safari

Wielka Migracja Parzystokopytnych

W poprzednich postach: „Jak zorganizować safari, czyli jak zobaczyć Simbę” oraz „Oko w oko z Simbą”, wielokrotnie wspomniałam o zjawisku Wielkiej Migracji (ang. The Great Wildebeest Migration). Pora wyjaśnić co to takiego.



Wielka Migracja – gdzie migrują zwierzęta i po co?

W cyklu rocznym, blisko 2 miliony parzystokopytnych – przede wszystkim gnu, ale również zebr i antylop, wędruje przez Serengeti National Park w Tanzanii oraz Masai Mara National Reserve w Kenii, zgodnie z ruchem wskazówek zegara, w poszukiwaniu pożywienia i wody. Przemierzają około 3000 km w rytmie natury, pojawiając się tam, gdzie są życiodajne dla nich opady. Szacuje się, że około  250 000 osobników ginie rokrocznie, stając się ofiarami krokodyli, lwów, leopardów i innych drapieżników.



Antylopa gnu czy po prostu gnu?

A skoro już o gnu wspomniałam, to podzielę się z Wami moimi wątpliwościami odnośnie nazewnictwa tego zwierzęcia w języku polskim. Bardzo często można się spotkać z określeniem „antylopa gnu”, co na sam widok tego zwierzęcia wydaje się dość… dziwne. I faktycznie, systematyka to potwierdza – mimo, że oba ssaki pochodzą z rodziny wołowatych, to antylopa jest antylopą i posiada liczne gatunki (np. gazela), a gnu jest bawolcem. To dwie oddzielne podrodziny. Ja nie miałam Internetu na safari, żeby to sprawdzić, ale bardzo szybko z błędu wyprowadził mnie zdziwiony wzrok naszego przewodnika, gdy nazwałam gnu antylopą. Podróże kształcą.


Gnu – cud świata czy pokraka?

Mimo, że gnu nie wygląda zbyt urodziwie, nie jest zwykłym zwierzęciem. Lokalni mieszkańcy Afryki uważają je poniekąd za cud świata, dlatego, że wg nich gnu to połączenie 5 innych zwierząt: hieny (grzbiet i zadek, także porusza się jak hiena), konia (grzywa i ogon), osiołka (brzuch), bawoła (rogi) i… pasikonika (głowa, pysk). I faktycznie, gnu z bliska wygląda jak… nie do końca udana składanka tych zwierząt, może jedynie z tym pasikonikiem ktoś lekko przesadził. Dodatkowo przez obniżony zadek i wysoki grzbiet, zwierzę dość śmiesznie się porusza.



Wielka Migracja – przeprawa przez rzekę tysięcy gnu

Najbardziej oczekiwanym momentem podczas Wielkiej Migracji jest przejście zwierząt przez rzekę. Oczekiwanym dla nas, obserwatorów, bo dla gnu jest to najniebezpieczniejszy moment, w którym wielokrotnie tracą życie. Dwie największe rzeki, przeprawy przez które, wielokrotnie wcześniej widziałam na ujęciach w National Geographic, to Grumeti River w Tanzanii i Mara River w Kenii, obie zaznaczone orientacyjnie na mapie poniżej. Co się wtedy dzieje? Gnu atakowane są przez czające się z rzekach krokodyle i można być świadkiem krwawej potyczki spanikowanego stada z głodnymi gadami. Na lądzie gnu też nie mogą czuć się bezpiecznie – tutaj są dobrym pożywieniem dla drapieżników zamieszkujących sawannę. Na filmie poniżej możecie zobaczyć lwa czającego się na gnu, który wywołał popłoch w stadzie. Ostatecznie nie zaatakował – gnu w porę go zauważyły, więc były czujne. Ponadto lwy wolą atakować stadem.



Stado przeprawia się przez rzekę w konkretnych miejscach – przez lata wydeptanych zejściach i wyjściach z wody, gdzie nie ma roślinności, a całe przejście jest jak najkrótsze. Jako, że przejście przez rzekę nie należy do najłatwiejszych, gnu odkładają ten moment w czasie. Gdy zabraknie pożywienia, gdy są nawoływane przez stada, które już rzekę przeszły oraz gdy znajdzie się odważny osobnik, który przejście zainicjuje – stado rusza. Po raz kolejny podczas naszego safari mieliśmy niewiarygodnie szczęście – przyjeżdżając do jednego z miejsc, w którym gnu przechodzą przez Mara River, zastaliśmy całe stado, szykujące się do przeprawy. Zaparkowaliśmy zupełnie z boku, by ich nie płoszyć. Teraz trzeba tylko poczekać!



I nie przeszły. Zgadniecie dlaczego? Po kilku minutach wieść się rozniosła, zjechały się samochody – nie kilka, czy kilkanaście, a kilkadziesiąt, zastawiły cały brzeg rzeki, więc zwierzęta zwyczajnie nie miały którędy wyjść z wody. Jako, że głupie nie są, odsunęły się od brzegu, i z tego co się dowiedzieliśmy dnia kolejnego, przeszły przez rzekę około 3.00 w nocy.



Co fascynuje w oglądaniu Wielkiej Migracji?

Zastanawialiście się dlaczego oglądanie Wielkiej Migracji, bardzo często podążanie za nią, tak pociąga ludzi? Czy chodzi o obserwację natury, czy może hipnotyzująca jest ilość zwierząt? A może po prostu chodzi o żądzę krwi? Gdy o tym myślę, nie potrafię sobie odpowiedzieć na pytanie, co mnie osobiście zafascynowało w Wielkiej Migracji. Bo nie jestem osobą lubiącą oglądać rozlew krwi,  a czekałam z niecierpliwością kiedy lew zaatakuje. Bo tysiące pasącego się bydła nie jest estetyczne, a stałam tam godzinami, nie mogąc się napatrzeć. Bo mimo, że traktowałam to jako dodatek do safari, nie mogę sobie teraz wyobrazić safari bez Wielkiej Migracji.

Jedyna odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy, to że jest coś magicznego w byciu tak blisko, tak wielkiej i wspaniałej natury, bez ekranu telewizora dzielącego mnie od niej podczas oglądania programów przyrodniczych.



Jak więc zaplanować Safari, żeby Wielką Migrację zobaczyć?

Wielka Migracja zawsze gdzieś jest, więc po prostu trzeba znaleźć się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. W tym celu pomocna będzie Mapa Wielkiej Migracji poniżej, która orientacyjnie przedstawia wędrówkę stada przez Tanzanię i Kenię. Orientacyjnie, bo trzeba pamiętać, że natura nie funkcjonuje według naszego zegarka i zwierzęta pójdą tam, gdzie jest woda, a co za tym idzie – pożywienie. Jesteśmy najlepszym przykładem nieprzewidywalności Wielkiej Migracji – jadąc na safari do Rezerwatu Masai Mara pod koniec lipca, w zasadzie nie było szans na zobaczenie gnu – to około 2-3 tygodnie za wcześnie na ten rejon. Wszystkie informacje, jakie zdobyłam wcześniej, zarówno z Internetu jak i od kenijskich znajomych, tylko to potwierdziły. Trudno… Tymczasem już pierwszego wieczora w obozowisku dowiedzieliśmy się, że w tym roku, jak na porę suchą, jest wyjątkowo dużo opadów i Wielka Migracja zawitała do Masai Mara wcześniej.



Trochę precyzyjniej określić można położenie Wielkiej Migracji za pomocą strony internetowej HerdTracker, czyli bieżącej pozycji stada, uaktualnianej przez internautów. O ile nie będzie to pomocne w planowaniu wyjazdu z długim wyprzedzeniem, o tyle na miejscu można z tego korzystać. Jeżeli jedziecie na safari głównie w celu zobaczenia Wielkiej Migracji, rozważcie opcje safari skrojone pod ten cel oraz tzw. campy mobilne – czyli obozowiska podążające za stadem. Takie safari trwa zazwyczaj od 7 dni do 2 tygodni, obozowiska przenoszone są co około 2-3 dni w zależności od ruchu stada i wbrew pozorom nawet tutaj można znaleźć luksusowe opcje.


Idąc dalej – jeżeli chcecie zobaczyć słynne przeprawy przez rzeki – sugeruję park Masai Mara w Kenii w sierpniu (tutaj płynie rzeka Mara) oraz centralne Serengeti w okolicach maja-czerwca (Grumeti River). Z mojego doświadczenia wiem, że firmy organizujące safari są bardzo pomocne w tym temacie – doradzą Wam, kiedy przyjechać, zaoferują kilka opcji noclegu i określą szanse na zobaczenie Wielkiej Migracji. Pamiętajcie – za Wielką Migracją, szczególnie w rejonach rzek, podąża bardzo dużo turystów. Im wcześniej zarezerwujecie Wasze safari, tym większy wybór będziecie mieli jeśli chodzi o nocleg czy firmę.


Wszystkie inne kwestie odnośnie organizacji safari znajdziecie w poście „Jak zobaczyć Simbę”, tutaj zawarłam tylko różnice w planowaniu safari pod kątem Wielkiej Migracji. Ja natomiast uważam, że z łatwością można połączyć standardowe safari z oglądaniem Wielkiej Migracji, nie ma potrzeby tych wyjazdów rozdzielać. Podczas naszych 4 dni, widzieliśmy zarówno dzikie koty, żyrafy, słonie czy hipopotamy, jak i dziesiątki tysięcy stad gnu ciągnących się po horyzont. Dodatkowo przejście Wielkiej Migracji ułatwia poszukiwanie innych zwierząt – gdy gnu wypasą trawę, łatwiej jest wytropić lwa.


Mam nadzieję, że ten post rozszerzył Waszą wiedzę na temat Wielkiej Migracji oraz, że będziecie już wiedzieć jak zorganizować wyjazd, aby zobaczyć to niesamowite zjawisko. Bo na prawdę warto!



Dzięki, że dobrnęliście do końca. Pytania kierujcie w komentarzach, zapraszam również do dzielenia się Waszymi doświadczeniami i radami, które z pewnością pomogą innym podróżnikom.

Jeśli spodobał się Wam ten tekst, możecie go polubić i udostępnić!
I zapraszam do lektury kolejnych, odnośniki znajdziecie poniżej 🙂

Aby być na bieżąco z nowymi publikacjami i podróżami, zapraszam do śledzenia:

-> profilu na fb: @whereverigo.pl

-> oraz instagramie: @whereverigopl

safari

Oko w oko z Simbą – safari w Kenii

Skoro już zaplanowaliśmy nasze safari w Kenii, nie pozostaje nic innego, jak się spakować i wyruszyć.

Nasza przygoda zaczęła się już na lotnisku, kiedy okazało się, że samolot nas nie zabierze. Niestety podróżując na biletach pracowniczych, lecimy tylko wtedy, kiedy jest wolne miejsce. W zamian za nieprzewidywalność podróży dostajemy tani bilet. Uczciwe. Oczywiście mamy możliwość sprawdzenia przed zakupem biletu jakie są szanse, że się uda, ale sytuacja zmienia się dynamicznie i niestety czasem zdarza się, że nie lecimy. Na szczęście udało się nam zdobyć 2 ostatnie miejsca na kolejny lot i z 5-godzinnym opóźnieniem dotarliśmy do Nairobi. W tym miejscu potwierdziła się słuszność wyboru safari prywatnego – kierowca czekał na nas, poinformowany o naszym opóźnieniu i po prostu wyruszyliśmy później. Gdybyśmy jechali z grupą – stracilibyśmy cały wyjazd i zaliczkę. Szybko ustaliliśmy, że w zamian za stracony popołudniowy wjazd do parku, safari kolejnego dnia zostanie zamienione na całodzienne, zamiast dwóch krótszych.


Afrykańskie drogi i dojazd na safari w Kenii

Ale to nie koniec podróży. Przed nami była jeszcze około 5-godzinna droga samochodem do rezerwatu Masai Mara – około 250 km. W praktyce wyszło chyba 7 godzin, ale ze względu na nieprzespaną noc i kosmiczne zmęczenie, straciłam poczucie czasu. Bardzo dużo dróg w Kenii jest aktualnie w remoncie, odbywa się ruch wahadłowy i niestety nie da się tego w żaden sposób ominąć, tak więc odstaliśmy swoje. Z tego co mówił kierowca, 7 godzin to nie był wcale najgorszy wynik.

Początkowo jakość dróg zaskoczyła nas pozytywnie. Nie licząc nieoznaczonych chopek, których nie widział również kierowca, jechało się całkiem wygodnie i komfortowo. Aż droga asfaltowa się skończyła jakąś godzinę przed naszym celem i wjechaliśmy na prawdziwe gruntowe, czerwone afrykańskie drogi, z których wystawało mnóstwo kamieni. Nasz przewodnik kierował się jedną zasadą – im szybciej przez nie przejedziesz, tym mniej poczujesz. Nie jestem pewna słuszności tej teorii, ale nie zmienia to faktu, że ostatnią godzinę spędziliśmy latając po samochodzie jak dwa worki ziemniaków. Jeśli ktoś ma chorobę lokomocyjną – zdecydowanie nie polecam.


Masajowie – autochtoniczne afrykańskie plemię

Bardzo ciekawą rzeczą, którą zobaczyliśmy w trakcie podróży, był ogromny masajski targ. Co wtorek i sobotę Masajowie przynoszą tam wszystko, co wytworzą – od produktów spożywczych, po skóry, ubrania, przedmioty użytku codziennego i ozdoby. Ogromny plac zalany jest tysiącami osób w kolorowych tradycyjnych chustach i bynajmniej nikt nie przejmuje się ruchem samochodów. Niestety zatrzymanie się nie wchodziło w grę, więc nie udało mi się zrobić zdjęcia. Masajowie to jedno z autochtonicznych plemion żyjących w tej części Afryki. Jako jedno z nielicznych nadal kultywuje swoje stare tradycje, mimo usilnych prób rządu kenijskiego do ich zaniechania. To, co mnie uderzyło, gdy pierwszy raz ich zobaczyłam, to to, że mimo braku wygód, udogodnień i ciężkiego klimatu, nie żyją w ubóstwie, są czyści, ich chusty wyglądają tak, jakby właśnie wróciły z pralni, a na ich małych posesjach jest zawsze posprzątane. Wielokrotnie zwracałam uwagę na kobiety, zamiatające wokół blaszanego baraku, który jest ich domem, z taką dbałością, której chciałabym się od nich nauczyć. Nie żebrzą i nie wykorzystują do pracy dzieci, z czym spotkałam się na przykład w Jordanii. Dzieci chodzą do szkoły, na porządku dziennym widać autobusy szkolne zbierające dzieci z wiosek i zawożące je do szkół w okolicy, których było co najmniej kilka. Nie mają nic, ale mają wszystko. Jestem w 100% pewna, że są bardziej szczęśliwi, niż wielu z nas. Mówi się, że podróże kształcą. Ja uważam dodatkowo, że uczą nas doceniać i cieszyć się z tego co mamy.

Wracając do faktów. Ubierają się bardzo kolorowo, a z tego co zauważyłam, najbardziej lubią kolor czerwony. Kobiety noszą mnóstwo ozdób, które własnoręcznie robią, wśród mężczyzn wciąż żywa jest tradycja przekłuwania i rozciągania uszu dużymi ozdobami. Są szczupli i wysocy. Bardzo ciekawa jest ich dieta – żywią się wyłącznie mięsem i produktami pochodzenia mlecznego, nie jedzą warzyw i owoców i są zdrowi, bardzo sprawni i długowieczni. Nie polują i nigdy nie polowali na duże zwierzęta, hodują bydło, barany i kozy. Są bardzo gościnni, a kobieta, od której coś kupiliśmy, nie pozwoliła nam zanieść tego do samochodu, tylko sama to zrobiła. Gość w domu jest najważniejszy. Trochę mnie dziwi, że nadal z szacunkiem traktują białego człowieka, po tym co tam zrobił. Ale może i tego powinnam się od nich nauczyć.



Dojechaliśmy, mimo, że końcówka drogi była naprawdę zła. Okazało się, że nasze obozowisko (Wajee Mara Camp) jest dość… oddalone od innych, popularniejszych i większych, ale prawdopodobnie tylko tam były dostępne noclegi z tak małym wyprzedzeniem. Ponadto znajduje się nie w parku, a w ścisłym rezerwacie przylegającym do parku, więc niestety nie można poprawić drogi dojazdowej.

Jak to w Afryce, spotkaliśmy się z niezwykłą gościnnością gospodarzy obozowiska. We wcześniejszym wpisie wspominałam, że noc na sawannie jest ciekawym przeżyciem. Dzieje się tutaj całkiem sporo i trudno zmrużyć oczy słysząc łamanie gałęzi gdzieś w pobliżu. Pamiętacie charakterystyczny chichot hien w Królu Lwie? Byłam przekonana, że to małpy czy pawiany, dopóki ktoś mnie rano nie uświadomił, że to właśnie hieny. Mimo wszystko, obozowisko było bardzo bezpieczne – cały teren otoczony był fosą i wysokim płotem, palił się ogień. Z tego, co zauważyłam, w nocy pracownicy z latarkami kilkukrotnie robili obchód obozu.


Safari – jak znaleźć zwierzęta?

I wreszcie zaczynamy właściwe safari! Wczesna pobudka i intensywny dzień przed nami. Kilka minut na dojazd do parku (z przeprawieniem się przez rzekę włącznie, bo nasz kierowca nie może przecież jechać normalnie) i jesteśmy.

I od razu zagadka numer 1: Jak znaleźć leoparda na sawannie? W Rezerwacie Masai Mara żyje ich tylko 47, z czego większość przebywa w ścisłych rezerwatach lub prywatnych częściach parku, do których dostęp jest bardzo utrudniony lub niemożliwy. Te dzikie koty spędzają większość dnia w buszu lub w koronach drzew. Dodatkowo afrykańskie leopardy mają jasno-brązowe ubarwienie, świetnie się kamuflują, więc zadanie nie jest łatwe. Podpowiedź? Znajdź hienę. Brzmi dziwnie? Nic z tych rzeczy. Oto jak nasz przewodnik wywnioskował gdzie jest leopard. Najpierw zauważyliśmy hienę pod drzewem. Skoro hiena jest pod drzewem, na drzewie musi być padlina. Bingo! Podjeżdżając bliżej, na drzewie zobaczyliśmy zwłoki antylopy. Idźmy dalej tym tropem – skoro antylopa jest na drzewie, ktoś ją musiał tam wywlec. Kto może to zrobić? Leopard! Okazuje się, że leopard może wciągnąć na drzewo ciężar 3 razy większy od siebie. Świeża antylopa na drzewie równa się leopard w pobliżu, tak więc zaparkowaliśmy samochód przy najbliższych krzakach i rozpoczęliśmy trening cierpliwości. Byłam zaskoczona tym, jak bardzo przewodnik był pewien, że leopard kryje się właśnie tam – przecież on mógł sobie pójść gdziekolwiek! Dołączyło do nas więcej samochodów i oto, po kilkunastu dłużących się minutach, z buszu leniwie wyłonił się leopard, przeszedł przez wysoką trawę i… schował się znowu. Widzieliśmy! I to był pierwszy i ostatni raz, kiedy udało nam się go zobaczyć. Na zdjęciu poniżej widać nogi antylopy zwisające bezwładnie z drzewa.



Wracając do hien. Wszyscy wiemy, że hieny są padlinożercami, ale wbrew pozorom nie jest im trudno zdobyć pokarm. Dzięki swoim niesamowicie mocnym szczękom, mogą być pewne, że to, co trafi w ich paszczę, trafi za chwilę do ich brzucha. A ta „padlina” czasem się wyrywa, bo okazuje się, że hieny bardzo często atakują jeszcze żyjące, ale chore czy zranione zwierzęta. Jak to gnu na zdjęciu poniżej, które spotkaliśmy na środku drogi dnia następnego. Ze świeżo wyrwanym rogiem, zakrwawione po walce, zostało jeszcze prawdopodobnie zaatakowane przez stado hien i konało na drodze. Gnu, które jest raczej płochliwym zwierzęciem, nie zwracało uwagi na samochody czy ludzi. Smutny widok.



Ale o gnu i Wielkiej Migracji, którą zupełnie przypadkiem udało się nam zobaczyć, możecie przeczytać TUTAJ, tymczasem my znowu wracamy do hien. Hieny żyją w tzw. klanach, zazwyczaj liczących kilka-kilkanaście osobników. Dnie spędzają w cieniu, żerują głównie nocami. I wyglądają dużo sympatyczniej niż te w „Królu Lwie”.



Kolejne dzikie koty, jakie udało nam się zobaczyć to gepardy – najszybsze zwierzęta na ziemi. Pierwszego dnia wylegiwały się w cieniu, pięciu braci, żyjących razem w stadzie. Dlaczego tylko braci? U samicy geparda zazwyczaj tylko jedna płeć przeżywa poród, w tym przypadku silniejsi byli mężczyźni (to jest informacja od przewodnika, nie udało mi się nigdzie tego potwierdzić). Gepardy pokonują bardzo duże odległości – drugiego dnia spotkaliśmy to samo stado 30 km dalej, ale tym razem była ich tylko trójka. W stadach składających się tylko z męskich osobników, często pojawiają się nieporozumienia wynikające z chęci dominacji i bycia samcem alfa i – gepardy się rozdzielają. Po to, aby za kilka dni zrozumieć, że w kupie raźniej i połączyć się znowu. Są przyjacielskie – często podchodzą do samochodów i się łaszą, nie atakują (polecam obejrzeć filmiki na YouTube). Co nie znaczy, że należy je miziać za uchem. Nie należy.



Spotkanie z Królem Lwem

I przyszedł długo wyczekiwany moment – oko w oko z Królem Zwierząt, który akurat nie przyjmował gości, bo ucinał sobie popołudniową drzemkę. Niestety, nie wszyscy potrafili to uszanować i właśnie w tym punkcie, safari w takim wydaniu przestało mi się podobać. Samochody podjechały bardzo blisko drzewa pod którym leżał lew, łamiąc reguły parku zabraniające zjeżdżania z wyznaczonych dróg. Jakby tego było mało, ktoś stwierdził, że zdjęcie leżącego lwa nie jest tak fajne jak zdjęcie stojącego, zdenerwowanego lwa i… postanowił na niego zatrąbić. Lew wstał, zaczął odchodzić w przeciwnym kierunku szukając świętego spokoju, więc żądni atrakcji turyści otoczyli go samochodami tak, że ten nie miał gdzie przejść.



Obserwowaliśmy całą sytuację z drogi, przewodnik od razu zauważył, że lew wygląda na zdenerwowanego – trudno mu się zresztą dziwić. Nie wiadomo, jak rozwinęłaby się ta sytuacja, gdyby nie wcześniejsze trąbienie, które zaalarmowało strażników parku. Zjawili się natychmiast. Mandat – 200$ dla każdego samochodu, który był poza drogą. Według mnie o kolejne 200$ za mało. Dodam, że po obiedzie spokojnie wróciliśmy w to samo miejsce, sami, lew leżał pod drzewem, zrobiłam zdjęcie w żaden sposób mu nie przeszkadzając i odjechaliśmy. Pamiętajcie – to Wy jesteście gośćmi w parku. Przestrzegajcie jego reguł, bo zwierzęta mają prawo do normalnego, niezakłóconego życia. Stresowanie ich wpływa m.in. na ich zdolność rozmnażania się i może się okazać, że za 10-20 lat nie będzie już czego oglądać. Czy na pewno jedno dobre zdjęcie jest tego warte?



Wielka Piątka Afryki (The Big Five of Africa)

A skoro przy lwie jesteśmy, to warto zaznaczyć, że należy on do tzw. Wielkiej Piątki Afryki (ang. The Big Five of Africa). Wielką Piątką nazywamy 5 zwierząt – lwa, bawoła, hipopotama, nosorożca i słonia. W wielu źródłach można spotykać się też z zaliczaniem do tej grupy leoparda. Dlaczego taka nazwa? Bynajmniej nie dlatego, że są wielkie, chociaż to też. Otóż w czasach kolonialnych, gdy biały człowiek wymyślił sobie sport polegający na zabijaniu niewinnych zwierząt w ich naturalnym środowisku dla zabawy, nie zawsze przychodziło mu to łatwo. Wymienione zwierzęta charakteryzowały się tym, że ranne, postrzelone i słabe, nadal walczyły, broniły się i atakowały. Człowiek nazwał je wielkimi, a ich wielkość polegała na niezłomności i walce o życie do końca.



Najsilniejszy z nich był i jest nadal hipopotam. Te na pierwszy rzut oka niezdarne, ociężałe i sympatyczne ssaki są agresywne i bardzo szybkie. W naturalnym środowisku ich jedynym przeciwnikiem jest stado lwów, bo jeden lew nie wystarczy. Ale i one nie atakują hipopotamów często – mają wystarczająco dużo łatwiejszej zdobyczy, np. gnu czy antylop. Podobnie jest z krokodylami – te, jeśli w ogóle, atakują tylko małe hipopotamy. Tak więc te ogromne zwierzęta wylegują się całymi dniami w korytach rzek, czasem leniwie wchodząc do wody się schłodzić i zanurkować. Różowe szramy na ciele to nie ślady walki – są to oparzenia słoneczne, które goją się po wejściu do wody. Nocami hipopotamy żerują. Wychodzą na brzeg (wtedy najczęściej są atakowane przez stada lwów), aby zjeść kolację składającą się z 250-300 kg trawy i roślin. Ich szczęka nie ma limitu rozwierania – spróbujcie zobaczyć jak hipopotam ziewa! Przed hipopotamem nie da się uciec, co jakiś czas słyszy się, że turysta w trakcie safari został zaatakowany przez hipopotama i zginął. Ale wychodząc z samochodu i zbliżając się do jednego z najbardziej niebezpiecznych zwierząt na ziemi, musicie liczyć się z tym, że selekcja naturalna zadziała.



Kolejnym równie niebezpiecznym zwierzęciem należącym do Wielkiej Piątki jest słoń. Te afrykańskie są dużo większe od indyjskich, które mieliśmy okazję oglądać na Sri Lance. Największe osobniki ważą do 5.8t i żyją do 80 lat. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć prawdopodobnie jednego z największych i najstarszych słoni w parku, który trzepocząc uszami, subtelnie zakomunikował nam, żebyśmy zjechali mu z drogi. Pamiętajcie – słoń trzepoczący uszami wcale się nie wachluje – to sygnał ostrzegawczy, wyrażający zniecierpliwienie, zdenerwowanie.



Byliśmy dość zaskoczeni małą liczbą słoni podczas całego safari, ale przewodnik szybko rozwikłał zagadkę. Podczas Wielkiej Migracji, tysiące gnu pasie się na sawannie, a słoniom zwyczajnie przeszkadza ich smród i wszechobecne muchy. Przemieszczają się wtedy w inne rejony lub ukrywają w krzakach.

Samce słonia czasami żyją samotnie. To słonie, które zostały wypędzone ze stada za seksualne napastowanie innych słonic, podczas gdy żona jest w połogu. Dokładnie taką sytuację widzieliśmy na Sri Lance. Mimo wątpliwej moralności tych czynów, słonie uchodzą za bardzo uczuciowe zwierzęta, mają również wysoki poziom inteligencji. Są pamiętliwe, rozpaczają po zmarłych. Widząc, że słoń zginął i że nie była to śmierć naturalna, bronią jego zwłok. Na koniec odpowiedzmy sobie na najważniejsze pytanie – po co słoniowi trąba? Oprócz oczywistych zastosowań jak trąbienie, oddychanie, jedzenie czy picie, słonie używają jej także do kopania nią dziur, uzyskując w ten sposób dostęp do chłodniejszej gleby w upalne dni.


W Rezerwacie Masai Mara żyje bardzo dużo żyraf. Mogłabym napisać, że żyrafy mają długą szyję, ale podzielę się z Wami inną równie interesującą ciekawostką. Otóż żyrafy chodzą do wodopoju zawsze we dwie (prawie jak koleżanki do toalety). Robią to w celach asekuracyjnych, bo z powodu długiej szyi, żyrafa pochylając się może ścisnąć sobie tętnicę i zablokować dopływ krwi do mózgu, a co za tym idzie, stracić równowagę i upaść. Wtedy pomaga jej druga żyrafa, podtrzymuje jej szyję, aby ta wróciła do pionowej pozycji i aby dopływ krwi był możliwy. Później następuje zamiana.



Jedynym zwierzęciem, z „Wielkiej Piątki”, którego nie udało nam się zobaczyć, był nosorożec. Szanse od początku były niewielkie, żyje ich tutaj bardzo mało i trudno je wypatrzyć w zaroślach. Dodatkowo te osobniki mieszkają w części parku, do której dostęp jest regulowany i mieliśmy tylko godzinę na poszukiwania. Jeśli ktoś z Was jest szczególnym fanem tych zwierząt, polecam safari z w Lake Nakuru National Park – bardzo popularnym jednodniowym przystanku w drodze z Nairobi do Masai Mara, dodatkowo miejsce słynie z tysięcy flamingów zamieszkujących tereny nad jeziorem.


Safari w Kenii o wschodzie słońca

Ostatniego dnia w planie było safari o wschodzie słońca (nazywają to early morning game drive, trwa 2 godziny) i podobno jest to najlepsza pora na oglądanie dzikich kotów. Podobno, bo na początku nie było żadnego, a poranek uratowała słonia rodzinka i przepiękny wschód słońca. Dopiero pod koniec udało nam się wytropić 2 gepardy. Moja rada – rozważcie lot balonem o wschodzie słońca. Następnym razem na pewno bym tak zrobiła.



I nastał czas na pożegnanie z Afryką. Kolejna 6-godzinna podróż na lotnisko, zakup obowiązkowego magnesu, i… znowu nie udaje się nam zdobyć miejsca na samolot. Dodatkowo kolejny lot został opóźniony o 5h. Więc po nieprzespanej nocy, 9h koczowania na lotnisku, wylądowaliśmy w dusznym i zamglonym Dubaju, zmęczeni, ale zadowoleni.



Dzięki, że dobrnęliście do końca. Pytania kierujcie w komentarzach, zapraszam również do dzielenia się Waszymi doświadczeniami i radami, które z pewnością pomogą innym podróżnikom.

Jeśli spodobał się Wam ten tekst, możecie go polubić i udostępnić!
I zapraszam do lektury kolejnych, odnośniki znajdziecie poniżej 🙂

Aby być na bieżąco z nowymi publikacjami i podróżami, zapraszam do śledzenia:

-> profilu na fb: @whereverigo.pl

-> oraz instagramie: @whereverigopl