

Przed nami ostatni przystanek na drodze do Erywania, czyli malowniczo położony na tle Araratu klasztor Chor Wirap. Wybudowano go po przyjęciu Chrztu przez Armenię w 301 r., dokładnie w miejscu, gdzie więziony był święty, który chrześcijaństwo do Armenii przyniósł – Grzegorz Oświeciciel. Monastyr jest również bardzo popularny, podobnie jak inne tego typu budowle na terenie Armenii, dodatkowo jest stosunkowo blisko od Erywania. Będąc na terenie klasztoru, warto zejść po drabinie do pomieszczenia, w którym więziony był święty. Od razu ostrzegam – nie jest to atrakcja dla osób mających klaustrofobię lub tych dbających o BHP. Do dołu schodzi się bardzo wąskim tunelem po drabinie, nie mieści się w nim więcej niż jedna osoba. Na dole jest ciasno i duszno, więc nie wyobrażam sobie spędzić w tym miejscu 13 lat, jak Grzegorz Oświeciciel.


Dół, w którym więziony był Grzegorz Oświeciciel.

Jeśli jednak wolicie przestrzeń niż ciasne i duszne doły, dobrym pomysłem będzie wdrapanie się na skalisty pagórek z krzyżem obok klasztoru. Widoki niezapomniane, spędziliśmy w tym miejscu naprawdę sporo czasu, rozładowaliśmy 2 baterie w aparacie i skończyły się nam zapasy wody i jedzenia. To mówi samo za siebie.



Cóż, na tym zakończyliśmy nasz intensywny roadtrip, pozostał nam powrót do Erywania i naładowanie baterii na kolejne 1,5 dnia w mieście. I naładowanie baterii w aparacie też 🙂


 


Dzięki, że dobrnęliście do końca. Pytania kierujcie w komentarzach, zapraszam również do dzielenia się Waszymi doświadczeniami i radami, które z pewnością pomogą innym podróżnikom.

Jeśli spodobał się Wam ten tekst, możecie go polubić i udostępnić!
I zapraszam do lektury kolejnych, odnośniki znajdziecie poniżej 🙂

Aby być na bieżąco z nowymi publikacjami i podróżami, zapraszam do śledzenia:

-> profilu na fb: @whereverigo.pl

-> oraz instagramie: @whereverigopl


Roadtrip w Armenii – gotowy plan na 3 dni ! Dzień 1

Roadtrip w Armenii – trasa dzień 1

Trasa: Erywań – Voghjaberd Caves – Charents Arch – Garni – Geghard Monastery – Sewanawank – Hayravank Monastery – Noratus – Masruts Anapat – Orbelian Caravanserai – Artabjunk (powyższe nazwy są nazwami, po których z łatwością znajdziecie dane miejsce na Google Maps, dlatego też nie tłumaczyłam ich na polski.)

Długość: 300 km

Czas podróży: 6 godzin



Trochę ormiańskiej kuchni na dobry początek

Jak zwykle na śniadaniu jesteśmy pierwsi. Pierwsze spotkanie z ormiańską kuchnią wypada na jej korzyść. Próbujemy cienkiego chlebka – lawaszu, który tutaj podawany jest do wszystkiego i o każdej porze. Można go również dostać  w przydrożnych budkach czy straganach. Jest dużo cieńszy niż znany nam chleb arabski i mniej pszenny w smaku. Ma za to charakterystyczny zapach pieca,  w którym jest pieczony – przykleja się go do nagrzanych ścian glinianego paleniska, a jego wypiekiem zajmują się wyłącznie kobiety. Zachwycam się również domowymi konfiturami z moreli, bo przecież w ormiańskim domu morele są najsmaczniejsze. Na koniec pijemy ormiańską kawę i pamiętamy, żeby nigdy i pod żadnym pozorem nie nazwać jej turecką. Ormianie są przekonani,  że to właśnie u nich przed wiekami zaczęto pić ten mulasty napój z kardamonem, który teraz można skosztować w praktycznie każdym arabskim kraju. Ja, mimo, że jestem wielką miłośniczką kaw, do tej jeszcze się nie przekonałam.


Lawasz i konfitury były nieodłączną częścią każdego śniadania.

Ruszamy w drogę, a pierwszym przystankiem jest… stacja benzynowa. Gdzieś wyczytałam, że oszukują, że trzeba mieć odliczone pieniądze i wiedzieć ile dokładnie chce się zatankować. Nie oszukali, w dodatku dostaliśmy gratis sok z granata (granat to symbol Armenii) w ramach miłego przywitania w kraju. Nie warto się uprzedzać.


Łuk Eghishe Charents’a i widok na Ararat

Jadąc w kierunku Garni zatrzymujemy się przy łuku zbudowanym na cześć poety Eghishe Charents’a, antykomunistycznego twórcy, który zmarł w stalinowskim więzieniu w 1937r. To jego podobizna widnieje na banknocie 1000 AMD. Sama budowla nie jest niczym szczególnym, ale zdecydowanie warto tu się zatrzymać, aby zobaczyć krajobraz z Araratem w tle. Oczywiście jeśli pogoda sprzyja, bo np. na moim zdjęciu, Ararat trzeba sobie trochę wyobrazić.


Widok na Ararat
Łuk zbudowany na cześć poety Eghishe Charents’a

Ararat – święta Góra Ormian

A o co chodzi w ogóle z tym Araratem? Dlaczego podobizna tej góry znajduje się w godle Armenii, jest jego symbolem i najczęściej powtarzanym motywem każdego rodzaju sztuki, podczas gdy nawet w Armienii się nie znajduje? Cofnijmy się więc do… Księgi Rodzaju.

„Miesiąca siódmego, siedemnastego dnia miesiąca arka osiadła na górach Ararat”.

Chodzi oczywiście o Arkę Noego, która po ustaniu potopu, wg Biblii osiadła właśnie tutaj. I prawdopodobnie nie ma w tym nic legendarnego, bo całkiem niedawno na szczycie góry odnaleziono fragmenty statku, datowane na kilka tysięcy lat wstecz. Tylko co to ma wspólnego z Armenią? Ormianie wierzą, że wywodzą się bezpośrednio od Noego – są potomkami Hajka, syna Jafeta, który z kolei był synem Noego. Tak więc miejsce, w którym symbol ludzkości – Noe, ocalał z potopu, z którego narodziły się nowe cywilizacje, jest dla Ormian nie tylko miejscem biblijnym, ale kolebką ich dziejów oraz dziejów świata. Przez wieki góra znajdowała się najpierw na terenie królestwa Urdus, następnie na terenie potężnej Armenii, która zajmowała obszar od Morza Śródziemnego do Kaspijskiego. To miejsce święte, symboliczne, to ich tożsamość, to coś tak na wskroś ormiańskiego, że nikt z mieszkańców dzisiejszej Armenii nie jest w stanie pogodzić się z tym, że ta świętość znalazła się na terytorium najgorszego wroga – Turcji. Utrara Araratu oraz 12 innych historycznych prowincji była efektem wojny armeńsko-tureckiej z 1920r. Ale mimo politycznych granic, Ararat nadal góruje nad Armenią i chcąc nie chcąc pozostaje jej symbolem, a Ormianie głęboko wierzą, że sprawidliwość dziejowa kiedyś przywróci im ich świętą Górę.


Voghjaberd

Kolejnym punktem naszego roadtripu jest wioska Voghjaberd. Można tam zobaczyć wykute w skałach jaskinie, które były zamieszkiwane w starożytności i średniowieczu. Podobno jest też tam megalityczny obiekt (jakich sporo w Armenii), coś na kształt tutejszego Stonehenge. Niestety bez dokładnej lokalizacji nie sposób znaleźć kilku kamieni rozrzuconych obok siebie. To miejsce to również pierwszy sprawdzian naszego samochodu, bo droga do miejsca, z którego można zobaczyć jaskinie jest na prawdę zła. Przy okazji udaje się sfotografować życie armeńskiej wsi.


Voghjaberd

Garni – kompleks pałacowo – świątynny

Garni to nie tylko świątynia. To miejsce, w którym swój ślad bardzo wyraźnie odcisnęły zmieniające się czasy, wyznawane religie, przemyjający ludzie. Mamy tutaj wiszap, kamienny posąg w kształcie ryby tworzony ku czci bogini wody z VIII w. p.n.e., pałac i łaźnię z III w. n.e., ruiny monastyrów z V i VII w. n.e. czy pałac Katolikosa z IX w. n.e.  Najbardziej znana jest odbudowana w 1975r. świątynia… nie do końca niewiadomo kogo. Generalnie mówi się, że była poświęcona bogu Mitrze, pogańskiemu bóstwu słońca. Mogła być też grobowcem rzymskiego władcy, ale tego pewnie już się nie dowiemy. XXI w. też zostawił tutaj swój ślad – można zobaczyć nowożytne stragany z pamiątkami, muzeum i bardzo dużo autobusów przywożących tutaj jednodniowych turystów z Erywania.


Świątynia Garni

Sama świątynia nie zrobiła na mnie wrażenia, całość sprawia wrażenie dość nowożytnego, odnowionego i bardzo turystycznego miejsca. Turdno tu dotknąć historii, a jedyne, co nie zmieniło się przez wieki to niezapomniany widok na wąwóz rzeki Azat, dla którego warto tutaj przyjechać.  


Widok na wąwóz rzeki Azat

Klasztor Geghard

Bardzo chciałam zobaczyć kolejny ważny zabytek na mapie Armenii – klasztor Geghard z IV w. założony przez Grzegorza Oświeciciela, który zakrzewił chrześcijaństwo w tym kraju. „Geghard” znaczy „włócznia”, a nazwa klasztoru wiąże się z legendą mówiącą o tym, że w XI w. przechowywano tutaj włócznię, którą przebito bok Chrystusa na Krzyżu. Podobno monastyr jest imponujący, góruje nad wąwozem rzeki Azat, idealnie wtapiając się w armeńskie krajobrazy. Niestety na drogę osunęły się skały, policja nie pozwalała na przejście pieszo, a w górach, jak to w górach, innej drogi nie było. A szkoda.



Jezioro Sewan

Już sama droga nad jezioro Sewan daje pewien obraz czego się spodziewać. Dziesiątki przydrożnych straganów z niezbędnym wyposażeniem plażowicza sugerują, że zbliżamy się do armeńskiego kurortu. Dodatkowo jedziemy tam w weekend, w środku sezonu letniego, wiec odnosi się ważenie, że razem z nami jedzie tam cała Armenia. Ormianie jadą nad jezioro, bo niestety czasy, kiedy mieli dostęp do mórz bezpowrotnie minęły, a z jeziorem Sewan łączy ich więź niewiele słabsza niż ta z górą Ararat. To jedyne jezioro, które pozostało na terytorium dzisiejszej Armenii, a która historycznie była krainą trzech wielkich jezior – Sewanu właśnie, jeziora Wan (dzisiejsza Turcja) i jeziora Urmia (dzisiejszy Iran).

Wyobraźcie sobie teraz Międzyzdroje we wczesnych latach 90. Mi nie dane było ich zobaczyć, ale gdy dotarliśmy nad Sewan uznałam, że dokładnie tak musiały wyglądać. Nadszarpnięte zębem czasu stare pomosty, budki z jedzeniem pachnące nieświeżym tłuszczem, dość osobliwe pamiątki z wakacji i mało przystojni młodzieńcy próbujący zaimponować plażowiczkom popisami na skuterach wodnych z demobilu – taki właśnie obrazem armeńskiego kurortu zapamiętałam.


Ktoś ma ochotę na pamiątkę z wakacji? Takich tu nie mało.

Klasztor Sewanawank

Mało ciekawy, gdyby nie to, że nad jeziorem góruje monastyr Sewanawank, wybudowany na trudno dostępnej wyspie w XIII w., na polecenie mnicha Mesropa Masztoca. Legenda głosi, że zobaczył postaci 12 apostołów sunących nad taflą jeziora w kierunku wyspy i odczytał to jako znak, aby wybudować w tym miejscu klasztor pod ich wezwaniem. Sewanawank uchodził za bardzo restrykcyjny klasztor – to tutaj zsyłano niesubordynowanych mnichów, aby odseparować ich od wina, kobiet i śpiewu. Seminarium działa tutaj nadal, chociaż w innym budynku i podobno nie jest tak restrykcyjne jak kiedyś. Obecnie do zabudowań można dostać się suchą nogą, ponieważ poziom wód jeziora Sewan znacznie się obniżył i kiedyś niedostępna wyspa stała się bardzo często uczęszczanym przez urlopowiczów półwyspem.


Monastyr Sewanawank na tle jeziora Sewan
I ja, też na tle jeziora Sewan 🙂

Klasztor Hayrawank

Z Sewanawanku rozpoczynamy drogę na południe wzdłuż jeziora Sewan. Pierwszym przystankiem jest klasztor Hayrawank. Niby kolejny monastyr w Armenii, ale pokryty pomarańczowym nalotem świetnie komponuje się z taflą jeziora w tle, dodatkowo znajduje się tuż przy głównej drodze, więc żal się nie zatrzymać.


Monastyr Hayrawank

Cmentarz Noratus

Kolejny punkt naszego roadtripu to nie monastyr. Noratus – to współczesny cmentarz z częścią zabytkową składającą się z około 900 chaczkarówcharakterystycznych ormiańskich rzeźb wykonanych na kamiennych tablicach. Chociaż sztuka ta znana była już w czasach przedchrześcijańskich, jej rozkwit nastąpił, gdy ich głównym motywem stał się krzyż. Chaczkary pełniły funkcje ozdobne, dziękczynne, stawiano jest również w miejscach pochówku. Noratus to najstarszy zachowany taki cmentarz, najstarsze chaczkary datowane są na IV-V w. n.e. Na miejscu możecie wypożyczyć mini-przewodnik (dostępny w kilku językach, niestety nie polskim) po najbardziej charakterystycznych rzeźbach, jego rozwinięta wersja jest również na stronie Armenian Monuments. Niestety, wiele tabliczek z numerami jest zniszczonych i trudno znaleźć odpowiadające opisom miejsca. Przydaje się wtedy język rosyjski – pani opiekująca się tym miejscem jest bardzo pomocna. Ja uważam, że o ile nie jesteście studentami archeologii na specjalności chaczkarstwo, nie ma potrzeby analizowania zmieniających się przez wieki detali. Zamiast biegać i szukać numerków, warto przystanąć na moment i docenić piękno tej wielowiekowej i misternej sztuki.


Chaczkary
Na miejscu spotkaliśmy panie, które czyściły chaczkary z mchu, w celu późniejszego ich skatalogowania.

Klasztor Masruc Anapat w Dzoragyugh

Jedziemy dalej – tym razem uparłam się, żeby pojechać do klasztoru Masruc Anapat w Dzoragyugh, skuszona obietnicą oglądania pięknych i unikalnych haftów i dywanów. Takie zdobnictwo jest rzadkością w Armenii – wnętrza są zazwyczaj surowe i ciemne. Niewątpliwie wzbudziliśmy zainteresowanie lokalnej społeczności, która była lekko zdumiona, że ktokolwiek tam dotarł. Natomiast powalających haftów i dywanów nie znalazłam – oprócz interesującego dywanu ściennego przedstawiającego Ostatnią Wieczerzę.


Na terenie starożytnego monastyru toczy się zwyczajne, codzienne życie mieszkańców.
“Ostatnia Wieczerza” utkana na wzór tej autorstwa Leonardo da Vinci.

Przełęcz Sulema

Dzień powoli zbliża się ku końcowi, a nas czeka jeszcze przejazd o zachodzie słońca przez malowniczą przełęcz Sulema na wysokości 2400 m. n.p.m. Zdecydowanie zaplanujcie więcej czasu na ten odcinek – nie sposób oderwać się od aparatu.


Widok z przełęczy Sulema
W drodze na przełęcz

Karawanseraj Selim

I tutaj przyznam się, że kolejne warte odwiedzenia miejsce znaleźliśmy przypadkiem – chyba się nie przygotowałam… Zjeżdżając z przełęczy na południe, po lewej stronie drogi widać budynek przypominający stajnię. To karawanseraj Selim, przydrożny zajazd z 1332 r., znajdujący się przy jednym z szlaków handlowych tamtych czasów. To tutaj odpoczywali strudzeni kupcy oraz ich konie. Ale nie tylko – wymieniali też informacje, zaciągali pożyczki, handlowali, korzystali z usług doradców i… innych usług również. Warto zobaczyć, zwłaszcza, że jest to najlepiej zachowany tego typu budynek na świecie – jest usytuowany na tyle wysoko, że miejscowa ludność nie rozebrała go w celach pozyskania materiałów budowlanych, gdy już przestał być używany.



Karawanseraj Selim

Artabuynk

Wieczorem docieramy do Artabuynk, miejscowości, z której planujemy wyjść w góry następnego dnia. Zatrzymujemy się w hotelu, który raczej nazwałabym gospodarstwem agroturystycznym, jakby… luksusowym jak na otaczające go realia. Wieczór spędzamy przy armeńskim winie, muzyce i… teleskopie, a dodatkowo tego dnia jest pełnia.

A jak wyglądał kolejny intensywny dzień w Armenii? Zobacz TUTAJ!


Ciekawostka – przykładając aparat (użyłam telefonu), do teleskopu, można zrobić całkiem przyzwoite zdjęcie. Nie wiem dlaczego, ale nie spodziewałam się, że to zadziała 🙂


Dzięki, że dobrnęliście do końca. Pytania kierujcie w komentarzach, zapraszam również do dzielenia się Waszymi doświadczeniami i radami, które z pewnością pomogą innym podróżnikom.

Jeśli spodobał się Wam ten tekst, możecie go polubić i udostępnić!
I zapraszam do lektury kolejnych, odnośniki znajdziecie poniżej 🙂

Aby być na bieżąco z nowymi publikacjami i podróżami, zapraszam do śledzenia:

-> profilu na fb: @whereverigo.pl

-> oraz instagramie: @whereverigopl