[TANZANIA] Nurkowanie na wyspie Pemba


Miejsce mogące się poszczycić najzdrowszymi rafami koralowymi na świecie. Charakteryzujące się krystaliczną wodą, brakiem zanieczyszczeń, śmieci i… nurków. To między innymi dlatego nurkowanie na Pembie jest wyjątkowe dla tych, którym udaje się tu dotrzeć. O samej wyspie oraz o praktycznych wskazówkach jak się na nią dostać pisałam już w poście: Pemba – Czy już nie ma dzikich plaż?. W tym natomiast, chciałabym podjąć próbę opisania jej z nurkowego punktu widzenia. Podjąć próbę, ponieważ uważam, że tak bogatą naturę trudno opisać słowami i po prostu trzeba tego doświadczyć. Mam nadzieję, że pomogą Wam w tym moje zdjęcia oraz zachęcą do wyruszenia na ten dziewiczy skrawek ziemi na Oceanie Indyjskim.


pemba

Dlaczego Pemba?

Pemba jest z pewnością najbardziej nieskazitelnym i dzikim miejscem nurkowym, w jakim dotychczas przyszło mi nurkować. Nawet w Sudanie było więcej ludzi – zresztą trudno konkurować z Pembą, gdzie dziennie nurkowało mniej niż 10 nurków wokół całej wyspy. Brak turystyki i fakt, że mieszkańcy wyspy nadal żyją tak, jakby czas się zatrzymał 200 lat temu procentuje nieskażoną naturą i kipiącymi życiem rafami koralowymi.

Nurkowanie nie jest tutaj aktywnością, którą można wykupić na każdym rogu i w każdym hotelu (jak na przykład na Zanzibarze). Bo hoteli jest tutaj niewiele, a turystyka dopiero raczkuje. I oby długo tak zostało, bo między innymi dzięki temu życie pod wodą nie jest zagrożone przez swojego najgorszego wroga – człowieka. Przypadkowe kopnięcia płetwami, zła kontrola pływalności oraz GoPro w ręku z reguły nie służą delikatnym formacjom raf koralowych. Nie zrozumcie mnie źle – nie uważam, że nurkowanie w takich miejscach powinno być zarezerwowane dla „wybrańców”. Wręcz przeciwnie – myślę, że jest to sport dla każdego. Niemniej jednak chciałabym, aby ludzie mieli trochę więcej krytycyzmu do swoich umiejętności, zwłaszcza gdy nurkują mało, rzadko i bez przygotowania.

Wracając na Pembę – tutaj ten problem w zasadzie nie występuje, ponieważ przypadkowych nurków tutaj po prostu nie ma. Jeśli ktoś dociera aż tutaj, żeby nurkować, zazwyczaj nie jest żółtodziobem i wie, co robi. A jeśli żółtodziobem jest – bardzo prawdopodobne, że o istnieniu Pemby jeszcze długo nie będzie wiedział.


pemba

A na Pembie jest o co dbać. Rafy koralowe zaliczają się do najbogatszych i najbujniejszych na świecie, ponieważ możemy podziwiać tutaj ponad 500 gatunków zdrowego koralowca, występującego na głębokościach do 64 m (czyli bardzo głęboko jak na koral). Rafa pokrywa około 60% linii brzegowej Pemby. Dla porównania, w Morzu Czerwonym występuje około 300-400 gatunków w zależności od miejsca. I nie tylko ja się tym zachwycam. Sam Jacques Cousteau odwiedzając Pembę w 1967 r. na swoim statku badawczym Calypso, nazwał tutejsze życie podwodne „skarbem skarbów”. Rafa koralowa daje schronienie ponad 3000 gatunkom podwodnych stworzeń.


Jacques Cousteau (1910-1997) – francuski podróżnik, oceanograf, badacz mórz, przyrodnik, nurek-pionier, producent filmowy. To w dużej mierze dzięki jego badaniom posiadamy dziś dużą wiedzę o oceanach, to on stworzył podwaliny nurkowania, które dziś jest dostępne dla każdego. Człowiek – legenda.

Niestety niecałe wschodnie wybrzeże Afryki może poszczycić się tak bujnym życiem. Przełowienie, zwłaszcza wybrzeża głównego lądu, masowa turystyka i tony śmieci sprawiły,  że rafy koralowe stopniowo wymierają. Kiedyś liczne tu żółwie są zagrożone – to przez lokalne tradycje oraz przemysł turystyczny. Rejon ten został również zniszczony przez El Nino z 1997/8 r. – zjawisko pogodowe, które, zapoczątkowane na Ocenie Spokojnym, doprowadziło do wzrostu temperatury wody, powietrza i ilości opadów. W konsekwencji spowodowało liczne powodzie i ekstremalne zjawiska atmosferyczne na całym świecie. Szacuje się, że przez te 2 lata około 16% rafy koralowej na Ziemi po prostu wymarło.


Zachodnie wybrzeże Pemby

Uważa się, że najlepsze miejsca nurkowe na Pembie są na jej zachodnim wybrzeżu, ponieważ przewężenie pomiędzy wyspą a głównym lądem powoduje ciągły przepływ świeżej wody, a duże pływy niosą z sobą pożywienie dla rafy . Nurkowania odbywają się głównie w prądzie przy pionowych ścianach, które opadają na dziesiątki metrów w dół. Do tych miejsc zaliczają się takie miejscówki jak Njao Gap, Manta Point czy Fundu. W trakcie przypływu widoczność jest nieograniczona, jednak w trakcie odpływu może być słaba – to za sprawą licznych, naturalnych zanieczyszczeń z lasów namorzynowych.

Przewodniki mówią, że można tu zobaczyć większe zwierzęta czy manty, jednak z doświadczenia własnego oraz miejscowych przewodników nurkowych – te czasy raczej już minęły. Aktywność człowieka na wschodnim wybrzeżu Afryki oraz zmiany klimatu spowodowały, że rekiny czy wieloryby raczej już tam nie bywają. Niemniej jednak zostaje nam fascynująca rafa koralowa i to właśnie amatorom nurkowań makro bardzo polecam to miejsce.


pemba

Podwodne stacje czyszczące

Jednym ze zwyczajów, którego już nie będzie nam dane tam zobaczyć, jest rytuał podwodnej „toalety”. Tak, ryby też muszą się myć 🙂 Wystające, wyżej położone od reszty “wieżyczki” raf (ang. pinnacles) mogą pełnić rolę „podwodnych stacji czyszczących” dla wielu gatunków ryb i mant (płaszczek). Zwierzęta przybywają w takie miejsce i ocierają się o wystające rafy, czyszcząc swoją skórę ze starej tkanki i pasożytów. Takie miejsca z reguły zamieszkują również mniejsze zwierzęta, które specjalizują się w takim czyszczeniu – są to na przykład niektóre gatunki krewetek. Wyjadając pasożyty i starą tkankę ze skóry płaszczek, zapewniają sobie pożywienie, a sama obecność większych zwierząt zapewnia im ochronę przed innymi drapieżnikami. Płaszczki, czy inne czyszczone ryby mają w zamian piękną i gładką skórę, wolną od pasożytów. Jest to kolejny, zachwycający przykład idealnej symbiozy w przyrodzie. Miejscem, gdzie to się odbywało jest Manta Point, jednak ze względu na zagrożenie połowem przez lokalnych rybaków, manty przestały tam przypływać.


Wschodnie wybrzeże Pemby

Wschodnie wybrzeży Pemby jest znacznie mniej uczęszczane, jeśli nie w ogóle. W zasadzie niewiele tu opisanych w przewodnikach miejscówek nurkowych, a brak osłony od pełnego oceanu powoduje, że nurkowania są wymagające i trudne. Silne prądy i nurkowanie w toni wymagają sporego doświadczenia, jak również dobrej organizacji. Z tego, co obecnie mi wiadomo, żadna szkoła nurkowa na Pembie nie organizuje tam regularnych nurkowań. Jeśli się to zmieni, nurkowie będą mieć dużą szansę spotkania większych zwierząt, których jest niestety mało na północy i zachodzie wyspy. Pionowe ściany i silne prądy to raj dla rekinów młotów, merlinów, barakud czy ogromnych tuńczyków, oczywiście w zależności od sezonu.

Podsumowując, obecnie na Pembie2 szkoły nurkowe (jedna na zachodnim wybrzeżu oraz Swahili Divers na północnym-zachodzie wyspy), chociaż ich liczba pewnie będzie rosła. Nurkując z Swahili Divers pływaliśmy na zachodnie wybrzeże wyspy, jest również kilka mniejszych miejscówek nurkowych na północy. O samej organizacji nurkowania napiszę na koniec, jednak tutaj chciałabym podsumować, że nurkowanie na Pembie, według mnie, zachwyci głównie miłośników życia makro, kolorowych raf i rybek. Nie spodziewajcie się tutaj dużego zwierza, mimo że obiecują go przewodniki nurkowe. Niemniej jednak – warto, bo tak jak pisałam wcześniej, bujność życia na rafie jest niespotykana.


pemba

Rafy koralowe

Zatem zapraszam Was do podwodnego świata Oceanu Indyjskiego – mam nadzieję, że zdjęcia chociaż trochę oddadzą wyjątkowość tego miejsca, a nienurkujących zachęcą do spróbowania tej aktywności. Ale ostrzegam – to wciąga! Mała uwaga – nie zawsze jestem w stanie znaleźć polskie nazwy podwodnych stworzeń. Zresztą gdziekolwiek nie nurkujecie, wydaje mi się, że znajomość angielskich nazw jest dużo bardziej przydatna, chociażby po to, żeby podzielić się wrażeniami z nurkowania z Waszymi towarzyszami na łódce. Zamieszczam więc angielskie i łacińskie nazwy, a tylko tam, gdzie to możliwe – polskie. Ja sama nie podejmuje się tłumaczenia, chyba że jest oczywiste.

Zacznijmy od tego, co najbardziej wyjątkowe na Pembie – rafy koralowe!

Giant sea fans

Na szczególną uwagę wśród raf zasługują na pewno Giant sea fans (łac. Annella mollis), czyli rozłożyste formacje korala w rozmiarach niespotykanych gdziekolwiek indziej. Są bardzo delikatne.


pemba
Giant sea fans
Giant sea fans

Bubble coral

Kolejny jest Bubble Coral (łac. Plerogyra sinuosa), którego nazywa bezsprzecznie wzięła się od tysięcy bąbelków, z których się składa. Ten koral zalicza się do korala miękkiego i oryginalnie występuje właśnie w wodach Oceanu Indyjskiego. Na Pembie osiąga ogromne rozmiary. Ciekawostką jest to, że bąbelki powiększają się wraz z ilością światła, a w nocy kurczą do malutkich rozmiarów.



Head coral

Teraz twardy koral, który zalicza się do korali kamiennych (rafotwórczych) i którego nazwa również jest związana z jego wyglądem – Head Coral (łac. Favia favus, pol. koral-głowa). Występuje na całym świecie i jest dość popularny, na Pembie, jak wszystko inne – zachwyca rozmiarami.



Porcelain coral

Na kolejnym zdjęciu widać korale, które mi osobiście przypominają kapustę, a nazywają się Porcelain coral (łac. Leptoseris yabei). Spotykane są w zasadzie we wszystkich ciepłych morzach i oceanach, na Pembie tworzą połacie zajmujące ogromne powierzchnie rafy. Zaliczają się do Leaf and Mushroom Corals, czyli w wolnym tłumaczeniu korali liściowych i grzybowych, a w oficjalnym – montipor talerzowatych. Czasem polskie tłumaczenia mnie przerażają…


pemba

Elongated mushroom

Do tej samej linii należą widoczne poniżej Elongated mushroom (łac. Ctenactis crassa). Generalnie tworzą owalne formy, jednak tutaj widoczne są w innym, mniej spotykanym kształcie przypominającym… z grubsza nic.


pemba

Ukwiały i nemo

Na koniec zostawiłam moje ulubione i chyba najbardziej fotogeniczne korale. To ukwiały, których ruch pod wodą jest tak harmonijny i hipnotyzujący, że mimo ich popularności, nie potrafię oderwać od nich aparatu. Ten na zdjęciu poniżej już tak popularny nie jest, bo to Magnificient Sea Anemone (łac. Heteractis magnifica, pol. Ukwiał wspaniały), którego często się nie widuje. Od innych ukwiałów różni się intensywnie różowym… czymś, w co jest dosłownie zapakowany. Z ukwiałami (ang. Anemone) jest związana kolejna ciekawostka i kolejny przykład symbiozy na rafie koralowej. Otóż zamieszkujące je błazenki (ang. Anemonefish, łac. Amphiprion lub po prostu popularne Nemo) są jedynymi rybkami, których nie parzą parzydełka ukwiału. Zapewnia to błazenkom ochronę przed drapieżnikami, które niechętnie zbliżają się do parzącej rośliny, a ukwiałowi ochronę przed potencjalnymi drapieżnikami.


Magnificient Sea Anemone
pemba

Sea worms

Kolejną grupą żyjątek zamieszkujących rafy koralowe są Sea worms lub po prostu robaki morskie. I jeśli nazwa Was nie zachęciła do dalszego oglądania, spójrzcie na zdjęcie Feather duster worm (łac. Sabellastarte spectabilis), którego sfotografowałam na Pembie. Robaki tego typu zazwyczaj żyją przyczepione do korala (jak poniżej) lub po prostu do piaszczystego podłoża. Okazuje się, że pod wodą nawet robaki mogą być zachwycająco piękne 🙂



Ślimaki

Skoro robaki, to i ślimaki. Morskie, oczywiście. I po raz kolejny – dużo bardziej urodziwe od tych, które gorączkowo wypędzamy z naszych ogródków. Są rzadkie i łatwo je przeoczyć ze względu na ich niewielkie rozmiary. Ten poniżej to Varicose wart sług (łac. Phyllidia varicosa). Spełni oczekiwania każdego miłośnika makro-fotografii.



Żachwy

Na rafie żyją również Sea Squirts o uroczej polskiej nazwie – Żachwy. Występują chyba w każdym kolorze czy kształcie, są (podobno) lepkie i nieprzyjemne w dotyku, niektóre toksyczne. Mimo ich niepozornego wyglądu, są to dość rozwinięte organizmy posiadające układ krwionośny, nerwowy, rozrodczy i narządy zmysłów. Dotknięcie żachwy w okolicach otworu gębowego może doprowadzić do wytryśnięcia cieczy z otworu, dlatego angielska nazwa w wolnym tłumaczeniu to „Tryskacze”.



Giant clams – małże

Nie mogę nie wspomnieć o imponujących Giant clams czyli największych małżach żyjących na świecie, których na Pembie nie brakuje. Nie wiem, dlaczego po polsku nie nazwano ich po prostu małżami olbrzymimi, tylko… przydaczniami olbrzymimi. Chciałabym kiedyś spotkać kogoś, kto wymyśla te tłumaczenia, ale chcę wierzyć, że stoi za tym jakaś większa nauka.



Gąbki

Poznajmy jeszcze gąbki, zanim przejdziemy to mojego ulubionego zdjęcia z Pemby 🙂 Popularne w zasadzie w każdym ciepłym morzu, o rozmaitych kształtach i kolorach. I jak już wiele razy pisałam – na Pembie znacząco większe od widzianych przeze mnie w innych miejscach. Te poniżej to Barrel Sponge (łac. Xestospongia testudiaria), czyli po prostu gąbka beczułkowata. W ich otworach często można znaleźć małe rybki, które szukają schronienia przed drapieżnikami.


pemba

Mantis shrimp

No i jest! Bohater wyjazdu, któremu zrobienie zdjęcia zajęło mi dobre 10 min wisząc nieruchomo przy rafie koralowej, bo aparat nie mógł złapać ostrości. A warto było, bo rzadko widzi się Mantis shrimp z tak bliska, w dodatku nieruchome, pozujące do zdjęcia. Po polsku te skorupiaki nazywają się Ustonogi, a ich ubarwienie jest bardzo intensywne – kolory na zdjęciu nie są podkręcone, uwierzcie. Wyglądają trochę jak z innej planety, a niezaprzeczalną ciekawostką jest fakt, że mają bardzo, bardzo silny cios, mogący na przykład przebijać twarde muszle. Jeśli kiedyś znajdziecie muszelkę z małym, okrągłym otworkiem, możecie być prawie pewni, że sprawcą jest Mantis shrimp – a przykład takiej muszli, również z Pemby, poniżej.


pemba

Dobrnęliśmy do końca zwiedzania raf na Pembie. Przedstawione przeze mnie okazy to tylko te wybrane, które szczególnie mnie zachwyciły, z powodów, które opisałam wyżej. Nie chciałam opisywać tutaj każdego jednego żyjątka, bo byłoby to dość żmudne i jak podejrzewam – dość nudne. Mam nadzieję, że te perełki, które udało mi się sfotografować zachęcą Was wystarczająco, żeby spróbować nurkowania, a może nawet nurkowania na Pembie.  Jeśli macie jakieś uwagi co do mojej identyfikacji życia pod wodą – zapraszam do komentowania pod spodem. Wśród takiej różnorodności w przyrodzie poprawna identyfikacja zwierząt jest niemałym wyzwaniem 🙂


Organizacja nurkowania

Nocleg

Tak jak pisałam wcześniej, nurkowaliśmy na Pembie we wrześniu, z Swahili Divers, których baza nurkowa mieści się w Gecko Lodge na północy wyspy. Obok jest jeszcze jeden luksusowy hotel, jeśli ktoś woli mieć prąd, ciepłą wodę i noc bez małp na dachu. My wolimy myć się w zimnej, prąd elektryczny nie jest nam do niczego potrzebny, a bezsenna noc, słuchając krzyku małp na dachu jest super. A tak na serio – prąd był tylko w nocy, więc na szczęście wystarczało do ładowania baterii do aparatu, a ciepłej wody nie było wcale (wrzesień 2018). Właściciele co prawda obiecywali, że już niedługo prąd będzie przez 24h oraz że doprowadzą ciepłą wodę, jednak, jeśli to jest dla kogoś kluczowe, proponuję upewnić się przed przyjazdem. Więcej o samym noclegu Gecko Lodge pisałam w poprzednim poście z Pemby i tam zapraszam po szczegółowe informacje. Wskazówka: nocując w Gecko Lodge możecie otrzymać zniżkę na nurkowanie z Swahili Divers, której nie dostaniecie nocując w hotelu obok.


pemba

BAZA Nurkowa

Sama baza nurkowa jest dość prosta, chociaż z tego co wiem, ostatnio jest już dostępny Nitrox i bardzo się rozwijają. Prowadzona jest przez przesympatyczną kanadyjsko-ukraińską parę, jednak również proponuję to sprawdzać na bieżąco, ponieważ w miejscach takich jak Pemba jest duża rotacja pracowników. Trochę szkoda, bo wpływa to na znajomość miejscówek nurkowych oraz doświadczenie w danym miejscu. Jest to nasz jedyny zarzut do całego pobytu, ponieważ zdarzały się zrzuty nurków do wody nie w tym miejscu co potrzeba. Nurkuje się wyłącznie z łodzi, przerwy powierzchniowe odbywają się na małych, bezludnych wysepkach u wybrzeży Pemby. Większość nurkowań odbywa się na zachodnim wybrzeżu wyspy. Planując nurkowanie uwzględnijcie sezon – w sezonie deszczowym (kwiecień-maj), baza jest zupełnie zamknięta


pemba

To chyba już wszystko odnośnie nurkowania na Pembie, mam nadzieję, że udało mi się za pomocą zdjęć zachęcić Was nie tylko do Pemby, ale też do nurkowania w innych miejscach. Nie jestem profesjonalnym fotografem, więc zdjęcia nie są idealne, ciągle się uczę. Wszystkie są wykonane przeze mnie aparatem Canon G5X z obudową wodoszczelną. Podczas nurkowania na Pembie jeszcze nie miałam też oświetlenia kamery, a wszystkie zdjęcia doświetlałam ręczną latarką (lub dwiema), stąd oświetlenie na niektórych zdjęciach jest punktowe.

Dziękuję za lekturę i jeśli podobał Wam się ten wpis, zapraszam do lajkowania i udostępniania – jedno kliknięcie, które bardzo pomaga w promowaniu bloga. Zapraszam również do komentowania i dzielenia się wrażeniami z Waszych nurkowań.



[SUDAN] Umbria, czyli nurkowanie wrakowe z historią


Nurkowanie wrakowe

Są ludzie, którzy lubią nurkowanie na wrakach i są tacy, którzy za tym nie przepadają. Dla mnie wraki to miejsca, które gdzieś na dnie mórz opowiadają swoją historię tym, którym udaje się do nich dotrzeć. Historię, która nie zawsze jest historią katastrofy, a często historią działań wojennych i trudnych decyzji podejmowanych w deficycie czasu, historią ocalonych żyć i historią bohaterstwa.


umbria

Titaniki Bałtyku

Nie uważam, że nurkowanie na wrakach, na których zginęły tysiące ludzi jest fajne – bo nie jest. Weźmy na przykład 3 słynne wraki Morza Bałtyckiego. Wszyscy świetnie znamy historię Titanica, a mało kto wie, że Gustloff, Goya oraz Steuben nazywane często właśnie „Titanicami Bałtyku”, pochłonęły znacznie więcej ofiar. Gustloff i Goya to pierwsza i druga największa katastrowa morska w historii świata, chociaż propaganda PRL skutecznie usunęła te historie z powszechnej świadomości. Wszystkie 3 statki to nieuzbrojone pasażerskie jednostki, które ewakuowały niemiecką ludność z Gdańska w zimie 1945 roku. Zostały zaatakowane przez rosyjskie okręty podwodne i storpedowane. Na Gustloffie zginęło 10.000 ludzi, na Goya około 6000, katastrofa Steubena pochłonęła 3000 istnień. Ci, którzy przeżyli atak, zmarli z wyziębienia w lodowatej wodzie, nieliczni ocaleli. Żadna z tych liczb nie jest precyzyjna – na statkach prawdopodobnie przebywało wielu obywateli Niemiec nieujętych w listach pasażerskich. Obecnie wraki są uznane za cmentarze wojenne i obowiązuje zakaz nurkowania w odległości mniejszej niż 500 m (co oczywiście oznacza, że nie da się ich zobaczyć nawet z daleka). I bardzo dobrze – bo są to jedne z tych miejsc na świecie, którym należy się szacunek i spokój.


Wrak Umbrii – Sudan

Umbria, o której jest ten wpis, jest zgoła innym wrakiem. Zanim jednak wrakiem się stała, przez 28 lat pływała na trasie z Europy do Argentyny pod nazwą „Bahia Blanca” – najpierw jako jednostka niemiecka, a od 1918 r. – argentyńska. Wybudowana w 1911 r. jako jeden z największych jak na swoje czasy statków pasażersko-transportowych, mierzyła ponad 150 m. długości i mogła zabrać na pokład 2000 pasażerów i 9000 ton ładunku. Jej ostatnim właścicielem był włoski rząd, który nabył Bahia Blancę w 1935 r. i zmienił jej nazwę na „Umbria”, pod którą jest znana do dzisiaj.


źródło: wrecksites.eu

Historia statku

Umbria, już pod włoską banderą, w swój ostatni rejs wypłynęła w maju 1940 r. Zmierzała do włoskiej kolonii – Erytrei, sekretnie przewożąc cenny ładunek – 36.000 bomb, detonatory, materiały budowlane, samochody Fiat Lunga i 8 600 kg broni, a także silniki lotnicze. 3 czerwca statek zawinął do Port Said, uzupełniając węgiel i wodę oraz starając się odsunąć od siebie podejrzenia co do zawartości ładowni. W tym czasie Włochy nie brały jeszcze udziału w wojnie, więc Umbria 6 czerwca 1940 r. legalnie przekroczyła Kanał Sueski udając się w kierunku portu docelowego. Niestety – Brytyjczycy już wiedzieli, że przystąpienie Włoch do wojny jest kwestią czasu i ich okręty czujnie eskortowały Umbrię, aż do trawersu Port Sudanu. Właśnie tam, kapitan brytyjskiego HMS Grimsby rozkazał Umbrii zakotwiczenie oraz zlecił jej przeszukanie pod pretekstem podejrzanej kontrabandy. Nie znaleziono nic – włoski statek jako jednostka kraju neutralnego, miała prawo przewozić broń i inny ładunek do swoich kolonii. Mimo to, Brytyjczycy zostali na pokładzie na noc.


Zatopienie Umbrii

Kolejnego dnia kapitan Umbrii, Lorenzo Muiesan, słuchając radia w swojej kajucie, usłyszał transmisję, w której Mussolini zadeklarował przystąpienie Włoch do II Wojny Światowej. Stanął przed niemałym dylematem – Umbrii oraz jej ładunkowi groziło przejęcie przez Brytyjczyków oraz wykorzystanie go przeciwko Włochom. Wykazując się sprytem i inteligencją, zarządził w załodze manewry symulujące ewakuację statku. Brytyjczycy chętnie na to przystali – nie wiedząc, że Włochy przystąpiły do wojny uznali, że manewry opóźnią wypłynięcie Umbrii z Port Sudanu, a oni będą mieli więcej czasu na baczną obserwację statku. Nie wiedzieli, że aż tyle…


żródło: selmeczidaniel.com

Po zajęciu przez załogę szalup ratowniczych, kapitan otworzył zawory denne i opuścił statek. Teraz można było tylko patrzeć, jak ogromny frachtowiec powoli wypełnia się wodą. Po tym wydarzeniu Lorenzo oficjalnie przyznał, że Włochy przystąpiły do wojny, a już kolejnego dnia z całą załogą Umbrii był w drodze do Indii, gdzie miał spędzić w więzieniu 4 lata.


umbria

Nurkowanie na Umbrii

Wrak Umbrii jest uważany za jeden z najciekawszych i najbezpieczniejszych wraków do nurkowania na świecie. Jest bardzo dostępny – znajduje się niecałe 30 km od portu w Port Sudanie i leży na głębokości od 4 do 38 m. Jest w zasadzie nietknięty – niewiele zmieniło się od dnia, w którym Kapitan Muiesan podjął ostateczną decyzję o losie swojej jednostki. Nie przeprowadzono żadnych prac zabezpieczających czy wydobywczych – wydawało się to zbyt niebezpieczne w obecności 36.000 bomb lotniczych. Obecnie nie ma to sensu, więc wrak co roku przyciąga swoją autentycznością dziesiątki nurków z całego świata.

150 – metrowy kolos spokojnie spoczywa na swojej lewej burcie, porośnięty koralem oraz pokryty grubą warstwą morskiego pyłu. Jest stabilny, nie posiada niebezpiecznych wystających elementów, a wejścia do poszczególnych ładowni są szerokie i bezpieczne dla nurka. Dzięki położeniu w stosunkowo płytkich wodach, wrak jest dobrze oświetlony, ale widoczność często może być ograniczona przez pył i muł, podrywany z dna przez kopnięcia płetw. Wchodząc w grupie do ładowni, trzeci nurek nie widzi już absolutnie nic, więc jeśli będziecie planowali zanurkować na Umbrii – starajcie się być pierwsi. Jest to jedno z tym miejsc, gdzie kontrola pływalności jest kluczowa, ponieważ każde obicie się o ściany wraku powoduje, że w zasadzie uniemożliwiamy nurkowanie kolejnym osobom. W szczytowym sezonie, po przejściu przez wrak kilku grup nurków z kilku łodzi nurkowych, potrzeba dobrych 2-3 dni, aby wszystko ponownie osiadło i żeby nurkowanie znów było możliwe i sensowne.

My zrezygnowaliśmy z trzeciego zejścia na wrak, bo widzialność była praktycznie zerowa, a oglądanie światła własnych latarek nurkując na interesującym wraku jest, według mnie, bezcelowe. Podwodni fotografowie mogą wrócić z Umbrii rozczarowani. Zła przejrzystość wody uniemożliwia dobre zdjęcia, stąd też moje nie są najlepszej jakości.


umbria
Śruba napędowa Umbrii

Ładownie Umbrii

W ładowniach Umbrii podziwiać możemy ładunek, który jest unikatowy na światową skalę, jeśli chodzi właśnie o wraki. Miłośnicy motoryzacji znajdą 3 świetnie zachowane Fiaty Lunga, amatorzy win – tysiące pełnych, nietkniętych butelek tego trunku. W restauracji, jak na włoski statek przystało, zobaczycie pozostałości kuchni i pieców do pizzy. Kolejne ładownie to np. worki z cementem, skrzynie z silnikami lotniczymi i gwóźdź programu – 36.000 bomb, staranie ułożonych jedna na drugiej, z detonatorami obok. W tym miejscu zasada „oglądaj – nie dotykaj” ma realne zastosowanie. W materiałach w Internecie można znaleźć informację, że podwoda eksplozja tych bomb zmiotłaby z powierzchni ziemi oddalony o 30 km Port Sudan. I chociaż uważam tę rewelację za mocno przesadzoną, zwłaszcza, że bomby nie są uzbrojone w detonatory i od prawie 80 lat znajdują się pod wodą, na wszelki wypadek wolę tego nie sprawdzać. 200 m od statku leży kotwica, jako że Umbria była zakotwiczona w momencie zatonięcia.


umbria
Jedna z tysięcy butelek wina. Ta była pusta.
umbria
Bomby lotnicze w jednej z ładowni

Dodatkowo na wraku podziwiać można nieuszkodzoną śrubę napędową, a położenie kadłuba pozwala przepłynąć pod tym ogromnym kolosem. Będąc tuż pod, przez głowę przeszła mi jedna myśl – a co, jeśli właśnie dzisiaj statek się obsunie…?

Moim największym rozczarowaniem była zdecydowanie ładownia z samochodami – będąc tuż obok Fiatów, nawet ich nie widziałam, nie mówiąc o zrobieniu zdjęcia, ponieważ widoczność była tak zła. Poniżej możecie zobaczyć ich zdjęcie, które zapożyczyłam z divingiscool.com, ponieważ mi nie było dane takiego zrobić.


umbria
źródło: divingiscool.com

Nie mam dużego doświadczenia z nurkowaniem na wrakach, ale uważam, że Umbria jest wyjątkowa. Nie trzeba jej z niczym porównywać, warto po prostu zanurkować i wyobrazić sobie historię, która działa się na tych pokładach i w tych ładowniach. Takie wraki często również motywują to samodzielnego pogłębiania wiedzy, bo przecież przed nurkowaniem warto, jeśli nie trzeba, przeczytać historię statku oraz poznać realia panujące w przeszłości.


umbria
umbria

Umbria z perspektywy XXI wieku

Jak z perspektywy XXI wieku ocenić wydarzenia mające miejsce w czerwcu, 80 lat wcześniej, gdzieś u wybrzeży Port Sudanu? Myślę, że nie należy oceniać wcale. Historia, która się wydarzyła pozostanie niezmieniona, a my możemy ją jedynie przekazywać dalej. Postawa Kapitana Lorenzo Mueisana może być postrzegana różnie. Dla Włochów to bohater, który uchronił statek z ładunkiem od dostania się w ręce wroga, poświęcając własną wolność. Dla ekologów już niekoniecznie, bo zatopienie tysięcy ton metalu na rafie koralowej znacząco ją zniszczyło i wpłynęło negatywnie na życie pod wodą. Dla nurków to kolejny punkt na mapie nurkowej świata, dla Sudańczyków możliwość zarobku, a dla kogoś jeszcze innego – rzecz totalnie obojętna.

Wbrew temu, co można przeczytać w Internecie, nie uważam tego miejsca za oazę życia morskiego. Niemniej jednak zapamiętam Umbrię jako jedno z najbardziej wyjątkowych nurkowań w moim życiu.


Dzięki, że dotrwałeś/dotrwałaś do końca. Jeśli podobał Ci się ten tekst, będę wdzięczna za udostępnienie i polubienie.

To mój drugi wpis o Sudanie, dlatego jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na temat organizacji i bezpieczeństwa safari nurkowego w tym kraju, zapraszam TUTAJ.

Większość zdjęć w powyższym artykule jest mojego autorstwa, a nieliczne, które zapożyczyłam, podpisane są ich źródłem.


[SUDAN] Sudan – safari nurkowe. Organizacja i bezpieczeństwo.


Chyba najwyższa pora napisać coś o mojej podróży do Sudanu. Zacznę może od tego, o co najwięcej ludzi pyta, robiąc przy tym szerokie oczy – dlaczego Sudan? Kolejny raz na nasz wyjazd nurkowy wybraliśmy miejsce, które nie jest pełne turystów, w morzu nie pływa plastik, a na rafie nie ma kilkudziesięciu nurków z okolicznych hoteli. W zasadzie w ogóle nie ma nurków z hoteli – w Sudanie praktycznie nie istnieje infrastruktura turystyczna, a jedną możliwością, aby tu zanurkować jest wybranie opcji „liveaborad”, czyli nurkowania ze statku i mieszkania na nim. Na świecie nie ma już dużo takich miejsc, a tych, które się jeszcze zachowały – drastycznie ubywa. Rośnie populacja, rosną miasta, rośnie przemysł i rosną góry plastiku, więc jeśli mamy szansę odwiedzić te nieliczne, naturalne i dziewicze obszary naszej planety, trzeba robić to teraz. Za 10 lat może być już za późno. Ale to nie jedyny czynnik, który zdecydował o wyborze tego miejsca.


sudan

Dlaczego warto pojechać na safari nurkowe do Sudanu?

W Sudanie Morze Czerwone oferuje nam jedne z najlepszych miejsc nurkowych na świecie, ze zdrową rafą koralową, ciepłą wodą i wspaniałą widocznością. W okresie od marca do maja, kiedy sezon nurkowy jest w pełni, istnieje duże prawdopodobieństwo, że zanurkujemy z grupą rekinów młotów (hammerhead sharks), rekinami szarymi (grey sharks/silky sharks) czy białopłetwymi (whitetip sharks). I właśnie wokół tego, od pierwszego dnia, krążą rozmowy na statku, każdy z niecierpliwością czeka na zobaczenie swojego pierwszego rekina i cieszy się jak dziecko, gdy w trakcie nurkowania okazuje się, że te są dosłownie wszędzie i nie wiadomo, w którą stronę patrzeć. I chociaż spotkanie z tymi niesamowitymi zwierzętami w ich naturalnym środowisku w zupełności wystarczyłoby, aby każdy wrócił z Sudanu szczęśliwy, to nie koniec atrakcji.


sudan
Rekin jedwabisty (silky shark)

W Sudanie miłośnicy nurkowania wrakowego zanurkują na jednym z najbardziej dostępnych i bezpiecznych wraków do nurkowania na świecie – Umbrii, czyli 150-metrowym statku cargo, który został zatopiony wraz z całym ładunkiem u wybrzeży Port Sudanu. Pasjonaci historii oceanów zwiedzą pozostałości bazy Jacques’a Cousteau – Conshelf II (inaczej Continental II), wybudowanej w celu prowadzenia badań nad egzystencją człowieka pod wodą. Romantycy obejrzą malowniczy zachód słońca z latarni morskiej Sanganeb, strzegącej trudnych, usianych rafami koralowymi szlaków żeglugowych Morza Czerwonego. A to wszystko w dobrym towarzystwie i przy dobrej zabawie, pod opieką doświadczonych przewodników i wspaniałej załogi statku MV Tala, bo właśnie na tym statku spędziliśmy jeden z najlepszych dotychczasowych wyjazdów nurkowych. Egipska firma Red Sea Explorers, która jako jedna z nielicznych organizuje nurkowania w Sudanie, to bez wątpienia strzał w dziesiątkę, jeśli chodzi o wybór oferty, organizację nurkowania, profesjonalizm, przygotowanie przewodników oraz komfort i bezpieczeństwo uczestników. W tym miejscu chciałam zaznaczyć, że nurkowanie w Sudanie wymaga pewnego poziomu doświadczenia. Rekomendowane minimum to Advanced Open Water Diver z 50 nurkowaniami i w moim odczuciu jest to absolutne minimum, żeby tam pojechać. Nurkowania są trudne – głębokie, nierzadko w silnym prądzie i bez punktów odniesienia, w toni. Uważam, że mniej doświadczeni nurkowie nie wykorzystają w pełni możliwości tego miejsca, a okazji powrotu w przyszłości może nie być.


Widok na rafę koralową z latarni morskiej Sanganeb

Jest jeszcze jeden aspekt, dlaczego nie warto zwlekać z nurkowaniem w Sudanie, jeśli jest ku temu okazja. Jak za chwilę przeczytacie, rejon Sudanu nie należy do najbardziej stabilnych politycznie regionów świata i nigdy nie wiadomo, kiedy wybuchnie tam kolejny konflikt. Dlatego też trzeba korzystać, póki się da i póki takie nurkowania są organizowane.

Czy wyjazd do Sudanu jest bezpieczny?

No właśnie, bezpieczeństwo. Kolejne pytanie, jakie nasuwa się na hasło „Sudan”, to czy wyjazd do tego kraju jest bezpieczny. Nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Bez wątpienia nie jest to typowa destynacja turystyczna i na próżno szukać tam wycieczek, hoteli lub czegokolwiek innego, co z turystyką jest związane. Wiem, że są ludzie, którzy podróżują po Sudanie, można zobaczyć tam starożytne ruiny, ale nie spodziewajcie się cudów po kraju, który do 2011 roku był w stanie wojny domowej. Miną lata, zanim gospodarka, infrastruktura i przemysł się rozwiną, nie mówiąc o turystyce. O ile w ogóle to nastąpi w tak niestabilnym politycznie regionie. Wybierając się jednak na safari nurkowe, nie mamy dużej styczności z tymi problemami. Safari organizowane jest przez egipską firmę, która ma w tym doświadczenie, jest zapewniony transport lotnisko – statek i z powrotem. Problem piractwa istnieje, jednak z moich rozmów z Sudańczykami przed wyjazdem dowiedziałam się, że dotyczy on głównie rogu Afryki (rejon Somalii) i ataki nie są z reguły skierowane na turystów.


sudan
Nabrzeże portu w Port Sudanie

Z największymi problemami politycznymi i gospodarczymi zmaga się głównie Sudan Południowy – najmłodsze państwo świata. W tym przypadku całkowicie wykluczone jest podróżowanie po jego terenie. A co na temat Sudanu uważa polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych?

„Ministerstwo Spraw Zagranicznych informuje, że w dniu 23 lutego 2019 r. został wprowadzony stan wyjątkowy. Należy spodziewać się wzmocnionych kontroli na ulicach oraz przy wejściach do budynków użyteczności publicznej. Władze mogą dokonywać aresztowań pod zarzutem zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa oraz ograniczać dostęp do zatrzymanych. W związku z tym zalecane jest unikanie zgromadzeń publicznych, stosowanie się do poleceń lokalnych władz i przestrzeganie godziny policyjnej na wyznaczonych obszarach. 

Ministerstwo Spraw Zagranicznych zwraca uwagę, że od grudnia 2018 r. w wielu miastach Sudanu, głównie w Chartumie i Omdurmanie, mają miejsce masowe demonstracje na tle politycznym i ekonomicznym, podczas których dochodzi do gwałtownych starć z policją, z użyciem ostrej amunicji – są także ofiary śmiertelne.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych odradza wszelkie podróże do następujących prowincji Sudanu:

  • Darfur Północny
  • Darfur Południowy
  • Darfur Zachodni
  • Kordofan Południowy
  • Biały Nil
  • Niebieski Nil
  • południowa część prowincji Kordofan Północny

Dodatkowo MSZ apeluje o rezygnację z wszelkich podróży do Parku Narodowego Dinder oraz obszaru Dżabal al-Uwajnat – w miejscach tych mogą operować lub ukrywać się uzbrojone bojówki.

Na pozostałe terytorium Sudanu, odradzamy podróże, które nie są konieczne.”

Źródło: https://www.gov.pl, stan na lipiec 2019


Nie brzmi zbyt optymistycznie, prawda? Ale tak jak pisałam wcześniej – wyjeżdżając na safari nurkowe nie mamy styczności z większością tych problemów, ponadto Port Sudan, z którego wypływają łodzie nurkowe i gdzie znajduje się międzynarodowy port – nie znajduje się z żadnym z wymienionych regionów.

Sprawę komplikuje jednak znalezienie odpowiedniego ubezpieczenia turystycznego. W większości popularnych firm ubezpieczeniowych, w tym np. karta Planeta Młodych, Sudan jest na liście krajów nieobjętych ubezpieczeniem. Niektóre firmy oferują rozszerzenie ubezpieczenia o strefy wojny, jednak cena takiego ubezpieczenia zbliżała się do połowy ceny całego wyjazdu. Finalnie do Sudanu pojechaliśmy z ubezpieczeniem nurkowym DAN Europe, które pokrywa wypadki nurkowe na całym świecie.

Jak informuje nas MSZ, od grudnia 2018 roku w Sudanie trwają zamieszki. Sankcje nałożone przez Stany Zjednoczone, zapaść gospodarcza, gwałtowny wzrost cen jedzenia, dewaluacja waluty, jak również przestępczość seksualna spowodowały, że ludzie, a w dużej mierze również kobiety, wyszli na ulice. Kulminacja zamieszek nastąpiła 2 dni po naszym wyjeździe z kraju, obalono prezydenta Omara al-Basir, a tymczasowe rządy przejęła Rada Wojskowa. Na kolejny tydzień skasowano wszystkie loty do i z Port Sudanu, a przestrzeń powietrzna została zamknięta. I chociaż nadal nie uważam tej sytuacji za bezpośrednie zagrożenie życia turysty lub tym bardziej nurka (o ile na własne życzenie nie znajdzie się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie), to sam fakt braku możliwości powrotu do domu z kraju, w którym panuje chaos, a wiza się kończy, jest mało komfortowy.


sudan

Czy nurkowanie w Sudanie jest bezpieczne?

Cóż, jest wiele wyzwań. Najbliższa komora dekompresyjna, która może być użyta w przypadku choroby kesonowej jest w oddalonym w linii prostej o 700 km Marsa Alam w Egipcie. Co prawda w Port Sudan znajduje się jedna komora, jednak ta jest przeznaczona dla pracowników platform wiertniczych i nie akceptuje pacjentów z zewnątrz. Mimo, że czytałam o przypadkach, w których po szeroko zakrojonej interwencji dyplomatycznej pacjenta wyjątkowo przyjmowano, na pewno nie jest to opcja, na której można polegać. Jak więc zadbać o swoje bezpieczeństwo? Nurkować z głową, w granicach własnych możliwości i w limitach mieszanki, którą oddychamy. Jechać na safari z dokładnie sprawdzoną, najlepiej z poleconą firmą. Podczas naszego safari stosowane były wydłużone przerwy powierzchniowe, monitorowano także czas i głębokość nurkowań uczestników. Statek wyposażony był w imponujący sprzęt medyczny.

Sprawy wizowo-paszportowe przed wyjazdem do Sudanu

Teraz porozmawiajmy o sprawach wizowo-paszportowych, bo właśnie ta kwestia, w mojej ocenie i moim odczuciu, spowodowała największe wątpliwości w tematyce bezpieczeństwa – ale bardziej bezpieczeństwa naszych paszportów niż nas samych. Oczywiście w Sudanie obowiązuje ruch wizowy, ale nie ma możliwości otrzymania wizy na granicy. O wizę należy ubiegać się z wyprzedzeniem w Ambasadzie Republiki Sudanu – dla Polski najbliższa znajduje się w Berlinie. Nie przerabialiśmy tego – wyjeżdżając na safari nurkowe sprawami wizowymi zajmuje się organizator rejsu i to jest zdecydowanie lepsza opcja, niż załatwianie tego samemu. Oni robią to co tydzień, więc zostawmy biurokrację specjalistom, a przynajmniej będzie wiadome, że dokument zostanie wydany na czas i nie będzie dodatkowych niespodzianek. Niespodzianka natomiast czeka na przylocie. Okazuje się, że każda wklejona do paszportu wiza powinna zostać zarejestrowana w Centralnym Urzędzie w … Chartumie.  Czas? 3 dni robocze, a my wypływamy kolejnego dnia. Okazuje się, że normalną praktyką jest zostawienie paszportu  agentowi na cały tydzień w celu rejestracji wizy i udanie się w rejs bez niego.  Nie muszę chyba mówić, że zostawienie komuś swojego paszportu w niestabilnym politycznie kraju na cały tydzień, z rozprzestrzeniającymi się zamieszkami nie jest najbardziej komfortową rzeczą jaką zrobiłam w życiu, ale wyjścia nie było. Wrócił cały i zdrowy, kilka godzin przed naszym wylotem z kraju.


sudan
Terminal lotniska w Port Sudanie

Jak zapewne się domyślacie, w Sudanie nie ma polskiej ambasady ani polskiego konsulatu, jest jedynie Konsulat Honorowy RP w Chartumie. Sudan podlega Wydziałowi Konsularnemu w Kairze w Egipcie, natomiast jako obywatele Unii Europejskiej w kraju trzecim, powinniśmy otrzymać potrzebną pomoc w każdej ambasadzie czy konsulacie kraju Unii Europejskiej, a tych w Sudanie jest sporo. Moja rada przed wyjazdem w takie miejsca – zapiszcie sobie numery telefonów i adresy najbliższych polskich lub europejskich ambasad czy konsulatów. Na jednej-dwóch kartkach, w dwóch różnych miejscach. Robię też zawsze screenshoota w telefonie ze wszystkimi ważnymi informacjami.


sudan

Jak dostać się do Sudanu?

Wszystkie safari nurkowe wyruszają z Port Sudanu, czyli miasta portowego u wybrzeża Morza Czerwonego. Obecnie loty do tego miejsca oferuje linia Flydubai (lot z Dubaju) oraz Saudia z Jeddah w Arabi Saudyjskiej. Pamiętajcie, że wszystkie te połączenia są zależne od aktualnej sytuacji politycznej w Sudanie i siatki połączeń przewoźnika. Nie przylecicie tutaj wyczarterowanym przez biuro podróży samolotem i chociaż całość safari organizuje firma nurkowa, na miejsce dostać się musicie sami.

To jest bezpiecznie, czy nie jest? Na to pytanie już każdy musi odpowiedzieć sobie sam, bo zależy to od Waszej strefy komfortu. Może na pierwszą podróż po Afryce nie wybierajcie włóczenia się po Sudanie, ale pamiętajcie też, że obecnie w akcie terroru można zginąć w każdej europejskiej stolicy…

Teraz trochę o organizacji samego nurkowania.

Tak jak pisałam wcześniej, nurkowanie z Red Sea Explorers jest przykładem profesjonalizmu i dobrej organizacji. MV Tala, nasz tymczasowy dom, to 37-metrowy statek nurkowy mogący pomieścić 22 nurków i 11 osób załogi, z trzeba pokładami i 11 klimatyzowanymi kabinami.  Wyposażenie nurkowe to nie tylko podstawowy sprzęt, ale również skutery, różne rozmiary butli czy możliwość doboru mieszkanki gazów. Statek spełni oczekiwania nie tylko nurków rekreacyjnych, ale również bardziej wymagających nurków technicznych. Każdy dzień na Tali mija zgodnie z bardzo lubianym przeze mnie schematem EAT- SLEEP – DIVE, czyli jedz, śpij, nurkuj. Nad ranem statek płynie w kolejne miejsce nurkowe, a już o 5:15 dzwonek budzi nurków na briefing, dokładne omówienie miejsca nurkowego, planu nurkowania, spodziewanych warunków oraz przygotowanie sprzętu. Około godziny 6:30 wszyscy są w wodzie, sprawnie zawiezieni do miejsca, w którym odbywa się nurkowanie przez 2 szybkie pontony (statek kotwiczy zazwyczaj na zewnątrz rafy). Po powrocie czeka na nas pyszne śniadanie przygotowane przez załogę i zasłużony odpoczynek. Przed południem kolejny dzwonek, oznaczający nic innego jak kolejny briefing i kolejne nurkowanie, zazwyczaj z innej strony rafy. Wracamy, jemy lunch i… znów odpoczywamy. Trzecie nurkowanie odbywa się tuż przed zachodem słońca lub w nocy i jest spokojniejsze, mniej wymagające i płytsze. I chyba nie muszę już dodawać, że po powrocie czeka na nas… kolacja 🙂 Tak spędzamy tydzień, codziennie nurkując w innym miejscu i w różnych warunkach.


sudan
Omówienie kolejnego miejsca nurkowego z niezastąpioną Carol

Mam nadzieję, że tym postem zachęciłam Was do wzięcia pod uwagę Sudanu w Waszych planach nurkowych, ale również przedstawiłam zagrożenia, z jakimi wiąże się wyjazd do tego kraju.

W kolejnym poście Przeczytacie więcej o niesamowitej florze i faunie Morza Czerwonego, opowiem Wam, dlaczego rekiny nas jednak nie zjadły i pokażę, jak nurkuje się w ładowni z 36 tysiącami bomb. I będzie więcej podwodnej fotografii. Pa!


sudan

[TANZANIA] Pemba – czy już nie ma dzikich plaż?


Trochę tytułem wstępu

Gdzie leży Pemba? Pewnie wielu z Was zadało sobie to samo pytanie po zobaczeniu tytułu tego posta. I wiecie co? Rok temu też nie miałam pojęcia, a wszystko zmieniło się, gdy zaczęliśmy planować wyjazd nurkowy. Opcji było mnóstwo – od tych bardzo popularnych jak Malediwy czy Zanzibar, po mniej oczywiste – jak na przykład Mozambik. Jak zwykle staraliśmy się znaleźć miejsce, w które dolecimy na naszych pracowniczych biletach i które jednocześnie nie będzie zbyt daleko od Dubaju – mieliśmy tym razem tylko tydzień wolnego. W tej sytuacji „zmarnowanie” nawet 2 dni w podróży nie wchodziło w grę, dlatego też na wstępie odpadły wymarzone przez nas Filipiny. Po wstępnych poszukiwaniach, wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały, że najsensowniejszą opcją będzie jednak Zanzibar. Ale jak to, Zanzibar? Tłumy turystów, dziesiątki resortów, dodatkowo na Zanzibar z Dubaju z łatwością można przylecieć na krócej. Wtedy wzięłam do ręki Dive Atlas of the World, czyli pięknie wydany album opisujący nurkowe destynacje, i znalazłam – Pembę i Mafię. Po krótkiej analizie dojazdowo-organizacyjno-nurkowej wybór padł właśnie na Pembę.



Trochę faktów

Pemba to koralowa wyspa leżąca 80 km na północ od Zanzibaru i w przeciwieństwie do niego – totalnie nieturystyczna i niepopularna. Jest dużo mniejsza – ma tylko 67 km długości i 985 km2 powierzchni. W przewodniku przeczytałam, że jest niezwykle zielona – pokryta lasami oraz plantacjami egzotycznych przypraw. Ale nie spodziewałam się tego, co zobaczyłam w rzeczywistości – tak żywej i soczystej zieleni nie widziałam nigdzie wcześniej, a zdjęcia, które zrobiłam na miejscu nie zostały poddane żadnej obróbce – po prostu nie było takiej potrzeby.  Nic więc dziwnego, że już arabscy kupcy docierający na wyspę już tysiące lat temu nazywali ją „El Huthera”, czyli „Zielona”.



Trochę historii

Podobnie jak na Zanzibar, przybysze, na początku głównie z Półwyspu Arabskiego, Mezopotamii i Egiptu, zaczęli docierać tutaj już przed naszą erą, a archipelag zanzibarskich wysp był dla nich bramą do Afryki. Jednak na Pembie wszystko działo się wolniej i później, a pierwsi omańscy kupcy zaczęli się osiedlać dopiero w XII w. – to 4 stulecia później niż na Zanzibarze. W tym samym czasie Stone Town (stolica Zanzibaru) była już dobrze prosperującą osadą i ważnym węzłem na szlakach handlowych Oceanu Indyjskiego. Pemba ze względu na położenie na uboczu głównego szlaku, często była świadkiem szmuglowania, idealnym miejscem schronienia dla ukrywających się statków, przestępców i nielegalnych handlarzy. Po przejęciu władzy nad całym Archipelagiem przez Portugalczyków w 1506 r., Pemba stała się ofiarą nowych najeźdźców – została splądrowana, a osady spalone. Dopiero w obawie przed Brytyjczykami, w 1594 r. wybudowano tutaj fort Chake Chake – dzisiejszą stolicę wyspy. Sto lat później na całym wschodnim wybrzeżu Afryki do władzy ponownie doszli omańscy Arabowie, sukcesywnie wypierając Portugalczyków, którzy finalnie opuścili Pembę w 1965 r. Nastąpiły czasy panowania sułtanów Omanu, rozwój handlu niewolnikami, o którym bardziej szczegółowo możecie przeczytać TUTAJ. Po jego ograniczeniu, a następnie zniesieniu w 1873 r., Pemba jeszcze długo była miejscem, gdzie z dala od oczu świata, niewolnikami handlowano w najlepsze. Po wielu politycznych i ekonomicznych zawirowaniach, o których nie chcę się tutaj szczegółowo rozpisywać, w 1891 r. protektorat nad Zanzibarem i Pembą przejęło Imperium Brytyjskie. Trwał on do 1963 r. Obecnie cały Archipelag należy do Tanzanii.


Trochę codziennego życia

Jak się tutaj żyje? Prosto, skromnie, w zgodzie z naturą. Na wyspie mieszka niewiele ponad 400 tys. ludzi, ale próżno szukać tu wielkich miast czy nawet czegoś na miarę Stone Town. Populacja jest rozproszona po małych wioskach, a największa miejscowość to Chake Chake – stolica wyspy. Mieszkańcy nadal żyją tu tak, jakby XXI w. nigdy nie nastał – w tradycyjnych domach budowanych z gliny, drewna i pokrytych strzechą. Co prawda coraz częściej spotkać można murowane domostwa, a strzechę, jak wszędzie w Afryce, wypiera blacha falista, jednak styl pozostaje taki sam.





Trochę flory

Głównym towarem eksportowym wyspy są goździki. To wszystko za sprawą sułtana Saida, który w XIX w. wydał rozkaz zasadzenia 3 drzew goździkowych na każdą przypadającą im palmę kokosową, próbując w tej sposób zwiększyć plantacje goździków (oraz swój dochód) na terytorium archipelagu. Ci, którzy nie wywiązali się z tego obowiązku, tracili swoje ziemie. Na wyspie uprawia się również kauczuk, na każdym kroku rosną bananowce, a mieszkańcy uprawiają pola. Występuje tu także pieprz, gałka muszkatołowa i cynamon – nie bez powodu cały archipelag nazywany jest „wyspami przypraw”



Kiedy przychodzi odpływ, na plażach spotkać można kobiety zbierające algi, które później są suszone i eksportowane do Europy, Chin i Japonii. Z nich robione są drogie kremy i inne kosmetyki, a także zagęszczacze i stabilizatory w produkcji żywności.  





Reszta owoców, jak np. awokado, papaja czy ananas, hodowana jest raczej na lokalny rynek. Ponadto występują tutaj również mniej znane nam owoce – breadfruit, custardfruit, tamarynd czy jackfruit (ich nazw polskich nie znalazłam, jeśli ktoś je zna, zapraszam do dzielenia się w komentarzach). Oprócz rolnictwa wyspa żyje z rybołówstwa – wypływając w morze na tradycyjnych łodziach dhow mężczyźni zaopatrują swoje rodziny i wioski. Spotykając ich kilkakrotnie wokół wyspy mieliśmy okazję przyjrzeć się z bliska ich łodziom – starym, drewnianym, nadgniłym, a mimo to nadal pokonującym dziesiątki mil w poszukiwaniu pożywienia. Byli bardzo towarzyscy – podczas naszych przerw powierzchniowych pomiędzy nurkowaniami na bezludnych plażach i małych wysepkach podpływali poprosić o ciepłą kawę i pokazać swoje zdobycze – ryby, piękne muszle, ślimaki. Na takich właśnie tradycyjnych łodziach odbywa się również regularny transport pomiędzy wyspami Zanzibaru – niestety od kilku lat przewóz turystów na dhow nie jest legalny.




Trochę turystyki

Mieszkańcy Pemby posługują się głównie językiem swahili i poza hotelami angielski nie jest tu powszechny. 99% ludności wyspy to muzułmanie i trzeba mieć to na uwadze planując swój ubiór. Zwłaszcza, że widok turysty nie jest tu powszechny – przeczytałam, że wyspę rocznie odwiedza mniej niż 10 tys. ludzi (dla porównania, Zanzibar obecnie odwiedza ok. 450 tys. turystów rocznie). Biorąc pod uwagę nasz tygodniowy pobyt na Pembie, nawet cyfrę 10 tys. uważam za mocno przesadzoną – w bazie nurkowej przez większość czasu byliśmy sami, a ostatecznie spotkaliśmy tylko jedną parę podróżników. Na wyspie znajduje się 10 hoteli, jednak baza noclegowa zaczyna się rozrastać – podobnie jak my, coraz więcej ludzi szuka czegoś innego niż zatłoczony Zanzibar i Pemba właśnie to oferuje. Puste plaże i jedne z najbogatszych i najzdrowszych raf koralowych na świecie sprawiają, że wyspa jest rajem dla miłośników podwodnego świata i właśnie dlatego tutaj trafiliśmy. I jestem bardzo szczęśliwa, że zrobiliśmy to właśnie teraz – obawiam się, że za 10-20 lat będzie to kolejny Zanzibar, w złym tego słowa znaczeniu. Póki co jest pięknie – nieskalana cywilizacją wyspa żyje własnym tempem, a garstka odwiedzających ją turystów, do której mieliśmy przywilej należeć, może jedynie stać z boku i podziwiać mały lokalny świat, których już tak mało w naszych czasach.



Trochę fauny

Wyspa zawsze była zalesiona i żyzna, jednak rolnictwo stopniowo karczowało lasy. W obecnych czasach jedynym nienaruszonym leśnym ekosystemem jest Ngezi Forest na północy wyspy. Gęsta puszcza, przez którą z trudnością przedzierają się promienie słońca jest domem m.in. dla koszkodanów czy bushbaby (pol. galagowate) – małych małpek, których krzyk do złudzenia przypomina płacz dziecka. Warto to wiedzieć, zanim rzucicie się w las na ratunek porzuconemu niemowlakowi. Zarówno rezerwat Ngezi Forest Reserve jak i Pemba Flying Fox Forest to miejsca, które możecie odwiedzić, szukając na wyspie innych zajęć niż nurkowanie. Zwłaszcza, że nie sposób być na Pembie i nie zobaczyć flying fox (pol. rudawka) – endemicznego, zagrożonego gatunku sporego nietoperza, którego nazwa nawiązuje do jego pomarańczowego futra i lisiej mordki. Te urocze zwierzęta żywią się miękkimi owocami i mogą ważyć nawet 1.5 kg. A nimi z kolei żywią się… lokalni mieszkańcy, którzy postrzegają mięso latających lisów jako rarytas. 



Trochę… magii

Nieszczególnie mnie to dziwi, skoro wyspiarze potrafią nawet… jeść dzieci. I zanim podejmiecie ostateczną decyzję o nieodwiedzaniu tego miejsca, pozwólcie mi wytłumaczyć, o co dokładnie chodzi. Otóż we wschodniej Afryce Pemba znana jest z naturalnej medycyny, uprawiania magii i praktykowania voodoo. I bynajmniej nie mówię tutaj o ciemnych czasach sprzed stuleci – przykłady uprawiania czarnoksięstwa wciąż są na porządku dziennym wśród lokalnej ludności. Kilka lat temu nagłośniono sytuację, że znachor – czarnoksiężnik zjadał dzieci w ramach swoich magicznych praktyk. Co prawda został ostatecznie aresztowany, ale nie zmieniło to faktu, że na Pembę nadal tłumie przybywają mieszkańcy Afryki w poszukiwaniu magicznych sposobów na zdrowie, szczęście i wszelkiego rodzaju powodzenie. Część z Was pewnie przerazi fakt, że w XXI w. wciąż takie rzeczy są możliwe. A części pewnie zaświecą się oczy i włączy wyobraźnia – a gdyby tak na własne oczy zobaczyć magiczne obrzędy? Niestety – tu Was zawiodę. Magiczne praktyki uprawiane są z dala od turystyki i postronnych osób, a nawet Europejczycy mieszkający na wyspie jedynie słyszą od czasu do czasu o tym procederze. Mieszkańcy natomiast zapytani o magiczne sprawy, tylko lekko się uśmiechają…



Trochę informacji praktycznych

Tak jak pisałam wcześniej, wyspa należy do Tanzanii i jest częścią Archipelagu Zanzibar. Urzędowym językiem jest swahili oraz angielski, waluta to szyling tanzański (TZS).

Dojazd/dolot

Na wyspę dostaniecie się z Zanzibaru lub Dar Es Saalam (Tanzania kontynentalna) lokalnymi liniami lotniczymi lub promem. Dokładne rozkłady oraz ceny znajdziecie na stronach internetowych poszczególnych przewoźników. Wśród linii lotniczych są to Auric Air, Coastal Aviation i Zan Air (loty z Dar Es Saalam przez Zanzibar) oraz Tropical Air (loty z Zanzibaru). Połączenie Zanzibar – Pemba to niecała godzina lotu. Jeśli chodzi o promy, to najpopularniejszym przewoźnikiem jest Azam Marine & Coastal Fast Ferries, a rejs Dar Es Saalam trwa 2 godziny.

My lecieliśmy z Zanzibaru linią Auric Air i nie mam jej absolutnie nic do zarzucenia (a na tym akurat się znam). Nie zdziwcie się jedynie jak będziecie jedynymi białymi w samolocie, karta pokładowa zostanie Wam wydrukowana na przypadkowej kartce, a tag bagażowy wypisany ręcznie. Witamy w Afryce!




Noclegi

Baza noclegowa jest uboga – 10 hoteli na całej wyspie sprawia, że wybór jest raczej wąski. Do opcji luksusowych należy Manta Resort na północy wyspy. To tutaj znajduje się sławny pokój… pod wodą. Za skromne 1700$ na noc, zostaniecie dostarczeni łódką na małą platformę niedaleko brzegu. Na poziomie wody czeka na Was łazienka oraz pokój dzienny, natomiast na noc zejdziecie po drabince do sypialni z widokiem na podwodny świat. Do dyspozycji gości jest sprzęt do snorkelingu, kolacja przypływa o wyznaczonej godzinie, a 24/7 niedaleko platformy przebywa stróż.



Bardziej przystępna opcja to na przykład Gecko Nature Lodge, gdzie mieści się centrum nurkowe Swahili Divers. Właśnie tę opcję wybraliśmy my i generalnie mogę polecić to miejsce. Pokoje dostępne są w dwóch opcjach – wspólnych dormitoriach lub osobnych bungalowach. Są czyste i zadbane, ale trzeba mieć na uwadze, że w takim miejscu jak Pemba natura dosłownie będzie się Wam wdzierała do łóżek. Nie jesteście w stanie zasnąć, jeśli w okolicy jest pająk, a na widok gekona krzyczycie wniebogłosy? Wtedy to miejsce zdecydowanie nie jest dla Was. Gdy ze zdziwieniem zapytaliśmy właścicielki, dlaczego zasuwka w łazience jest zarówno od strony wewnętrznej jak i pokoju, zostaliśmy poinformowani, że na noc lepiej ją zamykać. Dlaczego? Bo jak wpadnie do łazienki w nocy małpka, to przynajmniej nie przedostanie się do pokoju. Decydując się na nocleg w tym miejscu przygotujcie się również na brak ciepłej wody (chociaż właściciele obiecywali, że już niedługo będzie zapewniona), brak prądu w ciągu dnia (generatory pracowały od 18:00 do 08:00), brak Internetu. Wyżywienie było bardzo dobre i świeże, ale jednocześnie bardzo drogie – 20$ za posiłek w takim miejscu to stanowcza przesada. Niestety w okolicy nie ma innych opcji żywieniowych, chyba, że potraficie polować.

Jeśli chodzi o nurkowanie, o którym powstanie osobny post, to zazwyczaj kilka hoteli (w naszym przypadku dwa), korzystają z tej samej bazy nurkowej, a łódź nurkowa codziennie zabiera nurków z poszczególnych hoteli.




Planując urlop na Pembie dokładnie sprawdźcie porę roku i sezon. Ze względu na intensywne opady w okolicach kwietnia i maja, wiele resortów po prostu się zamyka.

Jeśli chodzi o dojazd do hotelu lub bazy nurkowej po wylądowaniu na wyspie – jest on zawsze zapewniany przez resort. Na wyspie nie ma komunikacji publicznej dla turystów, a ta lokalna kursuje pomiędzy większymi wioskami i raczej do hotelu Was nie zawiezie. Możecie jeszcze próbować dostać się w wyznaczone miejsce taksówką, o ile jakąś znajdziecie, dojdziecie do porozumienia z kierowcą, a on Was zrozumie.


Zakończenie

Na tym zakończę moje wrażenia z Pemby, która jest niewątpliwie jednym z piękniejszych miejsc, jakie odwiedziłam w życiu. Fakt, że nie ma tutaj turystów i naprawdę istnieją bezludne plaże z muszelkami większymi od moich dłoni zdecydowanie przemawia za planem powrotu tutaj w przyszłości. Ale wiecie, jak to jest z tymi powrotami w to samo miejsce – człowiek sobie obiecuje, że wróci, ale ostatecznie zawsze wybiera nową destynację. Wy też tak macie?

W kolejnym poście napiszę więcej o samym nurkowaniu na Pembie – z perspektywy nurka. O tym, jak było to zorganizowane, jakie zwierzęta można spotkać i dlaczego rafa koralowa na Pembie uważana jest za jedną z najpiękniejszych, najbogatszych i najzdrowszych na świecie. Do zobaczenia!