[SUDAN] Sudan – safari nurkowe. Organizacja i bezpieczeństwo.


Chyba najwyższa pora napisać coś o mojej podróży do Sudanu. Zacznę może od tego, o co najwięcej ludzi pyta, robiąc przy tym szerokie oczy – dlaczego Sudan? Kolejny raz na nasz wyjazd nurkowy wybraliśmy miejsce, które nie jest pełne turystów, w morzu nie pływa plastik, a na rafie nie ma kilkudziesięciu nurków z okolicznych hoteli. W zasadzie w ogóle nie ma nurków z hoteli – w Sudanie praktycznie nie istnieje infrastruktura turystyczna, a jedną możliwością, aby tu zanurkować jest wybranie opcji „liveaborad”, czyli nurkowania ze statku i mieszkania na nim. Na świecie nie ma już dużo takich miejsc, a tych, które się jeszcze zachowały – drastycznie ubywa. Rośnie populacja, rosną miasta, rośnie przemysł i rosną góry plastiku, więc jeśli mamy szansę odwiedzić te nieliczne, naturalne i dziewicze obszary naszej planety, trzeba robić to teraz. Za 10 lat może być już za późno. Ale to nie jedyny czynnik, który zdecydował o wyborze tego miejsca.


sudan

Dlaczego warto pojechać na safari nurkowe do Sudanu?

W Sudanie Morze Czerwone oferuje nam jedne z najlepszych miejsc nurkowych na świecie, ze zdrową rafą koralową, ciepłą wodą i wspaniałą widocznością. W okresie od marca do maja, kiedy sezon nurkowy jest w pełni, istnieje duże prawdopodobieństwo, że zanurkujemy z grupą rekinów młotów (hammerhead sharks), rekinami szarymi (grey sharks/silky sharks) czy białopłetwymi (whitetip sharks). I właśnie wokół tego, od pierwszego dnia, krążą rozmowy na statku, każdy z niecierpliwością czeka na zobaczenie swojego pierwszego rekina i cieszy się jak dziecko, gdy w trakcie nurkowania okazuje się, że te są dosłownie wszędzie i nie wiadomo, w którą stronę patrzeć. I chociaż spotkanie z tymi niesamowitymi zwierzętami w ich naturalnym środowisku w zupełności wystarczyłoby, aby każdy wrócił z Sudanu szczęśliwy, to nie koniec atrakcji.


sudan
Rekin jedwabisty (silky shark)

W Sudanie miłośnicy nurkowania wrakowego zanurkują na jednym z najbardziej dostępnych i bezpiecznych wraków do nurkowania na świecie – Umbrii, czyli 150-metrowym statku cargo, który został zatopiony wraz z całym ładunkiem u wybrzeży Port Sudanu. Pasjonaci historii oceanów zwiedzą pozostałości bazy Jacques’a Cousteau – Conshelf II (inaczej Continental II), wybudowanej w celu prowadzenia badań nad egzystencją człowieka pod wodą. Romantycy obejrzą malowniczy zachód słońca z latarni morskiej Sanganeb, strzegącej trudnych, usianych rafami koralowymi szlaków żeglugowych Morza Czerwonego. A to wszystko w dobrym towarzystwie i przy dobrej zabawie, pod opieką doświadczonych przewodników i wspaniałej załogi statku MV Tala, bo właśnie na tym statku spędziliśmy jeden z najlepszych dotychczasowych wyjazdów nurkowych. Egipska firma Red Sea Explorers, która jako jedna z nielicznych organizuje nurkowania w Sudanie, to bez wątpienia strzał w dziesiątkę, jeśli chodzi o wybór oferty, organizację nurkowania, profesjonalizm, przygotowanie przewodników oraz komfort i bezpieczeństwo uczestników. W tym miejscu chciałam zaznaczyć, że nurkowanie w Sudanie wymaga pewnego poziomu doświadczenia. Rekomendowane minimum to Advanced Open Water Diver z 50 nurkowaniami i w moim odczuciu jest to absolutne minimum, żeby tam pojechać. Nurkowania są trudne – głębokie, nierzadko w silnym prądzie i bez punktów odniesienia, w toni. Uważam, że mniej doświadczeni nurkowie nie wykorzystają w pełni możliwości tego miejsca, a okazji powrotu w przyszłości może nie być.


Widok na rafę koralową z latarni morskiej Sanganeb

Jest jeszcze jeden aspekt, dlaczego nie warto zwlekać z nurkowaniem w Sudanie, jeśli jest ku temu okazja. Jak za chwilę przeczytacie, rejon Sudanu nie należy do najbardziej stabilnych politycznie regionów świata i nigdy nie wiadomo, kiedy wybuchnie tam kolejny konflikt. Dlatego też trzeba korzystać, póki się da i póki takie nurkowania są organizowane.

Czy wyjazd do Sudanu jest bezpieczny?

No właśnie, bezpieczeństwo. Kolejne pytanie, jakie nasuwa się na hasło „Sudan”, to czy wyjazd do tego kraju jest bezpieczny. Nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Bez wątpienia nie jest to typowa destynacja turystyczna i na próżno szukać tam wycieczek, hoteli lub czegokolwiek innego, co z turystyką jest związane. Wiem, że są ludzie, którzy podróżują po Sudanie, można zobaczyć tam starożytne ruiny, ale nie spodziewajcie się cudów po kraju, który do 2011 roku był w stanie wojny domowej. Miną lata, zanim gospodarka, infrastruktura i przemysł się rozwiną, nie mówiąc o turystyce. O ile w ogóle to nastąpi w tak niestabilnym politycznie regionie. Wybierając się jednak na safari nurkowe, nie mamy dużej styczności z tymi problemami. Safari organizowane jest przez egipską firmę, która ma w tym doświadczenie, jest zapewniony transport lotnisko – statek i z powrotem. Problem piractwa istnieje, jednak z moich rozmów z Sudańczykami przed wyjazdem dowiedziałam się, że dotyczy on głównie rogu Afryki (rejon Somalii) i ataki nie są z reguły skierowane na turystów.


sudan
Nabrzeże portu w Port Sudanie

Z największymi problemami politycznymi i gospodarczymi zmaga się głównie Sudan Południowy – najmłodsze państwo świata. W tym przypadku całkowicie wykluczone jest podróżowanie po jego terenie. A co na temat Sudanu uważa polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych?

„Ministerstwo Spraw Zagranicznych informuje, że w dniu 23 lutego 2019 r. został wprowadzony stan wyjątkowy. Należy spodziewać się wzmocnionych kontroli na ulicach oraz przy wejściach do budynków użyteczności publicznej. Władze mogą dokonywać aresztowań pod zarzutem zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa oraz ograniczać dostęp do zatrzymanych. W związku z tym zalecane jest unikanie zgromadzeń publicznych, stosowanie się do poleceń lokalnych władz i przestrzeganie godziny policyjnej na wyznaczonych obszarach. 

Ministerstwo Spraw Zagranicznych zwraca uwagę, że od grudnia 2018 r. w wielu miastach Sudanu, głównie w Chartumie i Omdurmanie, mają miejsce masowe demonstracje na tle politycznym i ekonomicznym, podczas których dochodzi do gwałtownych starć z policją, z użyciem ostrej amunicji – są także ofiary śmiertelne.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych odradza wszelkie podróże do następujących prowincji Sudanu:

  • Darfur Północny
  • Darfur Południowy
  • Darfur Zachodni
  • Kordofan Południowy
  • Biały Nil
  • Niebieski Nil
  • południowa część prowincji Kordofan Północny

Dodatkowo MSZ apeluje o rezygnację z wszelkich podróży do Parku Narodowego Dinder oraz obszaru Dżabal al-Uwajnat – w miejscach tych mogą operować lub ukrywać się uzbrojone bojówki.

Na pozostałe terytorium Sudanu, odradzamy podróże, które nie są konieczne.”

Źródło: https://www.gov.pl, stan na lipiec 2019


Nie brzmi zbyt optymistycznie, prawda? Ale tak jak pisałam wcześniej – wyjeżdżając na safari nurkowe nie mamy styczności z większością tych problemów, ponadto Port Sudan, z którego wypływają łodzie nurkowe i gdzie znajduje się międzynarodowy port – nie znajduje się z żadnym z wymienionych regionów.

Sprawę komplikuje jednak znalezienie odpowiedniego ubezpieczenia turystycznego. W większości popularnych firm ubezpieczeniowych, w tym np. karta Planeta Młodych, Sudan jest na liście krajów nieobjętych ubezpieczeniem. Niektóre firmy oferują rozszerzenie ubezpieczenia o strefy wojny, jednak cena takiego ubezpieczenia zbliżała się do połowy ceny całego wyjazdu. Finalnie do Sudanu pojechaliśmy z ubezpieczeniem nurkowym DAN Europe, które pokrywa wypadki nurkowe na całym świecie.

Jak informuje nas MSZ, od grudnia 2018 roku w Sudanie trwają zamieszki. Sankcje nałożone przez Stany Zjednoczone, zapaść gospodarcza, gwałtowny wzrost cen jedzenia, dewaluacja waluty, jak również przestępczość seksualna spowodowały, że ludzie, a w dużej mierze również kobiety, wyszli na ulice. Kulminacja zamieszek nastąpiła 2 dni po naszym wyjeździe z kraju, obalono prezydenta Omara al-Basir, a tymczasowe rządy przejęła Rada Wojskowa. Na kolejny tydzień skasowano wszystkie loty do i z Port Sudanu, a przestrzeń powietrzna została zamknięta. I chociaż nadal nie uważam tej sytuacji za bezpośrednie zagrożenie życia turysty lub tym bardziej nurka (o ile na własne życzenie nie znajdzie się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie), to sam fakt braku możliwości powrotu do domu z kraju, w którym panuje chaos, a wiza się kończy, jest mało komfortowy.


sudan

Czy nurkowanie w Sudanie jest bezpieczne?

Cóż, jest wiele wyzwań. Najbliższa komora dekompresyjna, która może być użyta w przypadku choroby kesonowej jest w oddalonym w linii prostej o 700 km Marsa Alam w Egipcie. Co prawda w Port Sudan znajduje się jedna komora, jednak ta jest przeznaczona dla pracowników platform wiertniczych i nie akceptuje pacjentów z zewnątrz. Mimo, że czytałam o przypadkach, w których po szeroko zakrojonej interwencji dyplomatycznej pacjenta wyjątkowo przyjmowano, na pewno nie jest to opcja, na której można polegać. Jak więc zadbać o swoje bezpieczeństwo? Nurkować z głową, w granicach własnych możliwości i w limitach mieszanki, którą oddychamy. Jechać na safari z dokładnie sprawdzoną, najlepiej z poleconą firmą. Podczas naszego safari stosowane były wydłużone przerwy powierzchniowe, monitorowano także czas i głębokość nurkowań uczestników. Statek wyposażony był w imponujący sprzęt medyczny.

Sprawy wizowo-paszportowe przed wyjazdem do Sudanu

Teraz porozmawiajmy o sprawach wizowo-paszportowych, bo właśnie ta kwestia, w mojej ocenie i moim odczuciu, spowodowała największe wątpliwości w tematyce bezpieczeństwa – ale bardziej bezpieczeństwa naszych paszportów niż nas samych. Oczywiście w Sudanie obowiązuje ruch wizowy, ale nie ma możliwości otrzymania wizy na granicy. O wizę należy ubiegać się z wyprzedzeniem w Ambasadzie Republiki Sudanu – dla Polski najbliższa znajduje się w Berlinie. Nie przerabialiśmy tego – wyjeżdżając na safari nurkowe sprawami wizowymi zajmuje się organizator rejsu i to jest zdecydowanie lepsza opcja, niż załatwianie tego samemu. Oni robią to co tydzień, więc zostawmy biurokrację specjalistom, a przynajmniej będzie wiadome, że dokument zostanie wydany na czas i nie będzie dodatkowych niespodzianek. Niespodzianka natomiast czeka na przylocie. Okazuje się, że każda wklejona do paszportu wiza powinna zostać zarejestrowana w Centralnym Urzędzie w … Chartumie.  Czas? 3 dni robocze, a my wypływamy kolejnego dnia. Okazuje się, że normalną praktyką jest zostawienie paszportu  agentowi na cały tydzień w celu rejestracji wizy i udanie się w rejs bez niego.  Nie muszę chyba mówić, że zostawienie komuś swojego paszportu w niestabilnym politycznie kraju na cały tydzień, z rozprzestrzeniającymi się zamieszkami nie jest najbardziej komfortową rzeczą jaką zrobiłam w życiu, ale wyjścia nie było. Wrócił cały i zdrowy, kilka godzin przed naszym wylotem z kraju.


sudan
Terminal lotniska w Port Sudanie

Jak zapewne się domyślacie, w Sudanie nie ma polskiej ambasady ani polskiego konsulatu, jest jedynie Konsulat Honorowy RP w Chartumie. Sudan podlega Wydziałowi Konsularnemu w Kairze w Egipcie, natomiast jako obywatele Unii Europejskiej w kraju trzecim, powinniśmy otrzymać potrzebną pomoc w każdej ambasadzie czy konsulacie kraju Unii Europejskiej, a tych w Sudanie jest sporo. Moja rada przed wyjazdem w takie miejsca – zapiszcie sobie numery telefonów i adresy najbliższych polskich lub europejskich ambasad czy konsulatów. Na jednej-dwóch kartkach, w dwóch różnych miejscach. Robię też zawsze screenshoota w telefonie ze wszystkimi ważnymi informacjami.


sudan

Jak dostać się do Sudanu?

Wszystkie safari nurkowe wyruszają z Port Sudanu, czyli miasta portowego u wybrzeża Morza Czerwonego. Obecnie loty do tego miejsca oferuje linia Flydubai (lot z Dubaju) oraz Saudia z Jeddah w Arabi Saudyjskiej. Pamiętajcie, że wszystkie te połączenia są zależne od aktualnej sytuacji politycznej w Sudanie i siatki połączeń przewoźnika. Nie przylecicie tutaj wyczarterowanym przez biuro podróży samolotem i chociaż całość safari organizuje firma nurkowa, na miejsce dostać się musicie sami.

To jest bezpiecznie, czy nie jest? Na to pytanie już każdy musi odpowiedzieć sobie sam, bo zależy to od Waszej strefy komfortu. Może na pierwszą podróż po Afryce nie wybierajcie włóczenia się po Sudanie, ale pamiętajcie też, że obecnie w akcie terroru można zginąć w każdej europejskiej stolicy…

Teraz trochę o organizacji samego nurkowania.

Tak jak pisałam wcześniej, nurkowanie z Red Sea Explorers jest przykładem profesjonalizmu i dobrej organizacji. MV Tala, nasz tymczasowy dom, to 37-metrowy statek nurkowy mogący pomieścić 22 nurków i 11 osób załogi, z trzeba pokładami i 11 klimatyzowanymi kabinami.  Wyposażenie nurkowe to nie tylko podstawowy sprzęt, ale również skutery, różne rozmiary butli czy możliwość doboru mieszkanki gazów. Statek spełni oczekiwania nie tylko nurków rekreacyjnych, ale również bardziej wymagających nurków technicznych. Każdy dzień na Tali mija zgodnie z bardzo lubianym przeze mnie schematem EAT- SLEEP – DIVE, czyli jedz, śpij, nurkuj. Nad ranem statek płynie w kolejne miejsce nurkowe, a już o 5:15 dzwonek budzi nurków na briefing, dokładne omówienie miejsca nurkowego, planu nurkowania, spodziewanych warunków oraz przygotowanie sprzętu. Około godziny 6:30 wszyscy są w wodzie, sprawnie zawiezieni do miejsca, w którym odbywa się nurkowanie przez 2 szybkie pontony (statek kotwiczy zazwyczaj na zewnątrz rafy). Po powrocie czeka na nas pyszne śniadanie przygotowane przez załogę i zasłużony odpoczynek. Przed południem kolejny dzwonek, oznaczający nic innego jak kolejny briefing i kolejne nurkowanie, zazwyczaj z innej strony rafy. Wracamy, jemy lunch i… znów odpoczywamy. Trzecie nurkowanie odbywa się tuż przed zachodem słońca lub w nocy i jest spokojniejsze, mniej wymagające i płytsze. I chyba nie muszę już dodawać, że po powrocie czeka na nas… kolacja 🙂 Tak spędzamy tydzień, codziennie nurkując w innym miejscu i w różnych warunkach.


sudan
Omówienie kolejnego miejsca nurkowego z niezastąpioną Carol

Mam nadzieję, że tym postem zachęciłam Was do wzięcia pod uwagę Sudanu w Waszych planach nurkowych, ale również przedstawiłam zagrożenia, z jakimi wiąże się wyjazd do tego kraju.

W kolejnym poście Przeczytacie więcej o niesamowitej florze i faunie Morza Czerwonego, opowiem Wam, dlaczego rekiny nas jednak nie zjadły i pokażę, jak nurkuje się w ładowni z 36 tysiącami bomb. I będzie więcej podwodnej fotografii. Pa!


sudan
safari

Wielka Migracja Parzystokopytnych

W poprzednich postach: „Jak zorganizować safari, czyli jak zobaczyć Simbę” oraz „Oko w oko z Simbą”, wielokrotnie wspomniałam o zjawisku Wielkiej Migracji (ang. The Great Wildebeest Migration). Pora wyjaśnić co to takiego.



Wielka Migracja – gdzie migrują zwierzęta i po co?

W cyklu rocznym, blisko 2 miliony parzystokopytnych – przede wszystkim gnu, ale również zebr i antylop, wędruje przez Serengeti National Park w Tanzanii oraz Masai Mara National Reserve w Kenii, zgodnie z ruchem wskazówek zegara, w poszukiwaniu pożywienia i wody. Przemierzają około 3000 km w rytmie natury, pojawiając się tam, gdzie są życiodajne dla nich opady. Szacuje się, że około  250 000 osobników ginie rokrocznie, stając się ofiarami krokodyli, lwów, leopardów i innych drapieżników.



Antylopa gnu czy po prostu gnu?

A skoro już o gnu wspomniałam, to podzielę się z Wami moimi wątpliwościami odnośnie nazewnictwa tego zwierzęcia w języku polskim. Bardzo często można się spotkać z określeniem „antylopa gnu”, co na sam widok tego zwierzęcia wydaje się dość… dziwne. I faktycznie, systematyka to potwierdza – mimo, że oba ssaki pochodzą z rodziny wołowatych, to antylopa jest antylopą i posiada liczne gatunki (np. gazela), a gnu jest bawolcem. To dwie oddzielne podrodziny. Ja nie miałam Internetu na safari, żeby to sprawdzić, ale bardzo szybko z błędu wyprowadził mnie zdziwiony wzrok naszego przewodnika, gdy nazwałam gnu antylopą. Podróże kształcą.


Gnu – cud świata czy pokraka?

Mimo, że gnu nie wygląda zbyt urodziwie, nie jest zwykłym zwierzęciem. Lokalni mieszkańcy Afryki uważają je poniekąd za cud świata, dlatego, że wg nich gnu to połączenie 5 innych zwierząt: hieny (grzbiet i zadek, także porusza się jak hiena), konia (grzywa i ogon), osiołka (brzuch), bawoła (rogi) i… pasikonika (głowa, pysk). I faktycznie, gnu z bliska wygląda jak… nie do końca udana składanka tych zwierząt, może jedynie z tym pasikonikiem ktoś lekko przesadził. Dodatkowo przez obniżony zadek i wysoki grzbiet, zwierzę dość śmiesznie się porusza.



Wielka Migracja – przeprawa przez rzekę tysięcy gnu

Najbardziej oczekiwanym momentem podczas Wielkiej Migracji jest przejście zwierząt przez rzekę. Oczekiwanym dla nas, obserwatorów, bo dla gnu jest to najniebezpieczniejszy moment, w którym wielokrotnie tracą życie. Dwie największe rzeki, przeprawy przez które, wielokrotnie wcześniej widziałam na ujęciach w National Geographic, to Grumeti River w Tanzanii i Mara River w Kenii, obie zaznaczone orientacyjnie na mapie poniżej. Co się wtedy dzieje? Gnu atakowane są przez czające się z rzekach krokodyle i można być świadkiem krwawej potyczki spanikowanego stada z głodnymi gadami. Na lądzie gnu też nie mogą czuć się bezpiecznie – tutaj są dobrym pożywieniem dla drapieżników zamieszkujących sawannę. Na filmie poniżej możecie zobaczyć lwa czającego się na gnu, który wywołał popłoch w stadzie. Ostatecznie nie zaatakował – gnu w porę go zauważyły, więc były czujne. Ponadto lwy wolą atakować stadem.



Stado przeprawia się przez rzekę w konkretnych miejscach – przez lata wydeptanych zejściach i wyjściach z wody, gdzie nie ma roślinności, a całe przejście jest jak najkrótsze. Jako, że przejście przez rzekę nie należy do najłatwiejszych, gnu odkładają ten moment w czasie. Gdy zabraknie pożywienia, gdy są nawoływane przez stada, które już rzekę przeszły oraz gdy znajdzie się odważny osobnik, który przejście zainicjuje – stado rusza. Po raz kolejny podczas naszego safari mieliśmy niewiarygodnie szczęście – przyjeżdżając do jednego z miejsc, w którym gnu przechodzą przez Mara River, zastaliśmy całe stado, szykujące się do przeprawy. Zaparkowaliśmy zupełnie z boku, by ich nie płoszyć. Teraz trzeba tylko poczekać!



I nie przeszły. Zgadniecie dlaczego? Po kilku minutach wieść się rozniosła, zjechały się samochody – nie kilka, czy kilkanaście, a kilkadziesiąt, zastawiły cały brzeg rzeki, więc zwierzęta zwyczajnie nie miały którędy wyjść z wody. Jako, że głupie nie są, odsunęły się od brzegu, i z tego co się dowiedzieliśmy dnia kolejnego, przeszły przez rzekę około 3.00 w nocy.



Co fascynuje w oglądaniu Wielkiej Migracji?

Zastanawialiście się dlaczego oglądanie Wielkiej Migracji, bardzo często podążanie za nią, tak pociąga ludzi? Czy chodzi o obserwację natury, czy może hipnotyzująca jest ilość zwierząt? A może po prostu chodzi o żądzę krwi? Gdy o tym myślę, nie potrafię sobie odpowiedzieć na pytanie, co mnie osobiście zafascynowało w Wielkiej Migracji. Bo nie jestem osobą lubiącą oglądać rozlew krwi,  a czekałam z niecierpliwością kiedy lew zaatakuje. Bo tysiące pasącego się bydła nie jest estetyczne, a stałam tam godzinami, nie mogąc się napatrzeć. Bo mimo, że traktowałam to jako dodatek do safari, nie mogę sobie teraz wyobrazić safari bez Wielkiej Migracji.

Jedyna odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy, to że jest coś magicznego w byciu tak blisko, tak wielkiej i wspaniałej natury, bez ekranu telewizora dzielącego mnie od niej podczas oglądania programów przyrodniczych.



Jak więc zaplanować Safari, żeby Wielką Migrację zobaczyć?

Wielka Migracja zawsze gdzieś jest, więc po prostu trzeba znaleźć się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. W tym celu pomocna będzie Mapa Wielkiej Migracji poniżej, która orientacyjnie przedstawia wędrówkę stada przez Tanzanię i Kenię. Orientacyjnie, bo trzeba pamiętać, że natura nie funkcjonuje według naszego zegarka i zwierzęta pójdą tam, gdzie jest woda, a co za tym idzie – pożywienie. Jesteśmy najlepszym przykładem nieprzewidywalności Wielkiej Migracji – jadąc na safari do Rezerwatu Masai Mara pod koniec lipca, w zasadzie nie było szans na zobaczenie gnu – to około 2-3 tygodnie za wcześnie na ten rejon. Wszystkie informacje, jakie zdobyłam wcześniej, zarówno z Internetu jak i od kenijskich znajomych, tylko to potwierdziły. Trudno… Tymczasem już pierwszego wieczora w obozowisku dowiedzieliśmy się, że w tym roku, jak na porę suchą, jest wyjątkowo dużo opadów i Wielka Migracja zawitała do Masai Mara wcześniej.



Trochę precyzyjniej określić można położenie Wielkiej Migracji za pomocą strony internetowej HerdTracker, czyli bieżącej pozycji stada, uaktualnianej przez internautów. O ile nie będzie to pomocne w planowaniu wyjazdu z długim wyprzedzeniem, o tyle na miejscu można z tego korzystać. Jeżeli jedziecie na safari głównie w celu zobaczenia Wielkiej Migracji, rozważcie opcje safari skrojone pod ten cel oraz tzw. campy mobilne – czyli obozowiska podążające za stadem. Takie safari trwa zazwyczaj od 7 dni do 2 tygodni, obozowiska przenoszone są co około 2-3 dni w zależności od ruchu stada i wbrew pozorom nawet tutaj można znaleźć luksusowe opcje.


Idąc dalej – jeżeli chcecie zobaczyć słynne przeprawy przez rzeki – sugeruję park Masai Mara w Kenii w sierpniu (tutaj płynie rzeka Mara) oraz centralne Serengeti w okolicach maja-czerwca (Grumeti River). Z mojego doświadczenia wiem, że firmy organizujące safari są bardzo pomocne w tym temacie – doradzą Wam, kiedy przyjechać, zaoferują kilka opcji noclegu i określą szanse na zobaczenie Wielkiej Migracji. Pamiętajcie – za Wielką Migracją, szczególnie w rejonach rzek, podąża bardzo dużo turystów. Im wcześniej zarezerwujecie Wasze safari, tym większy wybór będziecie mieli jeśli chodzi o nocleg czy firmę.


Wszystkie inne kwestie odnośnie organizacji safari znajdziecie w poście „Jak zobaczyć Simbę”, tutaj zawarłam tylko różnice w planowaniu safari pod kątem Wielkiej Migracji. Ja natomiast uważam, że z łatwością można połączyć standardowe safari z oglądaniem Wielkiej Migracji, nie ma potrzeby tych wyjazdów rozdzielać. Podczas naszych 4 dni, widzieliśmy zarówno dzikie koty, żyrafy, słonie czy hipopotamy, jak i dziesiątki tysięcy stad gnu ciągnących się po horyzont. Dodatkowo przejście Wielkiej Migracji ułatwia poszukiwanie innych zwierząt – gdy gnu wypasą trawę, łatwiej jest wytropić lwa.


Mam nadzieję, że ten post rozszerzył Waszą wiedzę na temat Wielkiej Migracji oraz, że będziecie już wiedzieć jak zorganizować wyjazd, aby zobaczyć to niesamowite zjawisko. Bo na prawdę warto!



Dzięki, że dobrnęliście do końca. Pytania kierujcie w komentarzach, zapraszam również do dzielenia się Waszymi doświadczeniami i radami, które z pewnością pomogą innym podróżnikom.

Jeśli spodobał się Wam ten tekst, możecie go polubić i udostępnić!
I zapraszam do lektury kolejnych, odnośniki znajdziecie poniżej 🙂

Aby być na bieżąco z nowymi publikacjami i podróżami, zapraszam do śledzenia:

-> profilu na fb: @whereverigo.pl

-> oraz instagramie: @whereverigopl

safari

Oko w oko z Simbą – safari w Kenii

Skoro już zaplanowaliśmy nasze safari w Kenii, nie pozostaje nic innego, jak się spakować i wyruszyć.

Nasza przygoda zaczęła się już na lotnisku, kiedy okazało się, że samolot nas nie zabierze. Niestety podróżując na biletach pracowniczych, lecimy tylko wtedy, kiedy jest wolne miejsce. W zamian za nieprzewidywalność podróży dostajemy tani bilet. Uczciwe. Oczywiście mamy możliwość sprawdzenia przed zakupem biletu jakie są szanse, że się uda, ale sytuacja zmienia się dynamicznie i niestety czasem zdarza się, że nie lecimy. Na szczęście udało się nam zdobyć 2 ostatnie miejsca na kolejny lot i z 5-godzinnym opóźnieniem dotarliśmy do Nairobi. W tym miejscu potwierdziła się słuszność wyboru safari prywatnego – kierowca czekał na nas, poinformowany o naszym opóźnieniu i po prostu wyruszyliśmy później. Gdybyśmy jechali z grupą – stracilibyśmy cały wyjazd i zaliczkę. Szybko ustaliliśmy, że w zamian za stracony popołudniowy wjazd do parku, safari kolejnego dnia zostanie zamienione na całodzienne, zamiast dwóch krótszych.


Afrykańskie drogi i dojazd na safari w Kenii

Ale to nie koniec podróży. Przed nami była jeszcze około 5-godzinna droga samochodem do rezerwatu Masai Mara – około 250 km. W praktyce wyszło chyba 7 godzin, ale ze względu na nieprzespaną noc i kosmiczne zmęczenie, straciłam poczucie czasu. Bardzo dużo dróg w Kenii jest aktualnie w remoncie, odbywa się ruch wahadłowy i niestety nie da się tego w żaden sposób ominąć, tak więc odstaliśmy swoje. Z tego co mówił kierowca, 7 godzin to nie był wcale najgorszy wynik.

Początkowo jakość dróg zaskoczyła nas pozytywnie. Nie licząc nieoznaczonych chopek, których nie widział również kierowca, jechało się całkiem wygodnie i komfortowo. Aż droga asfaltowa się skończyła jakąś godzinę przed naszym celem i wjechaliśmy na prawdziwe gruntowe, czerwone afrykańskie drogi, z których wystawało mnóstwo kamieni. Nasz przewodnik kierował się jedną zasadą – im szybciej przez nie przejedziesz, tym mniej poczujesz. Nie jestem pewna słuszności tej teorii, ale nie zmienia to faktu, że ostatnią godzinę spędziliśmy latając po samochodzie jak dwa worki ziemniaków. Jeśli ktoś ma chorobę lokomocyjną – zdecydowanie nie polecam.


Masajowie – autochtoniczne afrykańskie plemię

Bardzo ciekawą rzeczą, którą zobaczyliśmy w trakcie podróży, był ogromny masajski targ. Co wtorek i sobotę Masajowie przynoszą tam wszystko, co wytworzą – od produktów spożywczych, po skóry, ubrania, przedmioty użytku codziennego i ozdoby. Ogromny plac zalany jest tysiącami osób w kolorowych tradycyjnych chustach i bynajmniej nikt nie przejmuje się ruchem samochodów. Niestety zatrzymanie się nie wchodziło w grę, więc nie udało mi się zrobić zdjęcia. Masajowie to jedno z autochtonicznych plemion żyjących w tej części Afryki. Jako jedno z nielicznych nadal kultywuje swoje stare tradycje, mimo usilnych prób rządu kenijskiego do ich zaniechania. To, co mnie uderzyło, gdy pierwszy raz ich zobaczyłam, to to, że mimo braku wygód, udogodnień i ciężkiego klimatu, nie żyją w ubóstwie, są czyści, ich chusty wyglądają tak, jakby właśnie wróciły z pralni, a na ich małych posesjach jest zawsze posprzątane. Wielokrotnie zwracałam uwagę na kobiety, zamiatające wokół blaszanego baraku, który jest ich domem, z taką dbałością, której chciałabym się od nich nauczyć. Nie żebrzą i nie wykorzystują do pracy dzieci, z czym spotkałam się na przykład w Jordanii. Dzieci chodzą do szkoły, na porządku dziennym widać autobusy szkolne zbierające dzieci z wiosek i zawożące je do szkół w okolicy, których było co najmniej kilka. Nie mają nic, ale mają wszystko. Jestem w 100% pewna, że są bardziej szczęśliwi, niż wielu z nas. Mówi się, że podróże kształcą. Ja uważam dodatkowo, że uczą nas doceniać i cieszyć się z tego co mamy.

Wracając do faktów. Ubierają się bardzo kolorowo, a z tego co zauważyłam, najbardziej lubią kolor czerwony. Kobiety noszą mnóstwo ozdób, które własnoręcznie robią, wśród mężczyzn wciąż żywa jest tradycja przekłuwania i rozciągania uszu dużymi ozdobami. Są szczupli i wysocy. Bardzo ciekawa jest ich dieta – żywią się wyłącznie mięsem i produktami pochodzenia mlecznego, nie jedzą warzyw i owoców i są zdrowi, bardzo sprawni i długowieczni. Nie polują i nigdy nie polowali na duże zwierzęta, hodują bydło, barany i kozy. Są bardzo gościnni, a kobieta, od której coś kupiliśmy, nie pozwoliła nam zanieść tego do samochodu, tylko sama to zrobiła. Gość w domu jest najważniejszy. Trochę mnie dziwi, że nadal z szacunkiem traktują białego człowieka, po tym co tam zrobił. Ale może i tego powinnam się od nich nauczyć.



Dojechaliśmy, mimo, że końcówka drogi była naprawdę zła. Okazało się, że nasze obozowisko (Wajee Mara Camp) jest dość… oddalone od innych, popularniejszych i większych, ale prawdopodobnie tylko tam były dostępne noclegi z tak małym wyprzedzeniem. Ponadto znajduje się nie w parku, a w ścisłym rezerwacie przylegającym do parku, więc niestety nie można poprawić drogi dojazdowej.

Jak to w Afryce, spotkaliśmy się z niezwykłą gościnnością gospodarzy obozowiska. We wcześniejszym wpisie wspominałam, że noc na sawannie jest ciekawym przeżyciem. Dzieje się tutaj całkiem sporo i trudno zmrużyć oczy słysząc łamanie gałęzi gdzieś w pobliżu. Pamiętacie charakterystyczny chichot hien w Królu Lwie? Byłam przekonana, że to małpy czy pawiany, dopóki ktoś mnie rano nie uświadomił, że to właśnie hieny. Mimo wszystko, obozowisko było bardzo bezpieczne – cały teren otoczony był fosą i wysokim płotem, palił się ogień. Z tego, co zauważyłam, w nocy pracownicy z latarkami kilkukrotnie robili obchód obozu.


Safari – jak znaleźć zwierzęta?

I wreszcie zaczynamy właściwe safari! Wczesna pobudka i intensywny dzień przed nami. Kilka minut na dojazd do parku (z przeprawieniem się przez rzekę włącznie, bo nasz kierowca nie może przecież jechać normalnie) i jesteśmy.

I od razu zagadka numer 1: Jak znaleźć leoparda na sawannie? W Rezerwacie Masai Mara żyje ich tylko 47, z czego większość przebywa w ścisłych rezerwatach lub prywatnych częściach parku, do których dostęp jest bardzo utrudniony lub niemożliwy. Te dzikie koty spędzają większość dnia w buszu lub w koronach drzew. Dodatkowo afrykańskie leopardy mają jasno-brązowe ubarwienie, świetnie się kamuflują, więc zadanie nie jest łatwe. Podpowiedź? Znajdź hienę. Brzmi dziwnie? Nic z tych rzeczy. Oto jak nasz przewodnik wywnioskował gdzie jest leopard. Najpierw zauważyliśmy hienę pod drzewem. Skoro hiena jest pod drzewem, na drzewie musi być padlina. Bingo! Podjeżdżając bliżej, na drzewie zobaczyliśmy zwłoki antylopy. Idźmy dalej tym tropem – skoro antylopa jest na drzewie, ktoś ją musiał tam wywlec. Kto może to zrobić? Leopard! Okazuje się, że leopard może wciągnąć na drzewo ciężar 3 razy większy od siebie. Świeża antylopa na drzewie równa się leopard w pobliżu, tak więc zaparkowaliśmy samochód przy najbliższych krzakach i rozpoczęliśmy trening cierpliwości. Byłam zaskoczona tym, jak bardzo przewodnik był pewien, że leopard kryje się właśnie tam – przecież on mógł sobie pójść gdziekolwiek! Dołączyło do nas więcej samochodów i oto, po kilkunastu dłużących się minutach, z buszu leniwie wyłonił się leopard, przeszedł przez wysoką trawę i… schował się znowu. Widzieliśmy! I to był pierwszy i ostatni raz, kiedy udało nam się go zobaczyć. Na zdjęciu poniżej widać nogi antylopy zwisające bezwładnie z drzewa.



Wracając do hien. Wszyscy wiemy, że hieny są padlinożercami, ale wbrew pozorom nie jest im trudno zdobyć pokarm. Dzięki swoim niesamowicie mocnym szczękom, mogą być pewne, że to, co trafi w ich paszczę, trafi za chwilę do ich brzucha. A ta „padlina” czasem się wyrywa, bo okazuje się, że hieny bardzo często atakują jeszcze żyjące, ale chore czy zranione zwierzęta. Jak to gnu na zdjęciu poniżej, które spotkaliśmy na środku drogi dnia następnego. Ze świeżo wyrwanym rogiem, zakrwawione po walce, zostało jeszcze prawdopodobnie zaatakowane przez stado hien i konało na drodze. Gnu, które jest raczej płochliwym zwierzęciem, nie zwracało uwagi na samochody czy ludzi. Smutny widok.



Ale o gnu i Wielkiej Migracji, którą zupełnie przypadkiem udało się nam zobaczyć, możecie przeczytać TUTAJ, tymczasem my znowu wracamy do hien. Hieny żyją w tzw. klanach, zazwyczaj liczących kilka-kilkanaście osobników. Dnie spędzają w cieniu, żerują głównie nocami. I wyglądają dużo sympatyczniej niż te w „Królu Lwie”.



Kolejne dzikie koty, jakie udało nam się zobaczyć to gepardy – najszybsze zwierzęta na ziemi. Pierwszego dnia wylegiwały się w cieniu, pięciu braci, żyjących razem w stadzie. Dlaczego tylko braci? U samicy geparda zazwyczaj tylko jedna płeć przeżywa poród, w tym przypadku silniejsi byli mężczyźni (to jest informacja od przewodnika, nie udało mi się nigdzie tego potwierdzić). Gepardy pokonują bardzo duże odległości – drugiego dnia spotkaliśmy to samo stado 30 km dalej, ale tym razem była ich tylko trójka. W stadach składających się tylko z męskich osobników, często pojawiają się nieporozumienia wynikające z chęci dominacji i bycia samcem alfa i – gepardy się rozdzielają. Po to, aby za kilka dni zrozumieć, że w kupie raźniej i połączyć się znowu. Są przyjacielskie – często podchodzą do samochodów i się łaszą, nie atakują (polecam obejrzeć filmiki na YouTube). Co nie znaczy, że należy je miziać za uchem. Nie należy.



Spotkanie z Królem Lwem

I przyszedł długo wyczekiwany moment – oko w oko z Królem Zwierząt, który akurat nie przyjmował gości, bo ucinał sobie popołudniową drzemkę. Niestety, nie wszyscy potrafili to uszanować i właśnie w tym punkcie, safari w takim wydaniu przestało mi się podobać. Samochody podjechały bardzo blisko drzewa pod którym leżał lew, łamiąc reguły parku zabraniające zjeżdżania z wyznaczonych dróg. Jakby tego było mało, ktoś stwierdził, że zdjęcie leżącego lwa nie jest tak fajne jak zdjęcie stojącego, zdenerwowanego lwa i… postanowił na niego zatrąbić. Lew wstał, zaczął odchodzić w przeciwnym kierunku szukając świętego spokoju, więc żądni atrakcji turyści otoczyli go samochodami tak, że ten nie miał gdzie przejść.



Obserwowaliśmy całą sytuację z drogi, przewodnik od razu zauważył, że lew wygląda na zdenerwowanego – trudno mu się zresztą dziwić. Nie wiadomo, jak rozwinęłaby się ta sytuacja, gdyby nie wcześniejsze trąbienie, które zaalarmowało strażników parku. Zjawili się natychmiast. Mandat – 200$ dla każdego samochodu, który był poza drogą. Według mnie o kolejne 200$ za mało. Dodam, że po obiedzie spokojnie wróciliśmy w to samo miejsce, sami, lew leżał pod drzewem, zrobiłam zdjęcie w żaden sposób mu nie przeszkadzając i odjechaliśmy. Pamiętajcie – to Wy jesteście gośćmi w parku. Przestrzegajcie jego reguł, bo zwierzęta mają prawo do normalnego, niezakłóconego życia. Stresowanie ich wpływa m.in. na ich zdolność rozmnażania się i może się okazać, że za 10-20 lat nie będzie już czego oglądać. Czy na pewno jedno dobre zdjęcie jest tego warte?



Wielka Piątka Afryki (The Big Five of Africa)

A skoro przy lwie jesteśmy, to warto zaznaczyć, że należy on do tzw. Wielkiej Piątki Afryki (ang. The Big Five of Africa). Wielką Piątką nazywamy 5 zwierząt – lwa, bawoła, hipopotama, nosorożca i słonia. W wielu źródłach można spotykać się też z zaliczaniem do tej grupy leoparda. Dlaczego taka nazwa? Bynajmniej nie dlatego, że są wielkie, chociaż to też. Otóż w czasach kolonialnych, gdy biały człowiek wymyślił sobie sport polegający na zabijaniu niewinnych zwierząt w ich naturalnym środowisku dla zabawy, nie zawsze przychodziło mu to łatwo. Wymienione zwierzęta charakteryzowały się tym, że ranne, postrzelone i słabe, nadal walczyły, broniły się i atakowały. Człowiek nazwał je wielkimi, a ich wielkość polegała na niezłomności i walce o życie do końca.



Najsilniejszy z nich był i jest nadal hipopotam. Te na pierwszy rzut oka niezdarne, ociężałe i sympatyczne ssaki są agresywne i bardzo szybkie. W naturalnym środowisku ich jedynym przeciwnikiem jest stado lwów, bo jeden lew nie wystarczy. Ale i one nie atakują hipopotamów często – mają wystarczająco dużo łatwiejszej zdobyczy, np. gnu czy antylop. Podobnie jest z krokodylami – te, jeśli w ogóle, atakują tylko małe hipopotamy. Tak więc te ogromne zwierzęta wylegują się całymi dniami w korytach rzek, czasem leniwie wchodząc do wody się schłodzić i zanurkować. Różowe szramy na ciele to nie ślady walki – są to oparzenia słoneczne, które goją się po wejściu do wody. Nocami hipopotamy żerują. Wychodzą na brzeg (wtedy najczęściej są atakowane przez stada lwów), aby zjeść kolację składającą się z 250-300 kg trawy i roślin. Ich szczęka nie ma limitu rozwierania – spróbujcie zobaczyć jak hipopotam ziewa! Przed hipopotamem nie da się uciec, co jakiś czas słyszy się, że turysta w trakcie safari został zaatakowany przez hipopotama i zginął. Ale wychodząc z samochodu i zbliżając się do jednego z najbardziej niebezpiecznych zwierząt na ziemi, musicie liczyć się z tym, że selekcja naturalna zadziała.



Kolejnym równie niebezpiecznym zwierzęciem należącym do Wielkiej Piątki jest słoń. Te afrykańskie są dużo większe od indyjskich, które mieliśmy okazję oglądać na Sri Lance. Największe osobniki ważą do 5.8t i żyją do 80 lat. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć prawdopodobnie jednego z największych i najstarszych słoni w parku, który trzepocząc uszami, subtelnie zakomunikował nam, żebyśmy zjechali mu z drogi. Pamiętajcie – słoń trzepoczący uszami wcale się nie wachluje – to sygnał ostrzegawczy, wyrażający zniecierpliwienie, zdenerwowanie.



Byliśmy dość zaskoczeni małą liczbą słoni podczas całego safari, ale przewodnik szybko rozwikłał zagadkę. Podczas Wielkiej Migracji, tysiące gnu pasie się na sawannie, a słoniom zwyczajnie przeszkadza ich smród i wszechobecne muchy. Przemieszczają się wtedy w inne rejony lub ukrywają w krzakach.

Samce słonia czasami żyją samotnie. To słonie, które zostały wypędzone ze stada za seksualne napastowanie innych słonic, podczas gdy żona jest w połogu. Dokładnie taką sytuację widzieliśmy na Sri Lance. Mimo wątpliwej moralności tych czynów, słonie uchodzą za bardzo uczuciowe zwierzęta, mają również wysoki poziom inteligencji. Są pamiętliwe, rozpaczają po zmarłych. Widząc, że słoń zginął i że nie była to śmierć naturalna, bronią jego zwłok. Na koniec odpowiedzmy sobie na najważniejsze pytanie – po co słoniowi trąba? Oprócz oczywistych zastosowań jak trąbienie, oddychanie, jedzenie czy picie, słonie używają jej także do kopania nią dziur, uzyskując w ten sposób dostęp do chłodniejszej gleby w upalne dni.


W Rezerwacie Masai Mara żyje bardzo dużo żyraf. Mogłabym napisać, że żyrafy mają długą szyję, ale podzielę się z Wami inną równie interesującą ciekawostką. Otóż żyrafy chodzą do wodopoju zawsze we dwie (prawie jak koleżanki do toalety). Robią to w celach asekuracyjnych, bo z powodu długiej szyi, żyrafa pochylając się może ścisnąć sobie tętnicę i zablokować dopływ krwi do mózgu, a co za tym idzie, stracić równowagę i upaść. Wtedy pomaga jej druga żyrafa, podtrzymuje jej szyję, aby ta wróciła do pionowej pozycji i aby dopływ krwi był możliwy. Później następuje zamiana.



Jedynym zwierzęciem, z „Wielkiej Piątki”, którego nie udało nam się zobaczyć, był nosorożec. Szanse od początku były niewielkie, żyje ich tutaj bardzo mało i trudno je wypatrzyć w zaroślach. Dodatkowo te osobniki mieszkają w części parku, do której dostęp jest regulowany i mieliśmy tylko godzinę na poszukiwania. Jeśli ktoś z Was jest szczególnym fanem tych zwierząt, polecam safari z w Lake Nakuru National Park – bardzo popularnym jednodniowym przystanku w drodze z Nairobi do Masai Mara, dodatkowo miejsce słynie z tysięcy flamingów zamieszkujących tereny nad jeziorem.


Safari w Kenii o wschodzie słońca

Ostatniego dnia w planie było safari o wschodzie słońca (nazywają to early morning game drive, trwa 2 godziny) i podobno jest to najlepsza pora na oglądanie dzikich kotów. Podobno, bo na początku nie było żadnego, a poranek uratowała słonia rodzinka i przepiękny wschód słońca. Dopiero pod koniec udało nam się wytropić 2 gepardy. Moja rada – rozważcie lot balonem o wschodzie słońca. Następnym razem na pewno bym tak zrobiła.



I nastał czas na pożegnanie z Afryką. Kolejna 6-godzinna podróż na lotnisko, zakup obowiązkowego magnesu, i… znowu nie udaje się nam zdobyć miejsca na samolot. Dodatkowo kolejny lot został opóźniony o 5h. Więc po nieprzespanej nocy, 9h koczowania na lotnisku, wylądowaliśmy w dusznym i zamglonym Dubaju, zmęczeni, ale zadowoleni.



Dzięki, że dobrnęliście do końca. Pytania kierujcie w komentarzach, zapraszam również do dzielenia się Waszymi doświadczeniami i radami, które z pewnością pomogą innym podróżnikom.

Jeśli spodobał się Wam ten tekst, możecie go polubić i udostępnić!
I zapraszam do lektury kolejnych, odnośniki znajdziecie poniżej 🙂

Aby być na bieżąco z nowymi publikacjami i podróżami, zapraszam do śledzenia:

-> profilu na fb: @whereverigo.pl

-> oraz instagramie: @whereverigopl

safari

Planowanie safari w Afryce, czyli jak zobaczyć Simbę?


Doskonale pamiętam, jak będąc dzieckiem, po obejrzeniu “Króla Lwa” i wypłakaniu morza łez po śmierci Mufasy, zapragnęłam odwiedzić afrykańską sawannę, a safari w Afryce na dobre zagościło na liście marzeń. Ten post, to taki mini-poradnik, jak safari zorganizować, gdzie, kiedy i na ile pojechać, a także jak się do wyjazdu przygotować i co zabrać.

Enjoy!


Kenia? Tanzania? Jakie safari wybrać?

Jak zapewne się domyślacie, biznes safari jest bardzo popularny i skomercjalizowany, dlatego też możliwości jest bardzo wiele. Na safari można pojechać w wielu krajach Afryki, a wyjazd będzie różnił się ceną i tym co, a raczej kogo, zobaczymy. Bez wątpienia najpopularniejsze safari odbywają się w Tanzanii i Kenii i od tych krajów proponuję zacząć poszukiwania. W Tanzanii najpopularniejszy jest Serengeti National Park, najstarszy i największy park narodowy w tym kraju. Część tego ekosystemu (około 5%), znajduje się już w Kenii i nazywa się Masai Mara National Reserve – tu właśnie byliśmy. Razem z Serengeti National Park tworzą ogromny kompleks Serengeti-Mara. Oprócz tego w obu tych krajach jest mnóstwo mniejszych parków i rezerwatów, np. Lake Nakuru National Park w Kenii czy Ngorongoro Conservation Area w Tanzanii, natomiast w nich oferowane są głównie jednodniowe safari lub są przystankami podczas safari objazdowego. I tych krajach się skupimy z dwóch prostych powodów – ich największej popularności i dostępności oraz mojej, póki co, niewielkiej wiedzy o safari w innych krajach.


Na tym etapie kilka praktycznych porad odnośnie wjazdu
do Kenii i Tanzanii

Szczepienia

Wbrew temu, co znajdziecie w Internetach, nie ma obowiązkowych szczepień przed wyjazdem do obu tych krajów. Nieprawdziwa informacja, jakoby szczepienie na żółtą febrę (żółtą gorączkę), było obowiązkowe wynika z tego, że jest obowiązkowe… jeśli przyjeżdżamy z kraju, w którym jest zagrożenie wirusem żółtej gorączki. Jak łatwo się domyślić, Polska do tych krajów nie należy, ale trzeba mieć to na uwadze np. podczas dłuższej podróży przez Afrykę, gdy w takim kraju byliśmy. Pamiętajcie, że na żółtą febrę można szczepić dopiero od 9 miesiąca życia dziecka.

Pod TYM LINKIEM znajdziecie tabelę informacyjną oraz pełną informację na temat żółtej febry. To strona Centres of Disease Control and Prevention, na którą powołują się m.in. instytucje rządowe Kenii i Tanzanii.

Światowa Organizacja Zdrowia rekomenduje jednak kilka szczepionek przed wyjazdem. Oprócz żółtej febry są to:

  • wirusowe zapalenie wątroby typu A
  • wirusowe zapalenie wątroby typu B
  • tężec + błonica
  • dur brzuszny
  • choroba Heinego-Medina
  • meningokokowe zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych.

Malaria

W obu tych krajach jest również wysokie zagrożenie malarią, chorobą zakaźną przenoszoną głównie przez komary Anopheles, na którą, jak zapewne wielu z Was wie, nie ma szczepionki, a jedyne co nam pozostaje, to profilaktyka. Jedną z możliwości jest kuracja antymalaryczna, czyli przyjmowanie dość inwazyjnych i drogich tabletek przed wyjazdem, w jego trakcie oraz po. Na miejscu naszymi obrońcami są dobre, ale naturalne repelenty, zakrywanie ciała oraz moskitiery, ale pełną listę „co zabrać” wrzucę na koniec. W razie wątpliwości najlepszą decyzję odnośnie szczepień pomoże Wam podjąć lekarz medycyny tropikalnej. My nie przyjmowaliśmy tabletek antymalarycznych, bo ze względu na naszą pracę musielibyśmy je chyba łykać cały rok, poza tym podróżowaliśmy w porze suchej, podczas której ryzyko zachorowania na malarię jest mniejsze. Jeśli chodzi o szczepienia, to śmiało mogę powiedzieć, że mam prawie wszystkie możliwe, ale to również ze względu na wymagania mojej firmy, a niekoniecznie na własne chęci. Na pewno w przyszłości na blogu pojawi się post na temat zdrowia w podróży.


Wizy, opłaty wizowe

Teraz o wizach. Temat jest dość prosty i krótki. Do obu tych krajów, w celach turystycznych,  jako obywatele Polski musimy posiadać tzw. single entry visa (wizę jednorazowego wjazdu).

W przypadku Kenii oczekiwanie na wizę na lotnisku możemy sobie skrócić poprzez aplikowanie o nią online na stronie: eVisa Keyna, czas wydania wizy to 3 dni robocze, cena 51$ + jakaś drobna dodatkowa opłata na koniec. Uważajcie na inne strony oferujące wyrobienie wizy – to pośrednicy, którzy doliczą swoją opłatę, cały proces będzie trwał dłużej i będziecie musieli im udostępnić Wasze paszporty, co nie jest najbezpieczniejsze.

Tanzania – tutaj również mamy możliwości wyrobienia wizy online na stronie https://eservices.immigration.go.tz/visa, oraz w jednym z entry points (punktów wjazdu do kraju), których jest mnóstwo i oczywiście są to między innymi lotniska międzynarodowe. Na stronie Immigration Departement Tanzanii znajdziecie wszystkie wymagania dotyczące wizy. Cena to 50$. [wizę do Tanzanii można wyrobić przez Internet od 2019 roku. Od 1 czerwca 2019 również obowiązuje zakaz wwożenia plastikowych torebek i worków na teren Tanzanii, dokładny przepis poniżej]

Dodatkowo pamiętajcie, że Wasz paszport musi być ważny co najmniej 6 miesięcy od ostatniego dnia pobytu na terytorium obu tych krajów.



Jak dolecieć do Kenii i Tanzanii? Transport.

No i na koniec zostawiłam temat lotów/dojazdów do Kenii i Tanzanii. W temacie lotów nie będę się wypowiadać, ponieważ jak wiecie ze strony Poznajmy się!, podróżujemy na biletach staff travel – pracowniczych, i rzadko kiedy śledzimy strony z promocjami i tanimi biletami. Jeśli miałabym coś polecić to skyscanner.com wydaje się uniwersalnym narzędziem do szukania najlepszych ofert. Generalnie jeśli chodzi o Kenię, to lata się na jedno z dwóch głównych lotnisk – Nairobi (NBO) bądź Mombasa-Moi (MBA), a stamtąd do parków jeździ się samochodem (firmy, które safari organizują zapewniają transfer) lub lata mniejszymi samolotami w głąb kraju.

Sprawa podobnie wygląda w Tanzanii, tutaj przylatujemy na lotnisko Kilimandżaro (JRO) lub Dar es Salaam (DAR), a dalej samolotem z przesiadką lub samochodem dostajemy się do Arusha, miejscowści z której wyrusza większość safari. Można również znaleźć samolot, którym dolecimy na północ Serengeti National Park, jeśli chcemy zaoszczędzić czas i szybko dostać się w tej rejon. Oczywiście przeloty samolotami zamiast podróży samochodem są dużo droższe.

Kursuje również autobus pomiędzy Nairobi (Kenia), a Arusha (Tanzania), jest to transport dla turystów, rozkład znajdziecie tutaj: https://www.riverside-shuttle.com/, aczkolwiek nasz znajomy, który w Afryce mieszka odradzał przemieszczania się i przekraczania granicy na własną rękę w Afryce. Nie korzystaliśmy, podaję jako informację, że taka możliwość również jest.


Jak długo na safari?

Skoro praktyczne informacje już za nami to wróćmy do tematu safari. Wspomniałam o safari objazdowym – jest to kusząca opcja dla tych z Was, którzy na sawannie planują spędzić więcej niż 3-4 dni. Takie oferty znajdziecie głównie w Tanzanii w Serengeti National Park, ze względu na jego ogromną powierzchnię (14 750 km²). Pozostając w jednej lokalizacji, tak jak było to w naszym przypadku i bazując w jednym campie (o noclegach za chwilę), uważam, że 4 dni zdecydowanie wystarczą, aby zobaczyć wszystko, co zaplanowaliśmy. W trakcie naszego pobytu spotkaliśmy parę, która zdecydowała się na dłuższe safari, spędzając w jednym miejscu 1-2 dni, po tygodniu mając w planie przekroczenie granicy Kenia-Tanzania, safari po stronie tanzańskiej oraz relaks nad Jeziorem Wiktorii. Warto zaznaczyć, że firmy organizujące safari działają często w obu tych krajach lub współpracują z sobą, co znacznie ułatwia przemieszczanie się w Afryce. Oczywiście na to trzeba mieć czas. Zalety? Zobaczymy bardziej zróżnicowaną faunę i florę, ponieważ będąc w jednym miejscu jesteśmy ograniczeni do tego, co akurat tam występuje i czym dany region/park się charakteryzuje. Poznamy więcej ludzi w trakcie podróży. Ponadto, transfery pomiędzy parkami czy campami również uważam za wartość samą w sobie – mimo średniego komfortu jazdy po afrykańskich drogach, można wiele zobaczyć obserwując zmieniający się krajobraz i mijanych ludzi. Bardzo popularną opcją jest również połączenie safari z wypoczynkiem na wybrzeżu, safari oferowane są praktycznie zawsze podczas wakacji na Zanzibarze. A o Zanzibarze post niebawem!


Kiedy pojechać na safari?

Wybór odpowiedniej pory roku na wyjazd jest niemniej ważny. O ile w naszym przypadku planowanie każdego wyjazdu odbywa się z małym wyprzedzeniem i polega prawie zawsze na pytaniu: “Co robisz za dwa tygodnie?” i odpowiedzi: “Mogę mieć wolne, to gdzie jedziemy?”, to planując safari z dłuższym wyprzedzeniem, proponuję jednak bardziej doprecyzować je czasowo i terminowo. Generalnie wysoki sezon w Masai Mara National Reserve (Kenia) trwa mniej więcej od czerwca do września, co związane jest z porą suchą, niższymi temperaturami, ale i wyższymi cenami. Szczyt przypada na przełom lipca i sierpień i dokładnie tego doświadczyliśmy – był spory problem ze znalezieniem noclegu, a o nocowaniu na terenie parku nie było w zasadzie już mowy z tak małym wyprzedzeniem. Temperatury końcem lipca wahały się od 25°C w dzień i spadały do 13-15°C w nocy.

Pamiętajmy, Kenia i Tanzania leżą na półkuli południowej i w lipcu jest tam… zima. Rozmawiając w pracy z koleżanką z Kenii dowiedziałam się, że 2018 jest wyjątkowo zimnym rokiem, w wyższych partiach gór (najwyższy szczyt to wulkan Mount Kenya o wysokości 5199 m) spadł śnieg, po raz pierwszy od wielu, wielu lat. Sami Kenijczycy zafascynowani tym zjawiskiem zalali media społecznościowe filmami i zdjęciami białego puchu. Dodatkowo, jeśli powodem Waszego wyjazdu jest plan zobaczenia Wielkiej Migracji, sprawdźcie dokładnie mapę przemieszczania się zwierząt. Więcej informacji na temat tego wspaniałego zjawiska znajdziecie w poście TUTAJ. Dodatkowo, po przejściu Wielkiej Migracji trawa na sawannie jest już wypasiona przez gnu i dużo łatwiej jest wytropić zwierzęta. Podczas naszego wyjazdu Wielka Migracja dopiero się zaczynała, trawa była bardzo wysoka, więc czasem dostrzeżenie dzikich kotów było na prawdę trudne.


safari

 


Z tego co mówił nasz przewodnik, ludzie przyjeżdżają również poza sezonem, w porze deszczowej, co wcale nie jest złym pomysłem. Zwierzęta zmęczone słońcem i porą suchą chętniej wychodzą z kryjówek i łatwiej je znaleźć. Jest mniej turystów. Problemem jednak może być przejezdność niektórych dróg po długotrwałych opadach. W trakcie naszego wyjazdu, mimo pory suchej, padało przez 2 noce z rzędu i musieliśmy szukać innego miejsca do przejazdu przez rzekę niż dzień wcześniej. No i komarów jest więcej, a w porze deszczowej jest większa szansa na powrót z pamiątką w postaci malarii. W porze suchej jest ich znacznie mniej, a dodatkowo większość z nich nie przenosi malarii. Przynajmniej ten, który mnie ugryzł.


safari


Jaki rodzaj safari jest dla mnie?

Wyborów na etapie planowania safari w Afryce nie koniec. Kolejnym, jakiego musimy dokonać, to czy chcemy aby safari było prywatne (wtedy jesteśmy sami w samochodzie), czy chcemy jeździć w grupie. My byliśmy niejako zmuszeni do safari prywatnego – nie wiedzieliśmy, którym lotem uda nam się dostać do Kenii i nie mogliśmy być uzależnieni od grupy. Gdybyśmy ten wybór mieli, pewnie pojechalibyśmy w grupie, ze względu na to, że poznawanie ludzi w trakcie podróży bardzo ją ubogaca. Wówczas w vanie jedzie około 6 osób, każda ma dostęp do dużego okna i wydaje mi się, że jest co całkiem komfortowe, bo samochody są duże. Oczywiście wiąże się to również z niższą ceną. Minusy? Nigdy nie mamy pewności na kogo trafimy. Spotkałam się z informacjami, że zdarzały się kradzieże wśród turystów. Musimy czekać, aż wszyscy zdobią idealne zdjęcie, zanim ruszymy dalej. Wybór należy do Was.


safari


Ponadto można wybrać też konkretny typ safari – standardowe, fotograficzne, ornitologiczne i wiele, wiele innych. My wybraliśmy standardowe, ale jeśli jesteście miłośnikami ptaszków, kotków czy jezior, na pewno znajdziecie coś dla siebie, musicie tylko dobrze prześledzić oferty poszczególnych firm. Organizowane są również safari, których głównym celem jest zobaczenie Wielkiej Migracji, więcej na ten temat znajdziecie w poście o tym zjawisku.

Jeśli nie lubicie podróżować w miejsca, gdzie jest dużo turystów, będziecie zawiedzeni. Mimo, że nie da się odkryć świata na nowo, zawsze staramy się znaleźć coś, co nie jest skomercjalizowane do szpiku kości. W tym przypadku również szukałam mniej popularnych parków, safari off-road, czegokolwiek co byłoby choć odrobinę inne niż safari w tłumie turystów. Fiasko. Tam, gdzie są zwierzęta, które ludzie chcą oglądać, tam są… ludzie.

Przykro mi, ale nie będzie prywatnego lwa.



Jaką firmę organizującą safari w Afryce wybrać spośród setek ofert?

Jeśli już wiemy na ile i kiedy jedziemy, czego szukamy i co chcemy zobaczyć, pozostaje nam wybór firmy, która to wszystko ogarnie, oraz noclegu. Nie jest to wcale proste, ponieważ na rynku działają setki firm organizujących safari. Żeby to trochę ułatwić, zebrałam kilka rad jak wybrać taką firmę:

  1. Rekomendacje. Jeśli ktoś z naszych znajomych korzystał wcześniej w usług jakiejś firmy i był zadowolony, na pewno wzięłabym ją pod uwagę w pierwszej kolejności.
  2. Opinie i recenzje w Internecie. Kopalnia wiedzy, o ile wiemy jak z niej korzystać i jak mądrze selekcjonować informacje. Polecam oczywiście niezastąpiony TripAdvisor, Booking.com oraz w tym przypadku, SafariBookings.com, dedykowane właśnie safari. To stąd dowiedziałam się na przykład, że niektóre firmy zatrudniają przewodników z łapanki w szczycie sezonu. Pamiętajcie – nie tylko ocena się liczy, ale również ilość opinii, na których podstawie ona powstała. Im więcej, tym jest bardziej wiarygodna, a i sama firma bardziej popularna. Zawsze czytajcie te najgorsze recenzje (na TripAdvisor jest możliwość ich wyselekcjonowania). Zwracajcie uwagę, czy i jak firma odpowiada na te opinie, bo oczywistym jest, że nie da się zadowolić każdego, a spełnienie wygórowanych wymagań każdego turysty nie zawsze jest możliwe.
  3. Posiadanie strony internetowej i jej wygląd. Niektóre firmy takowej nie mają wcale, ogłaszają się jedynie przez różne portale. Nie jest to na pewno dyskwalifikujące, natomiast daje pewien obraz profesjonalizmu i popularności firmy, podobnie jak sam wygląd strony.
  4. Korespondencja i komunikatywność. Po wstępnej selekcji dobrze jest rozesłać kilka-kilkanaście maili z prośbą o ofertę do wybranych firm. Większość z nich odpowiada bardzo szybko. Po tym, jak wygląda rozmowa oraz jak prezentowana jest oferta, można dużo wywnioskować.  
  5. Dokładne sprawdzenie oferty. Co sprawdzamy? Czy samochód/van jest 4×4, czy ma unlimited millage (niektóre firmy mają maksymalny dzienny limit kilometrów), czy odbiorą nas z lotniska czy trzeba samemu dojechać na miejsce spotkania, ile wody będzie w samochodzie na osobę na dzień (1 litr to za mało), czy będzie lornetka (u nas miała być, a nie było). Jakie game drives (pod taką nazwą funkcjonują wjazdy do parku) są w ofercie – czy całodzienne, czy poranne i popołudniowe, czy jest możliwość safari w nocy (to zależy od tego, czy park na to pozwala, Masai Mara niestety nie). Ja osobiście byłam bardzo ciekawa early morning drivesafari o wschodzie słońca. Czytałam i słyszałam mnóstwo opinii, że właśnie wcześnie rano można zobaczyć najwięcej zwierząt wracających z nocnych łowów. Niestety, widzieliśmy najmniej ze wszystkich dni, ale zdecydowanie warto było wstać, aby zobaczyć wschód słońca na sawannie. Moim zdaniem warto ustalić jak najwięcej całodziennych game drives. Można wtedy pojechać głębiej w park, nie traci się czasu na dojazdy pomiędzy parkiem a campem (zwłaszcza, jeśli camp jest poza parkiem), a lunch jemy na kocu pod drzewkiem na środku sawanny. Oferta najprawdopodobniej będzie zawierała kilka opcjonalnych atrakcji, takich jak safari balonem czy łodzią, natomiast na takie rzeczy wystarczy zdecydować się już na miejscu. Będzie to zależało od dostępności atrakcji, np. safari łodzią odbywa się tylko wtedy, gdy jest odpowiedni poziom wody w rzece. Co ja zrobiłabym inaczej? Zdecydowałabym się na safari balonem o wschodzie słońca.

Noclegi na safari – gdzie spać na sawannie?

Cena całego safari z pewnością będzie zależała od wybranego noclegu. W zasadzie firmy oferują trzy standardy zakwaterowania: economy, medium-range i luxury. Ecomony (lub budget) to zakwaterowanie w campach złożonych z dużych namiotów, z łazienką na zewnątrz lub w namiocie. Jest to najniższy standard, ale czy na pewno potrzebujemy czegoś więcej na sawannie? Tę właśnie opcję noclegu wybraliśmy, bo jakoś zestawienie hotelu i sawanny nam nie grało, poza tym ceny hoteli i lodge są dużo wyższe w porównaniu do namiotu. Nasz camp nazywał się Wajee Mara i znajdował się poza parkiem, ale w ścisłym rezerwacje niedaleko bramy do parku. Obóz otoczony był wysokim płotem, żeby nie spotkać słonia w drodze na śniadanie, a spanie w namiocie w takim miejscu jest przeżyciem nie do opisania. Dźwięki buszu, wycie, krzyki i piski które słyszy się prawdopodobnie pierwszy raz w życiu, połączone z faktyczną bliskością natury sprawiają, że trudno zasnąć. Rezerwat zamieszkany był głównie przez pawiany, więc zdarzało się, że te urocze zwierzęta nocą z hukiem spadały z drzewa na czyjś namiot. Pierwszej nocy krzyki i piski utożsamiałam właśnie z nimi, dopiero rano ktoś uświadomił mnie, że na zewnątrz chodziły hieny.



Opcje wyższe, czyli lodges i hotele, to bardziej wyposażone miejsca, zarówno poza, jak i na terenie parku. Dla tych, dla których wygoda ma duże znaczenie, zdecydowanie polecam poszukać czegoś takiego. Na pewno jest wygodniej jeśli chodzi o infrastrukturę czy restauracje, wiele hoteli ma na miejscu na przykład zatrudnionego lekarza. Pamiętajcie jednak o jednym – spędza się tam bardzo mało czasu, więc trzeba zadać sobie pytanie, czy warto wydawać pieniądze.


Wyżywienie w trakcie safari

Jeśli chodzi o wyżywienie, to posiłki podawane były na zewnątrz (zdjęcie naszej “restauracji” poniżej), a lunch pakowany na wynos w przypadku safari całodziennego. Jedzenie było bardzo proste i przede wszystkim świeże. Fakt, że mój żołądek nie protestował ani razu jest wystarczającym dowodem na to, że wszystko było czyste. Minusem była ilość tego jedzenia – gdybyśmy nie mieli swoich podróżniczych przekąsek, które zawsze z sobą zabieramy, umarłabym z głodu, a bynajmniej nie jestem 100 kg mężczyzną. Nie było również możliwości dokupienia sobie czegoś na miejscu, ale powiedzmy, że nie jest to najważniejsze.



Dlaczego więc wybór padł na Masai Mara w Kenii?

Po pierwsze mieliśmy najwygodniejsze połączenie lotnicze Dubai – Nairobi, które operuje kilka razy dziennie, a mając 4 dni i podróżując na biletach pracowniczych nie byliśmy zbyt elastyczni w tym względzie. Z lotniska w Nairobi zdecydowaliśmy się na 6-godzinną podróż przez Kenię samochodem. Drugim czynnikiem była cena. Niestety, Serengeti National Park w szczycie sezonu jest zaporowy cenowo i po otrzymaniu oferty długo się zastanawiałam, czy na pewno nie pomylono waluty. Nie pomylono. Cen nie podaję celowo, są one zmienne i nie chcę, żeby ktoś się nimi zasugerował bez sprawdzenia. Powiem tylko tyle, że podobna oferta w Kenii była prawie 2.5 raza tańsza od Serengeti National Park.


Teraz konkrety. Nasze safari zorganizowane było przez firmę Spirit of Kenya, którą mogę szczerze Wam polecić. Nie ma firm idealnych więc i tutaj było kilka niedociągnięć, które nie wpływały na całość safari. Co prawda nasz kierowca nie miał radia do wymiany informacji z innymi samochodami na temat lokalizacji zwierząt, bo akurat się zepsuło. Nadrabiał sprytem i sokolim wzrokiem. Po drugie, nie wzięliśmy lornetki, bo miała być na wyposażeniu samochodu, okazało się, że jej jednak nie ma. Przewodnik był profesjonalny i przesympatyczny, z ogromną wiedzą na temat życia zwierząt i ich zwyczajów.
To, co bardzo mi się podobało, to to, że nasz kierowca nie naginał reguł parku i poruszał się mniej więcej zgodnie z jego zasadami, czego niestety nie mogę powiedzieć o innych samochodach. Wielu kierowców łamie ten zakaz, bo nasz klient nasz pan, a na napiwek trzeba zarobić… Tym sposobem ingerując w naturę i zakłócając spokój zwierzętom. W kolejnym artykule, jak safari wyglądało, znajdziecie bardzo niefajną historię z tym związaną. Pamiętajcie – to Wy macie na to wpływ. Jeśli widzicie, że kierowca przeszkadza zwierzętom w ich normalnym rytmie życia – reagujcie.
Jeśli chodzi o nocleg to camp Wajee Mara był naprawdę w porządku, pod warunkiem, że macie zdroworozsądkowe podeście do tego, czego spodziewać się w afrykańskim obozowisku (brązowa woda pod prysznicem, bo akurat przez strumyk z ujęciem przeszły zwierzęta, przerwy w dostawie prądu). Tak jak pisałam, z krótkim wyprzedzeniem trudno było znaleźć nocleg i z tego, co się dowiedzieliśmy nasz camp był dość… prosty i oddalony od innych, nawet jak na standardy w tym rejonie.
 

Co spakować na safari?

Na koniec zostawiłam listę, co spakować na wyjazd na safari. Znajdziecie tu rzeczy oczywiste, jak również te, których nie zabraliśmy, a na miejscu okazało się, że fajnie byłoby je mieć.
    • lornetka, nawet, jeśli piszą, że będzie. Pamiętajcie, że w parku powinno się poruszać wyznaczonymi drogami, a zwierzęta nie stoją tuż przy ścieżce jak na zawołanie;
    • dobry aparat fotograficzny z dużym zoomem. Ten sam powód, co powyżej. Ja używałam Canon G5X i czasami nie wystarczał;
    • 2 baterie do aparatu + opcjonalnie ładowarka na te baterie z końcówką samochodową. W campie było jedno miejsce do ładowania sprzętu, często wieczorem nie było gdzie się już podpiąć, miejsce to było pod chmurką, więc zostawienie sprzętu na całą noc nie wchodziło w grę. Poza tym nie zawsze ten prąd był, ponieważ obóz zasilany był z baterii słonecznych, które zostały uszkodzone po całej nocy opadów;
    • duży lub 2 małe powerbanki. Powód ten sam, co powyżej. Starajcie się tak przygotować, aby być samowystarczalni prądowo na 2-3 dni;
    • kindle/książka na wieczór. W obozach brak wieczornych atrakcji;
    • dobry repelent. Znajdziecie wiele rad, aby wybierać te z DEET. Moja opinia? Tak, jest bardzo skuteczny. Malarii od ukąszenia komara na pewno nie dostaniecie, bo szybciej zabije Was DEET. Jest to bardzo, ale to bardzo inwazyjna substancja. Nie ma mowy o aplikowaniu jej bezpośrednio na skórę – pomyślcie co robi ze skórą coś, co… rozpuszcza lakier do paznokci. Jeśli już, aplikujcie go tylko i wyłącznie na ubranie, ale ja mimo wszystko polecam naturalne repelenty, takie jak Mosi-guard natural. Ten właśnie został mi polecony przez dziewczynę z Kenii. Niestety nie udało mi się go kupić i w efekcie używaliśmy SKIN 2P Body, który jest do niczego, bo bynajmniej komarów nie odstraszał;
    • długie i wygodne spodnie i bluzki z długimi rękawami, zabudowane buty turystyczne. Idealna ochrona przed słońcem i insektami, a w trakcie jazdy z otwartym dachem wcale nie jest gorąco;
    • ciepły polar lub bluza na chłodne wieczory, zwłaszcza, jeśli podróżujecie zimą;
    • ciepła piżama – namioty nie są ogrzewane;
    • osobista apteczka, do której na pewno włóżcie węgiel, Stoperan, krople żołądkowe lub inne lekarstwa, które pomagają Wam na dolegliwości żołądkowe. Nigdy nie wiecie, co Wam zaszkodzi w Afryce, zwłaszcza, jeżeli jedziecie tam pierwszy raz. Spotkaliśmy parę, która w 3-tygodniową podróż po Afryce wybrała się bez niczego, skończyło się na 3-dniowym cierpieniu w namiocie i szukaniu lekarza. Dla cierpiących na chorobę lokomocyjną – to co Wam pomaga;
    • kosmetyczka, którą można gdzieś powiesić, opcjonalnie reklamówka;
    • klapki pod prysznic;
    • przekąski, zdrowe power batony, cokolwiek, co Wam pozwoli przetrwać, jak jedzenia będzie za mało;
    • żele i chusteczki antybakteryjne – używajcie ich dużo i często. Polecam spakować jeszcze jedną dużą paczkę chusteczek myjących, gdyby przypadkiem nie było wody;
    • krem z filtrem UV, głównie do twarzy, bo reszta ciała jest zakryta długim ubraniem;
    • polecam zabrać również nerkę lub saszetkę na szyję na dokumenty i pieniądze. Tak jak pisałam, słyszałam, że zdarzały się kradzieże, ale z drugiej strony jeśli ktoś rzuca plecak gdzieś w vanie i go nie pilnuje, bo ogląda żyrafę, to… no trudno się dziwić;
    • okulary przeciwsłoneczne;
    • paszport ważny co najmniej 6 miesięcy od ostatniego dnia pobytu w Kenii lub Tanzanii.

Po długim wpisie dobrnęliśmy do końca i mam nadzieję, że jesteście chociaż trochę bardziej zorientowani, jak zobaczyć Simbę. Wpis powstał na podstawie moich doświadczeń, informacji, które zebrałam przygotowując się do wyjazdu jak również rad moich kenijskich znajomych. Każdą informację starałam się weryfikować najlepiej jak potrafię, niemniej jednak na pewno nie zawarłam tutaj wszystkiego, co można powiedzieć w tym temacie, bo jest to temat, a raczej biznes, rzeka. Jeśli jesteście ciekawi, jak to wygląda, jak już Simbę zobaczymy, zapraszam do kolejnego wpisu!

Udanej wyprawy!



Dzięki, że dobrnęliście do końca. Pytania kierujcie w komentarzach, zapraszam również do dzielenia się Waszymi doświadczeniami i radami, które z pewnością pomogą innym podróżnikom.

Jeśli spodobał się Wam ten tekst, możecie go polubić i udostępnić!
I zapraszam do lektury kolejnych, odnośniki znajdziecie poniżej 🙂

Aby być na bieżąco z nowymi publikacjami i podróżami, zapraszam do śledzenia:

-> profilu na fb: @whereverigo.pl

-> oraz instagramie: @whereverigopl